wtorek, 22 listopada 2016

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

Nie wiem jak Wy, ale ja czuję się w tym roku rozpieszczona przez panią Rowling. Od premiery „Insygniów śmierci” minęło przecież pięć lat, i od tamtej pory była zupełna posucha, coś tam się cały czas mówiło, że „kiedyś”, że „może”… A teraz, w jednym roku, i książka i film. Czy to już niebo? 

Na „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” nie mogłam nie pójść. Dlatego zaraz po premierze zarezerwowałam bilety, zwerbowałam koleżankę… I po raz kolejny dałam się wciągnąć do magicznego świata. 

Bohaterem „Fantastycznych zwierząt...” jest Newton Skamander, młody pisarz zajmujący się, co łatwo się nasuwa, magicznymi zwierzętami. Co więcej, chce oswoić ludzi z myślą, że nie są one groźne, jeśli wiemy jak się z nimi obchodzić. Po części dlatego pojawia się zimą 1926 w Nowym Jorku. Z niepozornie wyglądającą walizką w ręce wysiada w porcie, i wtedy wszystko się zaczyna. A w zasadzie zaczynają się kłopoty, w które  zupełnie przypadkowo zostaje wplątany nie tylko on, ale i kilka innych osób, które wpadają na siebie w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim momencie. A później jest tylko gorzej.

Gorzej dla nich, ale lepiej dla nas, widzów, którzy mogliśmy się napatrzeć trochę na ten magiczny świat w zupełnie innych realiach. Oto bowiem magia opuściła mglisty Londyn i wybrała Nowy Jork by tam zrobić, za przeproszeniem, rozpierduchę godną niejednego filmu akcji. Wyszło jak najbardziej okej, ale ja mimowolnie cały czas oglądałam się za Londynem. Przyzwyczajenie. Bohaterów polubiłam, nie wiem czy dlatego że są fajni, że chcą dobrze a niekoniecznie im to wychodzi, czy dlatego że aktorzy się w nich wcielający są po prostu dobrani idealnie. Newton jak Newton, jest trochę zagubionym chłopakiem, który z walizką pełną dziwnych zwierząt przybywa do Ameryki, nie wiedząc konkretnie co go tu czeka. Co dziwne, zaraz po naszym Skamanderze na moim podium ulubionych bohaterów plasuje się postać Jacoba Kowalskiego (tak, tak!), biednego niemaga (nowojorskie określenie mugola), który ma w zasadzie o wiele ciekawsze rzeczy do robienia niż latanie za czarodziejami, a koniec  końców jest tak bardzo uroczy, że przez większość czasu jak tylko otworzył buzię ja z koleżanką byłyśmy jak „aaaawwwwwww”. 



Dużo też mówiło się o Colinie Farrellu i Johnym Deepie, że jak to tak ich wybrać do magicznego filmu, że oni w ogóle nie pasują do tego uniwersum i w ogóle do widzenia. No to ja chciałam tylko powiedzieć, że nie martwcie się bo Farrell spisał się na medal, a Johny Deep miga gdzieś przez jakieś dziesięć sekund i naprawdę nie zdąży się człowiek na niego napatrzeć (a jest na co), a jego już nie ma. A na film warto iść chociaż po to, by się popatrzeć na Eddy’ego, bo ja powiem tak: jak on się uśmiecha, to uśmiechała się cała sala, a przynajmniej kobieca część. No  i przez większość filmu miał trochę obłąkane spojrzenie, więc chyba nie jest typem, któremu powinno się bezgranicznie zaufać… no ale to Eddie więc wiadomo. 

Jak na film, który rzekomo powstał po to by przyciągać hajs i więcej hajsu i sam hajs, wyszło bardzo fajnie. Jest magia, są czary, jest ta piękna i wspaniała otoczka świata, na którym niejako się wychowaliśmy. Czy można chcieć czegoś więcej? Tak, kolejnych części, bo o ile wcześniej sądziłam że ich chyba tym razem serio coś zabolało to teraz jestem jak najbardziej na tak. A na dokładkę obejrzę sobie dzisiaj którąś z siedmiu części poprzednich filmów, bo chyba się stęskniłam.

Byliście już w kinie, albo chociaż planujecie się wybrać? ;)

*Zdjęcia pochodzą ze strony Multikina.

środa, 16 listopada 2016

10 faktów o mnie - Liebster Blog Award 2016

10 faktów o mnie - Liebster Blog Award 2016


Na samym początku chciałam bardzo podziękować Kai z Do kawy blog za nominację, i tak wielkie wyróżnienie. Nie wiedziałam, że wypisanie o sobie dziesięciu faktów będzie takie trudne. Na samym początku wydawało mi się, że uwinę się z tym raz dwa, a tu no, wyszło trochę inaczej. Mam jednak głęboką nadzieję, że Was jakoś wybitnie nie zanudziłam, a i dowiedzieliście się czegoś ciekawego. A Kai jeszcze raz dziękuję ;)

Uwielbiam chodzić w koszulach. Serio, gdybym miała wybrać jedną ulubioną część garderoby, naprawdę byłyby to koszule. Najchętniej zapięte na ostatni guziczek, pod samą szyję. Czy grube flanelowe, zakrywające tyłek, czy te słodkie z motylkami, kokardkami i pandziami. Co więcej – gdy idę do sklepu, nawet po coś konkretnego, to jak zobaczę jakąś ładną to nie odpuszczę. Będę chodziła, przymierzała, aż pewnie po jakimś czasie sobie kupię. I od razu uprzedzam – coś takiego jak za dużo koszul nie istnieje. Jakby ktoś miał wątpliwości.

Wnoszę podejrzenia, że telefon mam przyczepiony rzepem do dłoni. Jeżeli miałabym czegoś zapomnieć, wychodząc z mieszkania, na pewno nie będzie to telefon. Jego pierwszego wkładam do torby/kieszeni i zanim zamknę za sobą drzwi, milion razy sprawdzam czy na pewno go ze sobą mam. Dzięki temu bądź przez to (jak kto woli) cały czas jestem dostępna. Na messengerze, twitterze czy facebooku. Każde powiadomienie odczytuję na bieżąco, tak samo odpowiadam na wiadomości dziwiąc się później, że ten ktoś nie odpisuje mi w okamgnieniu. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie mają jednak życia i to jest smutne. Hahahaha. Nie. To całkiem śmieszne. Na razie ;) .

Kiedyś myślałam, że nie ma niczego gorszego i bardziej stresującego od wystąpień publicznych. Wiecie, wyjście przed grupkę ludzi, mówienie pewnym głosem – ohoho, zupełnie nie moja bajka. A że na studiach dużo było prezentacji, które trzeba było przedstawiać… Robiłam wszystko, by nie musieć się odzywać.  Gorzej, jeśli idzie o rozmowy telefoniczne. Choć wiem, że nikt mnie nie widzi, choć wiem że zazwyczaj moi rozmówcy mają mnie w tyłku, to… po prostu nie znoszę. Gdy muszę zadzwonić spytać się o zamówienie, umówić się na jakąkolwiek wizytę gdzieś, oblewa mnie zimny pot. Zaszywam się więc z telefonem w najbardziej ustronnym miejscu, takim, z którego nikt mnie nie usłyszy, na kartce zapisuję po co dzwonię i o co mam spytać… a i tak, podczas rozmowy, łamie mi się głos, gadam od rzeczy i na pewno nie robię dobrego wrażenia. Świat byłby o wiele prostszy, gdyby takie sprawy można było załatwiać poprzez e-maila. Serio.

To, że byłam dziwnym dzieckiem a teraz jestem dziwnym młodym dorosłym wiadomo nie od dziś. Będąc jeszcze w podstawówce, gdzie chyba nauczyciele sprawdzali nasze zeszyty, jak starannie je prowadzimy, miałam taką małą manię. Jak tylko coś pokreśliłam w zeszycie, natychmiast musiałam dostać nowy zeszyt, by go… przepisać. Serio, byłam w stanie przepisać dziesięć lekcji tylko dlatego, że na jednej stronie przekreśliłam dwa wyrazy. Bardzo to godziło w moją szeroko pojętą estetykę – bolały mnie po prostu oczy, jak na to patrzyłam. Taka „wrażliwość” została mi chyba do dzisiaj, choć niekoniecznie w takiej samej postaci. Teraz bardzo lubię wyjustowany tekst, ładnie dobrane fonty (nie czcionki, jak to mówiła pani na zajęciach, czcionki to się na kamieniach odciskało, w komputerze są FONTY) , akapity i tym podobne.  Na takie rzeczy jestem wyczulona….

… stąd też kolejny punkt, czyli bycie grammar nazi. W większości wypadków nie robię tego specjalnie, ale błędy gramatyczne i jakiekolwiek inne związane z wysławianiem się i pisaniem po prostu kłują mnie w oczy. Staram się hamować i nie zwracać wszystkim naokoło uwagi, ale to bardzo trudne. Schemat zawsze jest ten sam. Widzę błąd, patrzę na klawiaturę by oszacować czy to może być błąd przypadkowy czy specjalny. W wypadku tego pierwszego jestem jeszcze w stanie przymknąć oko, wobec drugiego – no niekoniecznie.  Podobno ze mną w ogóle bardzo trudno się pisze, bo wszyscy się boją tych błędów w moim towarzystwie popełniać. A na dowód tego, że jestem dziwna, to wczoraj byłam w kinie na nowym Pitbullu, i już nie pamiętam w której scenie, ale kamera najeżdżała na ekran komputera, i ja nie zauważyłam tego, co powinnam ale… błąd ortograficzny, którego nomen omen, w następnym ujęciu już nie było.  Także wiecie. Postępująca choroba umysłowa.

Mam zerową orientację w terenie. Do tego stopnia, że mieszkając od kilku dobrych lat w Krakowie nadal mam problemy z dojściem z rynku nad Wisłę… bez nawigacji w telefonie. Co więcej, domyślam się, że gdyby nie nawigacja i aplikacja JakDojadę, zginęłabym tu już pierwszego dnia i pewnie do tej pory bym się nie odnalazła. Zaprawdę powiadam, jestem ostatnią osobą, którą pyta się o drogę, nazwę ulicy czy cokolwiek z tym związane. Ja po prostu nie wiem. I nawet jak sprawdzę, to będę pamiętać przez chwilę. I zapomnę. No bo to nie są po prostu rzeczy, które muszę pamiętać. Trasy, które pokonuję codziennie mam opanowane, inne z kolei zawsze da się wyczaić w Internecie.

Jestem introwertykiem. Nie lubię wielkich zgromadzeń ludzi, jak wyżej napisałam – wystąpienia publiczne sprawiają mi problem, baterie najlepiej ładuje mi się we własnym towarzystwie. To nie jest jednak tak, że ja tych ludzi nie lubię. Po prostu w za dużych ilościach działają mi na nerwy, spinam się, źle się czuję i wolę wracać do swojej samotni. Zamiast imprezy w piątkowy – czy każdy inny – wieczór wybiorę wieczór z ulubionym serialem, książką czy po prostu, rozmawiając z kimś prze internetowy komunikator. Kiedy jednak chodzi o bliższe memu sercu osoby, w których towarzystwie dobrze się czuję, ta swoboda jest większa. W tym miejscu wypada przyznać, że nigdy nie byłam w klubie, i w najbliższej przyszłości się nie wybieram. Od zacieśniania więzi w tłumie są koncerty, o.

Co do koncertów, nie chodzę może na jakieś spektakularnie wielkie i popularne. Byłam cztery lata temu na Coldplay’u, w czerwcu na Maroon5. Nałogowo chodzę jednak na koncerty polskiego zespołu happysad. To już zupełnie automatyczny odruch, gdy dowiaduję się o koncercie, potulnie idę po bilet, staję pod sceną, napatruję się na chłopaków, zbieram energię, ładuję się nią by starczyło do następnego spotkania.  I nie, wcale nie jestem psychofanką. Nie dostałam jeszcze zakazu zbliżania się, choć przecież wszystko przede mną!

U W I E L B I A M frytki.  No po prostu większego szaleńca frytkowego ode mnie nie znajdziecie. Mogłabym jeść na śniadanie, obiad i kolację i istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że tak szybko by mi się to nie znudziło ani nie przyjadło. Oczywiście domowe są najlepsze, najsmaczniejsze i w ogóle naj. Ale innymi także nie pogardzę. To tak na przyszłość, jakby ktoś mnie chciał na obiad zaprosić. Frytasy mogą być.




Po dziesiąte, nienawidzę oglądać seriali czy filmów z lektorem, który swoim beznamiętnym głosem jest w stanie zepsuć i rozładować każde, dosłownie każde napięcie w oglądanym przeze mnie filmie/serialu. Co więcej, skoro już tak łatwo zrezygnowałam z lektora, staram się zrezygnować również z polskich napisów i oglądać wszystko, jeśli tylko jest taka opcja, w wersji oryginalnej. Kiedy mam jednak jakieś kłopoty ze zrozumieniem, włączam napisy ale angielskie, dzięki którym wiem, co mówią aktorzy, a gdy jest taka potrzeba, łatwo sprawdzam nieznane mi słowo w słowniku. Odkryłam, że jest to – podobnie jak czytanie książek po angielsku – doskonała forma nauki języka. Chyba nie ma niczego lepszego niż łączenie przydatnego z pożytecznym ;)

Ufff. Udało mi się jednak. Gdzieś po piątym podpunkcie straciłam jakiekolwiek nadzieje, że uda mi się to napisać. Nie wiedziałam, że jestem tak nudnym człowiekiem, a najbardziej radosny faktem o mnie jest ten, że jestem grammar nazi albo lubię wcinać frytki, jak nikt nie patrzy. Otóż: nie, nie podzielę się, jakby ktoś pytał. Frytki są tylko moje. A, jak widać, człowiek uczy się przez caaaałe życie!

Żeby radość związana z tym wyzwaniem szła dalej, nominuję:

Złodziejka-Książek,
Biblioteka Pod Marcepanem.

Życzę powodzenia, drodzy nominowani! :)

Ps. Zdjęcia, których użyłam, po części są moim dziełem, reszta znaleziona w internecie, stron nie pamiętam bo mam je zapisane w folderach.

sobota, 12 listopada 2016

CzytajPL

CzytajPL


Rok temu, przy okazji tej książki, wspomniałam o cudownej akcji CzytajPL, w ramach której na przystankach większych miast można było znaleźć plakaty z kodami QR. Wystarczyło mieć przy sobie telefon, na nim ściągniętą aplikację… a po zeskanowaniu tego kodu można było – całkowicie za darmo! – przeczytać wybraną przez siebie książkę.

Minął rok, a ja – przyznam – zapomniałam o całej sprawie. Nie wiedziałam, czy akcja odniosła sukces, czy pomysł spalił się na panewce. Tym większa była moja radość, gdy pewnego dnia jadąc autobusem czy tramwajem spostrzegłam taki plakat. A później, gdy zaczęłam zgłębiać temat, okazało się, że akcja cieszy się popularnością!

Dla tych, którzy jeszcze w pełni nie pojmują, o co chodzi.

Czytaj PL to taka cudowna, ponoć największa na świecie, kampania promująca czytelnictwo. Choć do końca nie wiem, czy jest z nim tak źle, jak wszyscy mówią. W 16 większych miastach w Polsce, od 2 listopada, pojawiają się plakaty z okładkami 12 bestsellerów i kodem QR, który – zeskanowany przez nasz smartfon bądź każde inne urządzenie mające taką możliwość – umożliwi dostęp do tych książek. Jedynie do końca listopada, ale to nie powinno być wielkim problemem, jeśli ma się przy sobie telefon i jeździ się do pracy/szkoły komunikacją miejską ;) 

Jeśli chcesz podzielić się czytanymi przez siebie książkami ze znajomymi, masz taką możliwość. Wystarczy ze strony czytajPL pobrać specjalne grafiki z kodem QR, zeskanować go, pobrać książki… i umieścić je w swoich kanałach społecznościowych.

Ale to nie wszystko, co możesz zrobić! Możesz, w bardzo łatwy sposób, stać się propagatorem tej akcji. Możesz wydrukować plakat i powiesić go w zaprzyjaźnionym sklepie, domu kultury czy kawiarni w swojej miejscowości. Pobranie tych grafik i plakatów jest oczywiście złożeniem obietnicy rozpowszechniania ich i zarażania czytaniem innych, ale jestem pewna że to ten ciężar, który łatwo udźwignąć ;)  Co więcej, na osoby które zdecydują się na szerzenie akcji, mogą wziąć udział w konkursie, w którym do wygrania są same fajne rzeczy, począwszy od czytnika e-booków Kindle Paperwhite 2, poprzez góóóóórę słodyczy, bony na zakupy w księgarni Woblink, czy inne kody rabatowe na e-booki gwarantowane dla wszystkich uczestników.


Kończąc, organizatorzy tej akcji poszli bardzo na rękę i pozwolili przekazywać poniższy kod dalej tak, by dotarł on do wszystkich chętnych, a nie mogących znaleźć plakatów akcji w swoich miasteczkach. By móc go zeskanować, ze sklepu AppStore lub Google Play wystarczy pobrać darmową aplikację WOBLINK. 

Nie pozostało nic innego jak... Czytać! ;)


wtorek, 8 listopada 2016

Przyjaciele po grób, Śnieżka musi umrzeć // Nele Neuhaus

Przyjaciele po grób, Śnieżka musi umrzeć // Nele Neuhaus
Mój zapłon i chęci do życia pisania oscylują gdzieś na poziomie minus milion, stąd moja tygodniowa nieobecność. Ale już jestem i mam nadzieję pojawiać się tu częściej. Kiedy nie pisałam (a chciałam, tylko nie mogłam) to przeglądałam internet wzdłuż i w szerz w poszukiwaniu jakiegoś idealnego darmowego szablonu, jednak znalezienie czegoś oryginalnego jest trudne. Albo ja wybrzydzam. Pewnie to i to. Poszukiwania zawiesiłam, może wpadnie mi coś w oko ot tak, przypadkowo.

Ehe.

Niemniej. Przychodzę dzisiaj do Was z dwiema książkami pani Nele Neuhaus, której to powieści w zasadzie miałam nie czytać, zniesmaczona wysoce kolejnością ich wydawania w Polsce. Pech czy nie pech, trafiłam na nie w bibliotece i stwierdziłam że może to jakiś znak i dałam szansę. Pomijając fakt że oczywiście nie następują po sobie, a w środku pomiędzy „Przyjaciółmi...” a „Śnieżką...” znajdują się „Głębokie rany”. Ale to tylko taki nic nieważny szczególik.


W „Przyjaciołach po grób” dzieje się dużo. Oto na terenie ZOO jeden z pracowników w terrarium dla słoni znajduje ludzką rękę. Jakiś czas później nasi śledczy, Oliver von Bodenstein i Pia Kirchoff w niedalekim otoczeniu parku zoologicznego znajdują ciało, do którego kiedyś ta ręka należała. Denatem okazuje się być nauczyciel i zapalony ekolog, którego ponoć albo wielbiło się pod niebiosa albo wręcz nienawidziło. Wraz z biegiem śledztwa okazuje się, że wiele osób miało chęć pozbyć się nieżyjącego już mężczyzny, więc znalezienie tego kto naprawdę to zrobił stawało się coraz trudniejsze. Raz po raz na jaw wychodziły coraz to nowe kłamstwa, zależności z siebie wynikające, no po prostu wszystko komplikowało się do granic możliwości.


„Śnieżka musi umrzeć” z kolei koncentruje się na, mogłoby się wydawać – przedawnionym, morderstwie. Z więzienia, po dziesięciu latach wychodzi bowiem oskarżony wówczas o zamordowanie dwóch dziewcząt, mężczyzna. Teraz dobiega trzydziestki, i choć jego życie już nigdy nie będzie takie, jakie chciał kiedyś żeby było, dostaje od losu drugą szansę. Wszystko zaczyna się jednak od znalezienia na terenie wojskowym ciała. Nikt nie wie, do kogo ono należy, ale szybko wychodzi na jaw że ma to chyba związek właśnie z tamtym śledztwem. Które, jak się okazuje, chyba nie było prowadzone tak, jak powinno. Czy ktoś został skorumpowany? Czy winny, który wyszedł z więzienia naprawdę dokonał tego czynu, czy rzeczywiście skoro nic nie pamięta to niczego nie zrobił?

Książki, choć dotyczą zupełnie różnych od siebie spraw, tak naprawdę mają ze sobą wiele wspólnego. W obydwu bowiem tragedie dzieją się w takich społecznościach, które usiłują albo sprawę rozwiązać samemu, albo przynajmniej utrudnić pracę policjantom. Nie bez powodu chyba mówi się, że przeszłości nie trzeba wywlekać bo może narobić więcej szkód, niżby się mogło zdawać. Policjanci jednak, nieustraszony Oliver który na przełomie tych książek musi martwić się nie tylko śledztwami ale swoim życiem prywatnym, które się trochę komplikuje, Pia Kirchoff która też przeżywa uniesienia ale trochę w innym stylu – robią wszystko co w swojej mocy by w jednej i drugiej sprawie znaleźć winnych.

Jestem mile zaskoczona obiema powieściami, i cieszę się, że odrzuciłam tą głupią myśl rewanżowania się na pani Neuhaus za to, że tak a nie inaczej wydają jej książki w Polsce. Nie potrafię powiedzieć, która z nich podobała mi się bardziej, albo które zakończenie, rozwiązanie sprawy zaskoczyło mnie mocniej. Prawda jest bowiem taka, że obie książki, a w zasadzie treść, trzymają poziom. Śledztwa były trudne, podejrzenia oczywiste a winni – nieoczekiwani.
Dlatego jeśli jeszcze wahacie się, czy po książki autorstwa pani Nele Neuhaus sięgać, mówię Wam, że warto. Serio!


*Jedno zdjęcie pożyczone stąd bo zapomniałam go zrobić nim oddałam książkę do biblioteki.

poniedziałek, 31 października 2016

20. Targi Książki w Krakowie

20. Targi Książki w Krakowie
W końcu po trzech latach udało mi się na Targach Książki zdobyć wyłącznie te książki, na które już wcześniej miałam chrapkę, i które właśnie zaplanowałam, że w tych okolicznościach zakupię. Ulga to niesamowita, bo poprzednimi laty  co prawda z pustymi rękoma na pewno nie wracałam, ale zawsze wydawało mi się, jak siadałam do komputera, że chciałam jeszcze taką, siaką a ta kupiona to w sumie może mi nie podejdzie, i tak dalej i tak dalej. W tym roku więc, nauczona doświadczeniem spisałam w telefonowym notatniku tytuły upragnionych książek, obok nazwę wydawnictwa… I voilà. 

Stosik może nie jest powalająco wielki, ale w pełni zadowalający.



Od dołu:


  • „Trzy po 33” J. Bralczyk, A.Markowski i J. Miodek – Przyznam, o tej książce dowiedziałam się na kilka dni przed targami, ale od razu poczułam że muszę ją mieć. W zeszłym roku z targów przytachałam Wszystko zależy od przyimka, która to książka bardzo skradła moje serce, mam więc wielką nadzieję że i tym razem też tak będzie.
  • „Małe życie” Hanya Yanagihara  - Hit ostatnich miesięcy, przed którym broniłam się długo… ale chyba nieskutecznie. Mam nadzieję, że się nie zawiodę!
  • „Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym”  Maciej Czarnecki – W ostatnim roku reportaże o Norwegii skradły moje serce, nie mogłam więc ominąć i tego zwłaszcza, że ma tak piękną okładkę, że… 
  • „Slow life” Joanna Glogaza -  „Slow fashion” bardzo mi przypadło do gustu, na Slow life czaiłam się od dawna… I w końcu się skusiłam.
  • Skusiłam się również, natchniona przez liczne promocje w sklepach z e-bookami na zakup Immunitetu Remigiusza Mroza, której to książki miałam na razie nie czytać, ale to wiadomo jak to jest z takimi postanowieniami.

Jak widać zakupy zrobiłam dosyć racjonalne, co nie zmienia faktu że jestem z nich niezmiernie zadowolona. Co do niektórych książek długo się opierałam, albo gdzieś miałam na oku ale jakoś nam było nie po drodze. Tak samo chyba jak nie było po drodze pogodzie, która, jak tak zaczęłam myśleć, w te targi chyba nigdy nie dopisywała. Zawsze dotrze tam człowiek na tą Halę Expo przemarznięty do szpiku kości, nie wspominając już nawet o tej trasie, którą trzeba pokonać wysiadając nawet pod M1. 

Ponarzekać sobie można, ale wiadomo że co roku się wraca z jeszcze większa chrapką i radością. Nie straszne są nawet tłumy ludzi przeciskających się między stanowiskami, bo jeśli tak „nie czytamy”, to ja chyba tego będę sobie i Wam na przyszły rok życzyła. Takiego „nie czytania”!   

A Wy byliście na Targach Książki w Krakowie? Upolowaliście coś ciekawego? :) 

Obserwatorzy