niedziela, 26 marca 2017

Share week 2017

Share week 2017


Co roku przypominałam sobie o ShareWeek po fakcie – termin zgłoszeń mijał, a ja się pukałam w czoło, bo znowu nie zdążyłam. Szczęście w nieszczęściu – akcja trwa do dzisiaj, nie mam niczego napisanego na zaś, pomyślałam więc: czemu nie? 

Prawda jest taka, że dużo czytam, nie tylko książek. W social mediach obserwuję dużo blogerów, pomyślałam więc, że może to dobry moment by polecić ich i Wam – może każdy z nas znajdzie tu coś dla siebie.

Moja najlepsza trójka:


Riennaherasama o sobie pisze, że jest Elfem Pogardy, i chyba dlatego tak bardzo lubię czytać jej bloga. Pisze o rzeczach codziennych, ważnych, o aktorach, książkach i o tym wszystkim, co sprawia jej przyjemność. A mi sprawia przyjemność czytanie jej bloga, więc jeśli nie znacie jeszcze Marty, musicie tam zajrzeć ;)

Zwierz Popkulturalny to trochę poświęcenie z mojej strony, bo boli mnie brak przecinków, jednak rozumiem o co chodzi i siedzę cicho. I czytam, bo jest o czym. O serialach. O książkach. O dalekopojętej popkulturze, i oczywiście o loczkach. I fryzurach bohaterów. I tym wszystkim co niby to są sprawy trzeciego świata, ale to ważne sprawy. Bardzo.

Style Diggerbo zaczęło się od Slow fashion, później – a może nawet w międzyczasie – zajrzałam na bloga i przepadłam. Piękne zdjęcia, dużo o byciu SLOW, ale przede wszystkim o tym, by może jednak zacząć czerpać z małych przyjemności, a wtedy życie staje się lepsze. Lubię bardzo bloga Asi za pewnego rodzaju spokój, który znajduję gdzieś powtykany między literkami. Książki też polecam, niby składają się z wielu oczywistości, ale jednak w paru sprawach udało mi się przejrzeć na oczy.


Zaczytuję się jeszcze w......

Udało mi się w tym tygodniu przeczytać dwie książki, mam nadzieję, że uda mi się w końcu coś o nich napisać. Przez te koncerty zupełnie mi pisanie nie w głowie, ale chyba trzeba w końcu wziąć się w garść ;) Czytacie może któryś z blogów, które poleciłam? A może polecicie coś, kogoś nowego? :)

* Zdjęcie pochodzi z Unsplash.com

czwartek, 23 marca 2017

wyniki konkursu // magia olewania

wyniki konkursu // magia olewania

Cześć i czołem!

W sumie ten wstęp jest bez sensu, ale chciałam przeprosić że tak późno przychodzę z tymi wynikami konkursu. Ale wiecie, był koncert, była Warszawa, był Odell we własnej osobie, i tak jakoś wszystko mi się przeciągnęło.

Tymczasem…

Konkurs na najlepszą, najlepsiejszą wręcz wymówkę na to, by zostać w domu wygryyyywa…



Choć oczywiście walka była wyrównana, a wszystkie pomysły bardzo oryginalne ;) Zwyciężczyni gratuluję, mając tym samym nadzieję, że książka Magia Olewania bardzo przypadnie Ci do gustu.

Powroty do szarej rzeczywistości po tak wspaniałych koncertach są trudne. Naprawdę trudne. A koncert - jeden z najlepszych, na jakich byłam.

piątek, 17 marca 2017

Manchester By The Sea

Manchester By The Sea

Z filmami nominowanymi do Oscara mam taki problem, że najzwyczajniej w świecie boję się, że mi się nie spodobają. Mam wrażenie, że skoro zostały nominowane, skoro wygrały, muszą mieć w sobie to „c o ś” czego mogę nie zrozumieć. O Manchester by the sea mówili wszyscy, zazwyczaj w samych superlatywach. Czy mogłam wobec tego przejść obok tego filmu obojętnie? Nie mogłam. Wprawdzie do kina nie miałam się z kim wybrać, ale gdy tylko znalazłam dostępną wersję w internecie, obejrzałam.

Film opowiada historię Lee Chandlera (w tej roli Casey Affleck), mężczyzny pogrążonego w depresji, który w splocie mniej lub bardziej nieszczęśliwych wypadków  musi zaopiekować się swoim bratankiem (Lucas Hedges). Przenosi się więc do Manchesteru, i okazuje się że duchy przeszłości wcale nie usnęły, a wręcz odwrotnie – wraz z jego powrotem przeszłość zaczęła mieszać się z teraźniejszością.

Trudny to jest film, bo tak naprawdę sięga w te obszary świadomości, w które lepiej nie zaglądać, jeśli się nie chce człowiek nad sobą zupełnie załamać. Lee poznajemy jako osobę od usterek, która chodzi od domu do domu i naprawia: a to kran, a to zapchany kibel, a to jakieś inne pierdoły, które się psują częściej niż tego chcemy. No ale pewnego dnia dostaje telefon i jakby to powiedzieć: życie po raz kolejny wywraca się do góry nogami. Pakuje się w samochód, jedzie, no i właśnie – dociera na miejsce.

Dużo ostatnio się mówi o Casey’u Afflecku i to niekoniecznie przez pryzmat jego roli w Manchester By The Sea. Mówi się o doniesieniach, czego on tam na planie jakiegoś filmu nie robił, a mi się ciśnie na usta, że ludzie, kiedy zrozumiecie, że Oscary przyznawane są za odegranie roli w filmie, za nic więcej? Niemniej, nie mi oceniać czy to wszystko jest prawdą czy nie, chciałam jednak zaznaczyć, że to, że gadają to może niekoniecznie dobrze, bo są ludzie którzy z tego powodu nie obejrzą  Manchester... i nawet nie wiedzą, co tracą.



Akcja filmu się wlecze. Nie ma porywających zwrotów akcji, emocji które nie pozwalają usiedzieć w miejscu, a jest raczej spokój, smutek, pewnego rodzaju melancholia i co dziwne – brak pewności i poczucia, że kiedyś będzie lepiej. Życie jest szare, ciche, pełne codziennych spraw które w wielu filmach są porzucane. Jest o miłości, o tragediach większych czy mniejszych, przeszłości i jej duchach, które serio nigdy nie umierają, o tym, żeby jednak walczyć o siebie i się nie poddawać, że życie nie jest dobre i nie jest kolorowe, ale że jednak mimo wszystko trzeba walczyć, bo jest dla kogo.

Jak zaczynałam oglądać to chyba nie miałam wobec niego żadnych nadziei ani oczekiwań, bo starałam się nie czytać zbytnio recenzji, żeby nie zepsuć sobie niespodzianki (niestety pani Grażynie Torbickiej się udało; oglądałam z godzinę Oscarów i w trakcie tej godziny dowiedziałam się, dlaczego Lee miał depresję, dziękuję pani Grażyno). Manchester by the sea na pewno nie jest radosnym filmem, ale ma w sobie coś, może ten spokój płynący wraz z każdą kolejną minutą, może dobrych aktorów, może dobrą fabułę – coś ma na pewno, i choć jak mówię – nie uśmiejecie się przy nim, to jednak warto obejrzeć. Bo jest prawdziwy. Bez nadęcia, bez myślenia „jezu, kto to w ogóle napisał” – ot o ludziach, dla ludzi. Po prostu.

I serio. Aktor wciela się w rolę. Za to dostaje nagrodę. Za wcielanie się w kogoś. A to, co robił poza godzinami pracy... Niech osądzaniem zajmą się inni ;-)
  • Tutaj możecie zgłaszać się do konkursu, w którym do wygrania egzemplarz Magii Olewania ;) 
  •  A TUTAJ mój Instagram, na który może zbyt dużo nie wrzucam, ale zapraszam do zaobserwowania. 
  • Zdjęcia pochodzą z Filmweb.pl 


Obserwatorzy