środa, 31 grudnia 2014

O Nowym Roku, Sylwestrze i tym, że wcale nie trzeba go hucznie obchodzić

O Nowym Roku, Sylwestrze i tym, że wcale nie trzeba go hucznie obchodzić



Mam awersję do filmowych okładek, przyznaję. Przyznam również, że książkę czytałam na czytniku, jednak moja Mama pochłonęła Uwikłanie, wobec czego i książkową wersję postanowiłyśmy nabyć. W związku z tym, że za niedługo premiera Ziarna Prawdy w kinie, czas odświeżyć sobie znajomość lektury, a sylwestrowy wieczór nadaje się do tego idealnie. Tak sobie tłumacze brak planów na tą „wyjątkową” noc, jednak wcale nie mam odnośnie tego wyrzutów sumienia - wolę swoje towarzystwo. Nawet, jeśli Więckiewicz dziwnie się na mnie patrzy, a na pendrivie czeka Dracula Untold. Za oknem wciąż wiatr obija się bezczelnie o dach, sądzę więc że posiadówa z kubkiem pełnym herbaty jest jak na tą okazję idealna.

2014 rok dobiega końca. Jeszcze tylko trzy godziny i 2015 otworzy przed nami swoje opiekuńcze ramiona, jeszcze jutro będzie miło, będzie spanie, odpoczywanie, jednak od drugiego stycznia zacznie się prawdziwe życie, sesja, praca, już nie będzie do czego odliczać.

W tym roku dużo się działo - w końcu założyłam bloga z recenzjami na poważnie, przykładając się do tego najlepiej, jak tylko potrafię. Przeczytałam wiele wartościowych książek, np. pana Zygmunta Miłoszewskiego, czy Matthew'a Quicka. Poznałam wielu ludzi, którzy są tak samo jak ja ześwirowani na temat czytania czy pisania, odwiedziłam krakowskie Targi Książki, poznałam Lekko Stronniczych, wygrałam konkurs z Wydawnictwa Otwartego (a zapewniła mi to ta recenzja). 

Nie lubię się długo rozpisywać, jeśli nie chodzi o książki. Wraz z nadchodzącym rokiem postanowiłam się wziąć udział również w innym wyzwaniu niż to, o którym mówiłam w poprzednim poście. Chodzi o 52 Book Challenge PLczyli od jutra zaczynam starania, by w tym roku przeczytać całe 52 książki.  Moim jednym, wielkim postanowieniem oprócz właśnie tego, by dużo czytać jest zapisywanie sobie książek, które uda mi się przeczytać. Na potrzeby powyższego wyzwania założyłam na Lubimy Czytać specjalną półkę, na której będę to zaznaczać.

Swój czytelniczy, nowy rok, zacznę od powieści „Lawendowy Pokój”, nad zakupem której długo się zastanawiałam. Wczoraj jednak zajrzałam do Empiku, i czy mogłam odmówić książce, która prosiła mnie, bym ją kupiła? No pewnie, że nie ;)

A jak tam Wasze noworoczne, czytelnicze plany ? :)

piątek, 26 grudnia 2014

Książkowe Wyzwanie 2015

Książkowe Wyzwanie 2015
Jesteście? Objedzeni, jak mniemam? No bo co to za Święta, kiedy nie łapią nas wyrzuty sumienia, że za dużo zjedliśmy? Stół, obładowany po brzegi smakołykami wręcz błagał nas, byśmy sięgnęli po jakiś przysmak. Któż tego nie zna. Święta jednak praktycznie za nami. Odliczamy więc do Sylwestra, do końca roku. Czas ten zazwyczaj mobilizuje nas do robienia podsumowań, albo kreowania nowych postanowień na nadchodzący rok. Na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas, wszak mamy dziś dopiero 26 dzień grudnia. Pomyślałam jednak, że może to odpowiedni czas, by pomyśleć nad planami na nowy, 2015 rok. Postanowień jako takich robić nie lubię, bo też nigdy nie udaje mi się ich spełniać. Może czas zmienić taktykę? Moje dotychczasowe noworoczne postanowienia wyrwane były z kontekstu, zmuszały do robienia czegoś, czego nie lubię tylko po to, by móc sobie odhaczyć na kartce, że o tak, udało mi się. A książki? Cóż - czytać zawsze lubiłam, pisać, jak widać też, więc może prowadzenie akcji na blogu jakoś mnie do tego zmobilizuje?

Zaczynając od pierwszego stycznia mam zamiar podjąć się Książkowego Wyzwania, wykreślając z listy kolejne podpunkty. Zacznę wybierać książki zgodnie z poniższym obrazkiem. Postaram się również pod koniec każdego miesiąca złożyć podsumowanie mojego wyzwania, tego, co udało mi się wykreślić - czyli przeczytać. Czy to książkę posiadającą więcej niż 215 stron (to chyba nie będzie trudne), albo taką, której autorem jest kobieta. Co Wy na to?

Tu jest moje pytanko. Czy ktoś z Was chce dołączyć? Im nas więcej, tym większa będzie - tak się domyślam - mobilizacja. Każdy, kto chciałby się w to ze mną zabawić, niech zostawi u mnie ślad w komentarzu. W ostatnich tygodniach miesiąca prosić będę o wysłanie swojego mini podsumowania do mnie na e-maila, a ja to tu umieszczę.

Co Wy na to? :) Każdy sposób na mobilizację jest dobra, a jeśli jeszcze może wyjść z tego coś fajnego... Czekam na Wasze opinie ;)


niedziela, 21 grudnia 2014

„Gniew” Zygmunt Miłoszewski

„Gniew” Zygmunt Miłoszewski


„Gniew” to pożegnanie z Szackim, jednym z najbardziej znanych bohaterów kryminalnych w Polsce, dostrzeżonym i docenionym na świecie, co potwierdzają recenzje i wyróżnienia dla kolejnych wydań książek Zygmunta Miłoszewskiego za granicą.

„Gniew” to, jak można bacznie zauważyć, ostatnia część przygód prokuratora Teodora Szackiego, z którym to zdążyłam się zżyć od czasu „Uwikłania” i „Ziarna prawdy” (ekranizacja wchodzi do kin 30 stycznia 2015 roku). Niestety nadszedł ten moment, w którym wypada książkę czytać powoli, żeby jej za szybko nie skończyć, bo później nie będzie już nic, z drugiej strony chce się przebrnąć najszybciej jak się da, by dowiedzieć się, kto jest winny. Och, nie ma to jak czytelnicze dylematy, serio!

Niedawno czytając gazetę, natknęłam się na wywiad z Zygmuntem Miłoszewskim, gdzie był przepytywany głównie o relacje ze scenarzystą „Ziarna prawdy”, Borysem Lankoszem, bo skoro film niedługo pojawi się na kinowych ekranach, trzeba zrobić wokół niego trochę szumu. Szkoda, że teraz wszystkie oczy skupią się na filmie na nie na książkach, które zawsze są o niebo lepsze, no ale co można z tym zrobić. Wracając jednak do wywiadu, który pochłonęłam jednym tchem. Jedno pytanie i odpowiedź spodobały mi się na tyle, że pozwolę sobie aż zacytować.

Jak zareagowałeś na tę pierwszą wersję scenariusza?
ZM: […] Jestem człowiekiem, który nie wychodzi ze swojej jaskini – m.in. dlatego wybrałem sobie zawód, który polega na siedzeniu przez rok tylko w swoim towarzystwie w pokoju 3 na 4 metry. Nie lubię kontaktować się z ludźmi, a wspólna praca nad scenariuszem jest od takich kontaktów uzależniona.

Wyłania się nam tutaj obraz pisarza idealnie stereotypowego – człowieka, który unika kontaktów z ludźmi, którego te kontakty po prostu przerastają, męczą i stresują.  Także wiecie, moim sercem już zawładnął, a Waszym?

Akcja „Gniewu” toczy się w Olsztynie, czyli trzecim mieście, w którym pomieszkiwał nasz prokurator. W „Uwikłaniu” była to Warszawa, w „Ziarnie Prawdy” Sandomierz i teraz Olsztyn. Który to chyba się naszemu prokuratorowi niezbyt podoba, bo cały czas na niego narzeka, ale to już swoją drogą.

Jak zwykle zaczyna się niewinnie, bo od znalezionego szkieletu mężczyzny. Cóż, doświadczonemu Teodorowi Szackiemu wydaje się, że to sprawa z czasów wojny, podpisuje kilka papierów, ma nadzieję, że w końcu się tu coś wydarzy. No i nie musiał długo czekać. Okazuje się bowiem, że kości należą do człowieka, który zmarł… oj bardzo niedawno.  W tym momencie zaczyna się walka z czasem, walka z kolejnymi przeszkodami, poszlakami i świadkami.

Gdzieś w międzyczasie Teodor Szacki stara się też być dobrym narzeczonym dla Żeni, ojcem dla swojej szesnastoletniej córki Heleny Szackiej, jednak nie wszystko mu wychodzi tak perfekcyjnie, jak dotąd. 

Kilka popełnionych w czasie trwania śledztwa błędów doprowadza do sytuacji podbramkowej. Końcowa akcja toczy się szybciej, kartka za kartką, strona za stroną i wzrasta poziom ekscytacji, ciekawości… 

… i wtedy bum, pod postacią zakończenia. Którego do tej pory nie rozumiem, choć starałam się to sobie wytłumaczyć.

I w jednym momencie zrobiło się tak pusto. Jakby bańka mydlana pękła w najmniej oczekiwanym momencie. 

Mimo wszystko książka bardzo mi się spodobała, smuci jedynie fakt, że nie dowiem się już, co by było dalej. Bo domyślam się, że pan Zygmunt albo to wie i tego nie wyjaśni, albo i sam o to nie dba.



wtorek, 16 grudnia 2014

„Lekko Stronniczy jeszcze więcej” czyli Karol Paciorek i Włodek Markowicz

„Lekko Stronniczy jeszcze więcej” czyli Karol Paciorek i Włodek Markowicz
mojego autorstwa 
Włodek Markowicz i Karol Paciorek – dwaj znani youtuberzy prowadzący program „Lekko Stronniczy” u kresu swojej przygody z tymże programem (26 grudnia ma zostać ‘emitowany’ ostatni, tysięczny, odcinek) postanowili wydać książkę. Ale nie myślcie sobie, że taką normalną. W ogóle, czy można w odniesieniu do tej dwójki użyć słowa „normalni”? Nie sądzę.

Książka składa się z kilkunastu felietonów, pisanych to przez Włodka, to przez Karola, ale również ich rozmów, które nagrywali a później zostały spisane. Jak się dowiedziałam, było to siedem godzinnych sesji, podczas których to wymieniali się spostrzeżeniami, rozmawiali a później przelali to na komputer. 

Pierwszy odcinek Lekko Stronniczego został opublikowany 24 lutego 2011 roku, czyli ponad trzy lata temu. Od tego czasu panowie nakręcili tych filmików (na dzień dzisiejszy) 992. Włożyli w to kupę roboty, kupę zapału… Jednak wciąż, mimo upływu tylu lat, są tacy sami. Włodek skryty za fasadą swoich długich włosów, Karol za oprawkami okularów. Jeden trochę spokojniejszy (Włodek), drugi bardziej towarzyski (Karol). Tworzą mieszankę wedlowską dla nas, widzów, siadających codziennie przed komputerem, tylko po to by obejrzeć kolejny zaskakujący filmik. 

Odnośnie jeszcze książki. Pominąwszy okładkę, która po prostu mówi, krzyczy „kup mnie, kup mnie” cała książka jest dla mnie jak najbardziej na tak. Przeczytałam (a właściwie pochłonęłam) ją w tempie natychmiastowym. Na kolejnych jej kartach dowiadujemy się o przeszłości chłopaków, o tym, czym zajmowali się końcem liceów, na jakie poszli studia i przede wszystkim – co pchnęło ich do decyzji o zaczęciu czegoś swojego. 

Najbardziej jednak nie mogę uwierzyć w to, że zaczynali banalnie – od pożyczonej od kogoś kamery. Czy wiedzieli, że tak im dobrze pójdzie? Czy wtedy, mówiąc sobie, że będą kręcić do tysięcznego odcinka wierzyli, że im się to uda? Nie odpowiem na to pytanie – sami musicie zajrzeć. A powiem, że naprawdę warto :)

Nie bądź naiwny i nie oczekuj, że pierwsza rzecz, którą wrzucasz do internetu, będzie dobra. Pewnie nie będzie. I co z tego? Nic. Wyciągnij wnioski. Pamiętaj, że człowiek uczy się tylko na błędach – sukces w tym nie pomaga. Przeanalizuj, co było nie tak i co możesz poprawić. Czy aby na pewno to jest to, w czym jesteś najlepszy? ~ Włodek

Na koniec, już jako ciekawostkę, którą pewnie i tak znacie, powiem, że na samym końcu książki są dwa wyjątkowe felietony – Włodek pisze kilka słów o Karolu, Karol o Włodku. Teksty o sobie przeczytali dopiero w momencie, kiedy książka została wydrukowana i umieszczona na księgarnianych półkach. Wtedy to włączyli kamerę, usiedli przed nią i zaczęli czytać. Niezłe ryzyko, co myślicie? ;) 

Wczoraj w Krakowie w Galerii Bonarka odbyło się spotkanie z Włodkiem i Karolem, w którym oczywiście musiałam wziąć udział. Byłam całym faktem niezmiernie podekscytowana, bo tak zobaczyć ich serio, na żywo? Nie dość, że udało mi się stać w drugim rzędzie przy balustradzie, to jeszcze zamieniłam z nimi kilka słów, dostałam dedykację na książce oraz śmieszne zdjęcie, które no cóż, pokazuje, że jest szał ;)

nie wiem o co chodzi z tym uśmiechaj się, bo przecież ryłam ze śmiechu jak tylko do nich podeszłam... cóż :)

jak mówi hasztag, #dziwnezdjęciewcenie (a Włod jest super!!)


Także wiecie. Polecam z całego serducha! I jest mi tak smutno, że to już koniec filmików... Ech..

czwartek, 11 grudnia 2014

„Wnuczka do orzechów” Małgorzata Musierowicz

„Wnuczka do orzechów” Małgorzata Musierowicz
Dacie wiarę, że to już dwudziesta książka „Jeżycjady”? Ta sama seria, którą przed dwudziestoma laty, a nawet więcej, czytała moja Mama, a którą pochłaniam teraz ja? Dlaczego ten czas leci tak szybko, zabójczo wręcz? Skoro na to pytanie nie uda się nam odpowiedzieć, to może warto przejść dalej.

„Wnuczka do orzechów” tym razem skupia się głównie na Idusi, która mimo, iż jest już kobietą poważną, stateczną, w duszy nadal jest tą szaloną, rudowłosą dziewczyną, która wciąż wpada na dziwne pomysły. Ma już czterdzieści dziewięć lat (a ja wciąż pamiętam roztargnioną Idę, która wraca z campingu, sama, do mieszkania w którym nie ma jedzenia, która podejmuje się różnych prac by jednak nie zejść z głodu, jednak za nic nie przyzna się do swojej głupoty), ma syna, który zdał maturę, męża Mareczka i Łusię, która jest na tyle ‘dorosła’ że może sama wyjechać na wakacje. Idusia kłóci się jednak ze swoim synem, a zarazem i Mareczkiem. W przypływie frustracji idzie pobiegać. Kończy się to tym, że ląduje na wsi, z Dorotą oraz jej dwoma babciami. W odwecie na członkach rodziny postanawia zabawić tu dłużej, dając znać jedynie Gabrysi, że żyje i ma się dobrze. W tak zwanym międzyczasie u jej boku pojawia się Ignacy Grzegorz, syn Gabrysi, którego talentem jest przyciąganie kłopotów. Ale nie martwcie się, w Poznaniu też robi się ciekawie. Nestorzy rodu Borejków postanawiają, za namową Gabrysi, udać się na wieś, do swojej córki Patrycji, gdyż tu, w Poznaniu, upał doskwiera im niemiłosiernie. Najbardziej podobały mi się jednak e-maile, które wysyłały między sobą Idusia a Gabrysia, a w pewnym momencie nawet Patrycja. Cóż, widać tu postęp czasu i technologii, bo kiedy w początkowych seriach dziewczyny oczekiwały na telefon, non stop się w niego wpatrując, tu rozmawiały ze sobą – i jak przystało na nierozłączne siostry, dzieliły się każdym, nawet najmniejszym detalem. A z jakim humorem to napisane! Momentami kwiczałam ze śmiechu, mam nadzieję, że nikt na mnie nie zwracał uwagi ;)


- [...] I widzę nie łysego staruszka, tylko tamtego chłopca, którym byłeś, młodego, z rudymi lokami.
Wnukowie spojrzeli na niego z jednoczesnym zdumieniem.
- Miałeś rude loki?!
- Mniejsza o nie - rzekł dziadzio niecierpliwie. - Ważne jest coś innego...
- Były bardzo długie? - zapłonął ciekawością Jędrek.
- Nie! - z lekką irytacją odparł zapytany. - Były całkiem normalnej długości. [...]
(Nestor rodu próbujący wytłumaczyć coś swoim wnukom - Jędrusiowi i Szymkowi, synom Natalii i Rojka ;)) 



Cała książka, choć dosyć chuda (udało mi się ją pokonać w ciągu dwóch dni) sprawiła, że na mojej twarzy znów pojawił się uśmiech. Nie wiem, jak to się stało, ale znów poznałam magię Poznania, magię Borejków, tą magię, której zabrakło mi przy okazji „McDusi”. Przez chwilę, kiedy trzymałam książkę, zanim w ogóle zaczęłam ją czytać, miałam pewne obawy. Bałam się, że to usilne lanie wody, że dwudziesta część, że jak to możliwe, że to jakoś tak… No zupełnie na nie. Kiedy jednak otworzyłam książkę, zaczęłam czytać aż w końcu przepadłam, byłam na siebie zła. Bo pani Musierowicz nadal trzyma fason. I wiecie, co jest najgorsze? Że ja nie wyobrażam sobie, że kiedyś rzeczywiście nastąpi koniec. Jak?!

Jeżeli ktoś się nie domyślił, stawiam 10/5 bo toć to część wprost rewelacyjna, w której czuć tą niesamowitą atmosferę, która po prostu zapiera dech w piersiach. No i muszę przyznać, że Idusia, mimo podeszłego wieku nadal nie traci rezonu! A to niezwykła zasługa, utrzymać przez kilkadziesiąt części bohaterów takich, jakimi ich poznaliśmy. Dziękuję, pani Małgorzato!

sobota, 6 grudnia 2014

‘The Rewrite’ FILM

‘The Rewrite’ FILM
znalezione w googlach.

Nagrodzony Oscarem scenarzysta opuszcza Hollywood, by uczyć scenopisarstwa na Wschodnim Wybrzeżu. Wkrótce mężczyzna zakochuje się w samotnej matce. 

Popatrzmy na tytuł. Polski: „Scenariusz na miłość” (bo przecież filmy z „miłością” lepiej się sprzedają?) czy angielski ‘The Rewrite’? Popatrzmy dokładniej. Według słownika merriam-webster słówko ‘rewrite’ znaczy: ‘to write (something) again especially in a different way in order to improve it or to include new information’ (napisać >coś< od nowa, inaczej, albo dobrać do tego nowe informacje). Nie będę już mówiła, że to w ogóle nie ma sensu. Nie będę mówiła, że to jest pomyłka (choć sądzę, że jest). Ja wiem, że hajs się musi zgadzać, że tytuł musi przyciągać… właśnie, przyciągać, a nie zniechęcać. „Scenariusz na miłość” przynosi na myśl kolejną łzawą, ociekającą lukrem komedię, która ma taką samą strukturę jak milion poprzednich i z pewnością – milion następnych. A z czym mamy do czynienia oglądając ‘The Rewrite’?

Hugh Grant wciela się w rolę Keitha Michaels’a, nagrodzonego Oscarem scenarzysty, którego kariera, cóż, przestała się kleić. Kiedyś szczęśliwy scenarzysta, mąż i ojciec. Teraz scenarzysta bez pracy (nowe propozycje nie napływają), rozwodnik, niemający kontaktu z synem od czasu, kiedy była żona ponownie wyszła za mąż. Kiedy okazuje się, że rachunki same się nie zapłacą, a siedzenie po ciemku raczej do najprzyjemniejszych nie należy, Keith opuszcza Hollywood, by uczyć scenopisarstwa na Wschodnim Wybrzeżu.

Czy główny bohater znajdzie w końcu swoje miejsce na ziemi? Czy okaże się, że Wschodnie Wybrzeże jest dla niego lepsze od Hollywood? Czy warto poświęcać wielką karierę na cześć bycia w kończ szczęśliwym? Czy Keith odnajdzie w sobie tyle odwagi, by odciąć się od światka mediów, które jednego dnia robią z ciebie gwiazdę, następnego zaś wyrzucają na bruk? Kiedy okazuje się, że to nie on poproszony jest o napisanie sequelu jego filmu, Keith nie ma nic do stracenia.

Mówię od razu: to nie jest komedia romantyczna. Podpisuję się pod tym stwierdzeniem nogami i rękami i czym tylko się da. To bardzo fajny, obyczajowy film o odnajdywaniu swojego miejsca na ziemi. O znalezieniu tych osób, które nas uszczęśliwiają, i w których towarzystwie życie wcale nie jest nudne. O pielęgnowaniu swoich pasji nawet wtedy, kiedy ma się przez to problemy (osoby piszące nigdy nie miały łatwo). O tym, że kiedy się do czegoś przyłożymy, naprawdę mamy szansę odnieść duży sukces. I w końcu o tym, że to rodzina jest najważniejsza w naszym życiu. I te osoby, które właśnie wnoszą do tego czasem marnego życia radość.


Do kina wybrałam się tylko dlatego, że lubię Hugh Granta, który zapunktował u mnie nie tylko ‘Notting Hill’ ale i ‘Music and lyrics’ („Prosto w serce”). Patrząc na tytuł spodziewałam się jakiejś przesłodzonej komedyjki, która wyjdzie mi bokiem po dwudziestu minutach i w zasadzie będę chciała z niej wyjść, ale koniec końców będzie mi żal kasy wydanej na bilet. I na nachosy. No ale myślałam sobie „Hugh, Hugh, no musisz iść!”. No to poszłam. Nie żałuję. Nie jest to może nic górnolotnego (jakby to niby przestępstwem było oglądanie komedii), ale w sam raz na zimowe, ciepłe wieczory z kubkiem herbaty czy kubełkiem popcornu. Śmieszne riposty, dobrze dobrani aktorzy do poszczególnych ról. Czego chcieć więcej? Wpuśćmy do naszych żyć odrobinę radości, dajmy się rozleniwić komediom… I przede wszystkim, zgodnie z tonem filmu, dbajmy o swoje pasje;) 

wtorek, 2 grudnia 2014

#muzycznie, koncertowo, inaczej

#muzycznie, koncertowo, inaczej
Aż wstyd patrzeć, jak dawno mnie tu nie było. Czas leci jak oszalały. Myślałam, by napisać tu do Was zaraz po koncercie Curly Heads, jednak jak to w moim przypadku bywa, jedno myślę, drugie planuję a znowu trzecie piszę. Po CH miałam jeszcze dwa koncerty happysadu i w zasadzie tak minęły niemal trzy tygodnie… że aż nie wiem, gdzie. Na odliczaniu, na wspominaniu, na śmianiu się i milionowym oglądaniu tych samych filmików, które znam już na pamięć. 


Nie przeczytałam ostatnio nic nowego, a recenzji tego, co jednak udało mi się pokonać jeszcze nie naskrobałam (naszły mnie słuchy, że za tydzień mam egzamin, więc czuję że i  w czytaniu na razie lepiej iść mi nie będzie). Dlaczego więc nie porozmawiać o muzyce? O tych koncertach, które za mną, o tym krzyczeniu, wiciu się przed sceną i skakaniu jak najwyżej się da? Dlaczego nie o niezwykłej przyjemności ze spotkania chłopaków z Curly Heads, czy kochanych panów z happysadu? Trzy tygodnie przepełnione radością sprawiają, że mam milion anegdotek do opowiedzenia i nikogo, kto jeszcze chciałby o tym słuchać. :D

zdjęcie robione tosterem, przepraszam >.<
Curly Heads dali czadu nie tylko na koncercie, choć ja do tej pory nie mogę uwierzyć, że na scenie stoi ten sam Dawid, który miał trudności w wysłowieniu się kilkanaście minut wcześniej, kiedy z koleżanką siedziałam w (chyba) garderobie z całym zespołem. (A, bo chyba się nie chwaliłam. Wygrałam, dzięki Wydawnictwu Otwartemu dwa bilety i dwie wejściówki na koncert CH właśnie!). Chłopaki byli strasznie... Nieśmiali, tak to powiem. Mimo ciemności, która tam panowała (dziwny klub, acz nastrojowy!) wszystkie fotki, te ze spotkania czy właśnie z trwania koncertu musiały ulec niezwykłemu rozjaśnieniu w programie graficznym. Jak to nawet jeden facet stwierdził, robiąc nam zdjęcie tosterem,  panuje tu taka ciemność, że dziewczyny - w fotosklepie sobie rozjaśnicie. A więc to zrobiłam! Prawdą jest jednak, że nie mogę powiedzieć na nich złego słowa - bije od nich niezwykły spokój, ten przed koncertem, kiedy raczej podejrzewałam, że muszą być nieźle tym podekscytowani. Na scenie ujrzycie jednak ich drugie oblicze, to bardziej wojownicze... I jeju, ten głos Dawida! Wciąż nie wierzę w to, że mogłam sobie zrobić z nim zdjęcie i w ogóle! 

Jakub ;)
happysad. Dwukrotnie. Słyszałam, że już bliżej stać nie mogłam. Chyba mieli rację. Nie mogłam. Toż to miałam Kubę i resztę zespołu na (niemal!) wyciągnięcie ręki!! Stałam, kulturalnie mając na scenie wyłożoną torebkę, sweter i wszystko. Nie muszę chyba mówić, że była moc i to kompletna i totalna. Że każde słowo spijałam, wsłuchiwałam się i marzyłam, żeby to nie był koniec i żebym nie musiała czekać do następnego razu! Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy, jednak opłacał się trud stania przed sceną. Nie dość, że dopchałam się do uroczych (inaczej) zdjęć z panami, to jeszcze - wsju wsju - zdobyłam koncertową setlistę. Czy można chcieć więcej oprócz porozmawiania sobie ze swoim idolem? I nie patrzcie się tak na mnie, nieładnie, kto powiedział, że się wepchałam w kolejkę do zdjęć? (No sorry, nie trawię ludzi, którzy stoją jak słupy soli i wszystkich wokół przepuszczają!)

;)

szaaaleni! ;P

I jak tu nie kochać tych wszystkich ludziów? Jak nie opowiadać w kółko tych samych anegdotek, skoro one są takie super niezapomniane? :) Nie da się!

Z takim duchem Was zostawiam, podzielcie się swoimi ulubionymi koncertami, czy nawet zdjęciami! :) Do napisania!

wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa więc uprasza się o ich niekopiowanie. 

informacja



Jak wiecie (albo i nie), blog Myśli Zaczytanej ma stronę na facebooku. Jeśli jeszcze jej nie polubiliście, to zapraszam (klik). Jeśli jednak ten krok za Wami, to abyście mogli być na bieżąco z postami i informacjami, które tam dodaję wystarczy, że zaraz po polubieniu klikniecie "Obserwuj/Follow" i wtedy na Waszej tablicy powinny pokazywać się dodawane tam posty na bieżąco :) Dopiero teraz zauważyłam, że większość postów do nikogo nie dotarła, więc muszę temu zadziałać :) Pozdrawiam!

piątek, 21 listopada 2014

„Ostatnia spowiedź” Nina Reichter

„Ostatnia spowiedź” Nina Reichter

Brandin Rothfeld jest dziewiętnastoletnim rockmanem. Kobiety w całej Europie wzdychają do jego brązowych oczu i cudownej, niemal dziewczęcej urody. Wracając z trasy koncertowej Brade spóźnia się na przesiadkę i spędza noc na opustoszałym lotnisku. Jeszcze nie wie, ze będzie to najdziwniejsza noc w jego życiu. Spotyka wtedy Ally Hanningan. Tajemniczą Amerykankę, która go nie rozpoznaje. Spędzają ze sobą kilka magicznych, niezapomnianych godzin. A później wspaniała noc się kończy. I oboje już wiedzą, że nie spotkają się więcej. Nigdy więcej. Bo zbyt mocno czują, że coś rodzi się między nimi. Żadne z nich nie może się teraz zakochać.

Dopóki nie wzięłam książki w swoje ręce, opierając się na opiniach innych czytelników, myślałam, że to typowe, łzawe romansidło, które niezależnie od tego, co dzieje się gdzieś pomiędzy, dobrze się skończy. W jakimż ja byłam błędzie! „Ostatnia spowiedź. Tom 1” to mój ostatni Targowy nabytek (nie wierzę, że minął prawie miesiąc!), który to doczytałam dopiero, gdy w moje ręce wpadł Tom 2. Ale to takie moje dziwactwa.

Zaczyna się, powiedzmy sobie szczerze – jak zwykle. On jest kimś, Ona szarą myszką. Poznają się przypadkowo, na lotnisku… I cóż, dalej już nie jest tak kolorowo. Ona go nie rozpoznaje, on to poniekąd wykorzystuje. Po kilku wspólnie spędzonych godzinach, rozstają się. I mają o sobie zapomnieć, bo oboje zauważyli, że mimo, iż się nie znają, coś zaczyna się dziać. On daje jej numer telefonu, ona mówi, że jeżeli będzie chciał ją znaleźć, znajdzie ją. Ona zostawia kartkę z numerem jego telefonu w samolocie, on nie może wybić sobie jej z głowy. Na tym powinno się skończyć.

Wierzycie, drodzy czytelnicy, w miłość od pierwszego wejrzenia? Kupidynek od razu wali w serce strzałą, ono zaczyna mocniej bić na widok danej osoby… I wtedy, co? Czy nasi bohaterowie wierzą w taką miłość? Nie. Bo przecież liczy się stabilizacja. Żadne tam uczucia. Uczucia są zgubne. Sprowadzają ze sobą same problemy, kłopoty. Nic więcej. Tyle, że uczuć nie da się okiełznać. Nie tak łatwo zapomnieć, nie tak łatwo wyrzucić z głowy, z serca, obraz tej osoby. Nie tak łatwo.

Książka, choć jak pisałam wyżej, o której nie wiedziałam, co myśleć, rozgościła się w moim sercu na dobre. I choć może nie pojmuję niektórych rozwiązań czy wyborów bohaterów, nadal wcinam książkę, strona po stronie, nie mogąc doczekać się niewiadomego. Czy Bradin i Ally w końcu będą ze sobą? Czy pokonają przeciwności losu, które mnożą się im pod nogami w szybkim tempie? Czy Tom i reszta zespołu da Bradinowi tak zwany święty spokój? I – najważniejsze, czy Ally w końcu poczuje się bezpiecznie u boku mężczyzny, którego naprawdę… kocha?

„Starożytni nie pisali nekrologów. U kresu drogi pytali tylko: „Czy kochał? Czy przeżył namiętność? Czy targały nim skrajności tak silne, że trzeba samemu ich doświadczyć, by kiedykolwiek móc zrozumieć ich sens? Czy postępował nielogicznie i pochopnie, często łamiąc reguły, by chronić coś, czego - jak nienamacalnego - nie mógł uchwycić? By chronić miłość?”. Jeżeli tak, odchodzi człowiek pełen nadziei i wiary. Odchodzi, pamiętając. Bo choć nie wszystko jest spisane na kartach, choć wiele pominięto, a może nie dostrzeżono, jego serce nigdy nie zapomni. A obraz jego oczu zawsze będzie tak samo wyraźny jak w tej właśnie chwili...”

Powyższy cytaty wyjątkowo mi się spodobał, ponieważ skojarzył mi się z pewną smutną sytuacją.

Te wszystkie odpowiedzi znajdziecie w „Ostatniej spowiedzi”, którą z całego serca Wam polecam. Obecnie wchłaniam drugi tom, koleżanki poprosiły o pożyczenie pierwszego. Nie mogę przecież odmówić! Czytajcie więc, a ja czekam i na Wasze opinie :)



niedziela, 16 listopada 2014

„List” Richard Paul Evans

„List” Richard Paul Evans

MaryAnne i David przeszli razem niejedno, ale wciąż łączy ich szczere i trwałe uczucie. Małżonkowie mieszkają w urokliwej rezydencji, otoczeni gronem serdecznych przyjaciół. 

Los jednak wystawia ich na wielką próbę – umiera ich trzyletnia córeczka. Po tym przeżyciu David zaczyna uciekać przed emocjami w pracę. Chociaż jego miłość do MaryAnne jest głęboka, mężczyzna przez lata nie widzi swoich błędów – dopiero wyjazd ukochanej i pozostawiony przez nią list otworzą mu oczy i popchną go do wielkich zmian w życiu.



Moją kolejną Targową zdobyczą, którą pochłonęłam w tempie natychmiastowym jest „List” Richarda Paula Evansa, z którego książkami miałam już styczność. Ta książka, jak każda poprzednia tego autora, ma niesamowitą okładkę – nie ma na niej przepychu, bóg wie ilu kolorów, a mimo to wciąż zachwyca (i patrzy się z półki w sklepie i mówi: weź mnie, weź mnie). Na opasce, która była owinięta wokół okładki było napisane, iż jest to „najbardziej poruszająca książka Evansa” i choć na początku sceptycznie do tego wychwalania podeszłam, tak muszę się pod tym podpisać i rękami i nogami. Jedynym minusem, który dostrzegłam dopiero po przeczytaniu jej, to fakt, iż na tylniej okładce nie zamieszczono informacji, że jest to kontynuacja „Zegarka z różowego złota”. Chronologicznie więc „Zegarek…” opowiada o historii poznania się Davida z MaryAnne, „List” zaś opowiada ich dalszą historię. Już nie pierwszy raz mi się to zdarzyło, że zaczynam od środka, ale skąd mam takie rzeczy wiedzieć, skoro na okładce nie ma informacji?

Z bohaterami przenosimy się do lat trzydziestych ubiegłego wieku. Do lat, w których niektórzy ludzie powiększają swoje fortuny, tym samym tworząc jeszcze większą zapaść między biednymi a bogatymi. Kiedy bogaci opływają w fortunach, biedni ludzie żyją na granicy ubóstwa. Ponadto, ludzie czarni są traktowani jak gorsza podkategoria ludzi, czego do tej pory nie mogę zrozumieć. Większość białych ludzi nimi gardzi, wiele ludzi sądzi, że nie powinni pracować z białymi (bo co z tego, że też mają rodzinę, którą muszą utrzymać), a najlepiej, gdyby w ogóle ich nie było.

David i MaryAnne byli niegdyś szczęśliwym małżeństwem. Zakochani w sobie nawzajem tworzyli szczęśliwą rodzinę, przynajmniej do nieszczęśliwego wypadku, w wyniku którego umiera ich trzyletnia wtedy córeczka. I choć od tragedii mija trochę czasu, małżonkowie się od siebie odsunęli. Wspominałam już przy okazji „Niezbędnika obserwatorów gwiazd”, że każdy przeżywa żałobę, smutek na inny sposób. David ucieka w pracę, tam szukając spełnienia. Poświęcając jej całą uwagę, nie ma czasu na zmartwienia, niepotrzebne myślenie nad czymś, czego nie jest już w stanie zmienić. David nie zauważa, że jego małżeństwo rozsypuje się. Dopiero w momencie, kiedy MaryAnne, pod pretekstem ślubu brata wyjeżdża, zostawiając mu list, mężczyzna zdaje sobie sprawę jak bardzo zawinił, odsuwając się od ukochanej.

„Nie mam siły dłużej znosić Twojej obcości. Twoja miłość była dla mnie jak słońce. Mury, którymi otoczyłeś swoje serce, pozbawiły mnie jego ciepła, a bez niego zmarniało moje serce. […] ”  

Jak odnaleźć się w nowym życiu? Jak przyzwyczaić się do myśli, że ukochana ci osoba może już nie wrócić? W dodatku David dowiaduje się, że grób jego córeczki odwiedza starsza kobieta, która może być jego matką, która opuściła jego i jego ojca w czasie, gdy ten był małym chłopcem. Wracają demony dzieciństwa, chęć poznania prawdy a przede wszystkim marzenie – wtedy może górnolotne – by MaryAnne w końcu wróciła tu, gdzie jej miejsce – przy nim.

Coś, co uderzyło mnie najbardziej, to sposób traktowania osób czarnoskórych. Pominąwszy fakt, że nawet w fabrykach sądzono, że to biali ludzie powinni więcej zarabiać, bo przecież „mają rodziny, dzieci na utrzymaniu”, tak murzyni stanowili kulę u nogi, przecież nic im się nie należało. Najbardziej wstrząsnęło mną to, że nawet w momencie, kiedy dochodziło do pochówku ludzi na cmentarzu, były wyznaczone miejsca, w których można było chować białych, a dopiero gdzieś na uboczu czarnych, żeby „nie wzbudzać sensacji”.

„Naprawdę nie rozumiem, po co zadaje pan sobie tyle trudu, żeby pochować Murzyna. Przecież czarni nie mają duszy”.

Książkę czytało się bardzo przyjemnie i jednocześnie szybko. Nie wiem, czy moje zdanie na jej temat byłoby inne, gdybym wcześniej przeczytała „Zegarek z różowego złota”, jednak naprawdę jestem pod wrażeniem. Każda kolejna książka pana Richarda Paula Evansa utrzymuje poziom, i choć nie jest to jakaś górnolotna literatura, a raczej niezobowiązująca, to polecam każdemu :) 

środa, 12 listopada 2014

„Inicjały zbrodni. Agatha Christie” Sophie Hannah

„Inicjały zbrodni. Agatha Christie” Sophie Hannah
Prawie 40 lat po premierze ostatnich przygód Poirota — nowa powieść z udziałem słynnego detektywa i nowa autorka, wybrana przez spadkobierców Agathy Christie!
Od czasu, gdy w 1920 roku jej pierwsza książka ujrzała światło dzienne, powieści Agathy Christie sprzedały się na świecie w łącznym nakładzie ponad dwóch miliardów egzemplarzy. Teraz, po raz pierwszy w historii, spadkobiercy pisarki zgodzili się na publikację nowej powieści z udziałem jej najsłynniejszego bohatera.
Na wstępie warto powiedzieć, że nikt nie jest w stanie zastąpić pani Agathy Christie. To ona przecież wykreowała postać naszego dzielnego, dokładnego detektywa Herkulesa Poirota, którego pokochały tłumy. Panie Sophie Hannah dostała szansę, by wykrzesać coś od siebie, i choć staram się nie mieć uprzedzeń, na początku trochę się tego obawiałam. Okazało się jednak, że zupełnie niepotrzebnie, ale o tym za chwilkę. 

Okładka jest przepiękna, bo czarna i gustowna. Mój wzrok skupia się jednak nie na ogólnym jej kształcie i wyglądzie, a na wielkim napisie „Agatha Chrsitie”. No nie wpadłabym na to, biorąc książkę do ręki, że to może mieć coś wspólnego z Christie! Nie wiem, ale jakoś mi ten napis nie pasuje. Drugą rzeczą, o której chciałam wspomnieć przy okazji okładki to fakt, że odbijają się na niej palce. Niezależnie od tego, czy wytrę dłonie, czy nie, biorąc ją do ręki – zostawiam na niej ślad. A, że jest czarna, ten efekt jest podwójny i dla kogoś takiego jak ja, który ma  manię wycierania ekranu telefonu dotykowego za każdym razem, gdy z niego skorzystam, jest to trochę drażniące. 

Na kartach powieści przenosimy się do Anglii lat dwudziestych ubiegłego wieku. Poirot, wraz ze swoim znajomym, rozwikłują zagadkę potrójnego morderstwa w znanym, angielskim hotelu. Rzeczą, która od razu zwraca uwagę naszego dzielnego detektywa to fakt, iż trzy ciała mimo, iż ułożone są w tej samej pozycji, to jednak „coś” się tu nie zgadza. Poirot nie ustępuje w swoim postanowieniu, łączy morderstwo z przypadkowym spotkaniem się  w kafeterii z pewną kobietą, która oznajmiła mu iż „zostanie zamordowana” i jak najprędzej chce dowieść prawdy. W tym wszystkim nadal jest nieustępliwy, nadal szuka dziury w całym i zwraca uwagę na każdy, nawet najmniejszy szczegół, który mógłby pomóc rozwikłać zagadkę.

Nie porównywałabym tego jednak do dzieł, które wyszły spod pióra pani Christie. Pewnie gdybym nie wiedziała, że napisał to kto inny, nie spostrzegłabym różnicy. Wiedząc jednak, dopatrywałam się jakiś uchybień, czegoś co wskazałoby, że ta książka jest błędem. Czego, z ulgą na sercu powiedzieć nie mogę, bo książka trzyma fason. Podczas jej czytania, miałam dużo typów osób, które mogłyby to zrobić, byłam jednak jak Edward Catchpool, który sam za naszym detektywem nie nadążał.



Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.





wtorek, 4 listopada 2014

„Klasa” Dominik W. Rettinger

„Klasa” Dominik W. Rettinger
Kiedy po latach kontaktuje się z tobą kumpel z klasy, może to oznaczać tylko jedno – kłopoty. Skatowany w Warszawie przez nieznanych sprawców prezes amerykańskiej korporacji dzwoni do byłego kolegi z klasy, znanego radiowca. Wybiera jedyny numer, jaki zna – do audycji na żywo. Dziennikarz zostaje wplątany w grę, w której stawką jest kilkaset milionów dolarów, życie wielu osób i polska racja stanu. Rozwiązanie zagadki zaszyfrowane jest na bilecie do metra. Kto złamie kod? Tylko ktoś z klasy. Akcja jak z najlepszych amerykańskich filmów. Tajemnica, której wyjaśnienie zszokuje każdego. Fakty, o których nikt w Polsce głośno nie mówi. Nie ma układu. Są układy.

Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że mam nosa do okładek. Oczywiście, nie zawsze to się zdarza, bo czasem za najpiękniejszą okładką świata kryje się niezbyt fajna treść, ale na to czasem można przymknąć oko. Podobnie jak w wypadku książek Zygmunta Miłoszewskiego, w których to się zakochałam, pan Dominik Rettinger również wywołał u mnie pokłady niezobowiązującej miłości czytelniczej.  W tym miejscu powinnam chyba powiedzieć i zaznaczyć, iż żałuję, że jest to moje pierwsze spotkanie z jego twórczością, ale w najbliższym czasie, gdy tylko uporam się z kolejnymi Targowymi książkami, postaram się ten stan rzeczy zmienić.

Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak jedno wydarzenie, kilka wypowiedzianych pospiesznie słów może wpłynąć na naszą przyszłość. Adam Wierzbicki, znany dziennikarz radiowy, mąż i ojciec, chyba nie zdawał sobie z tego sprawy, dyktując na wizji numer swojego telefonu tajemniczemu rozmówcy, który to, później, okazał się jego znajomym jeszcze zza czasów liceum. Kilka wypowiedzianych słów sprawiło, że życie Adama, Agaty i Rafała uległo diametralnej zmianie. W jednej minucie okazało się, że to, co do tej pory nazywał bezpieczeństwem przestaje mieć znaczenie: został wplątany w brutalną rozgrywkę pomiędzy władzami Polski, oraz gangsterami, którzy nie czekali na żadne wyjaśnienia: brali to, co chcieli. Nie zważając na nic.

Piotr Lasota, Adam Wierzbicki i Karol Siennicki byli znajomymi w czasach liceum. Los ponownie splótł ich losy, w niewyrównanej walce pomiędzy dobrem a złem. Życie, niegdyś bezpieczne, stanęło na szali, po drodze do wytyczonego celu giną kolejne osoby, kolejne rzeczy i powiązania wychodzą na jaw, powiązania, które w zupełności nie powinny istnieć. Można sobie pomyśleć: to tylko książka, jestem jednak pewna, może nie całkowicie, że w życiu codziennym, w niemal każdym kraju rządza powiązania. Nie liczy się doświadczenie, wykształcenie, liczy się to, że Y zna X i jest mu coś winien. Na tym opiera się życie nasze, oraz bohaterów książki, którzy na walce z systemem nie mają prawa wyjść żywo.

Dobre książki sensacyjne nie są w stanie Czytelnika zanudzić. Bowiem Czytelnik, żeby nadążyć za szalejącą akcją, musi mieć oczy szeroko otwarte, by się w tym gąszczu zdarzeń nie pogubić. Przyznam, na początku trochę nie nadążałam, później jednak tak wsiąknęłam, że jak się skończyło, to trochę niedowierzałam.
Wszyscy bohaterowie, począwszy od Adama, pokazywali wartości, jakimi warto się w życiu kierować.  Nawet w momencie niesamowitego zagrożenia życia własnego, jak i własnej rodziny, wiedzieli, że trzeba sobie pomagać, że mimo wszystko zawsze jest odrobina nadziei, że górą będzie ten, który mówi prawdę a nie ktoś, kto robi coś wyłącznie dla własnego dobra materialnego.

Chciałabym wierzyć, że w naszej polityce takich powiązań nie ma, że wszystko dzieje się super-sprawiedliwie, jednak chyba aż takich górnolotnych marzeń mieć nie powinnam. Jestem po lekturze „Klasy” trochę tym przerażona, bo nie zdawałam sobie sprawy, że działa to na tak wielką skalę, jednak książka naprawdę mi się spodobała (i tym razem nie tylko ze względu na okładkę) i jeżeli jesteście fanami tego typu literatury, daję potwierdzenie, że książka warta jest przeczytania :)

środa, 29 października 2014

„Niezbędnik Obserwatorów Gwiazd” Matthew Quick

„Niezbędnik Obserwatorów Gwiazd” Matthew Quick
woblink.com
„Pewnego dnia nadarzy się twoja szansa. Pomyśl o Harrym Potterze. Jego życie jest koszmarne, ale pewnego dnia dostaje list, wsiada do pociągu i wszystko się u niego odmienia. Staje się lepsze. Magiczne.
- To tylko fikcja.
- Tak jak my. My też jesteśmy fikcją.”

„Niezbędnik Obserwatorów Gwiazd”  jest drugą książką Matthewa Quick’a, po którą sięgnęłam. Pierwsza z nich, „Poradnik pozytywnego myślenia” nie wywarł na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, nie mogę jednak powiedzieć, że mi się nie podobał, bo gdyby tak było, z pewnością na drugą książkę bym się nie zdecydowała. No ale Targi, no ale taka piękna okładka, no bo wszyscy mówią, że fajna. No to chciałam się przekonać na własnej skórze.

Z przyjaźnią jest różnie. Możemy udawać sami przed sobą, że wcale nam to nie jest potrzebne, że to kolejna banialuka, kolejny problem, kolejna osoba, o którą trzeba się troszczyć, o której trzeba pamiętać, a która swoimi zachowaniami (zbyt) często nas denerwuje. Można udawać, że jest się ponad to, że lepiej nam samemu, przecież przez X lat dawaliśmy sobie radę, więc przez kolejne będzie tak samo. Następuje kiedyś jednak taki moment, w którym potrzebujemy pomocy kogoś bliskiego. Wyciągamy ku niemu dłoń, cicho błagamy o pomoc – ta nie nadchodzi. Czemu? Bo jesteśmy sami jak palec. Bo skoro radziliśmy sobie wczoraj, to czemu nie dzisiaj?

„Może obaj gramy pewne role, żeby jakoś przetrwać?” 

„Niezbędnik obserwatorów gwiazd” pokazuje, że nikt nie jest doskonały. Życie nie jest usłane różami, jest walką. Z samym sobą, by godnie przeżyć ten dzień, z ludźmi, którym wydaje się, że są najlepsi. Pokazuje również, że mimo tragedii, które niestety się zdarzają, można dalej żyć. Każdy z ludzi przyjmuje inną obronną pozę. Jedni zamykają się w sobie, mało mówią, żyją jakby obok, są trochę nieobecni, jednak mają swoje małe szczęścia, małe sukcesy, małe zwycięstwa (Finley). Inni przybierają jakieś role, w których czują się dobrze. Nie udają – grają. Siebie, kogoś innego – ale próbują. Budują wokół siebie mur, nie dopuszczając do siebie nikogo. To jest bezpieczna pozycja, bo nikt nie może cię skrzywdzić (Numer 21).  Czy przyjaźń, wobec tych wszystkich faktów, między tym cichym Finleyem i Numerem 21 jest możliwa?

Czy nie przeszkodzi, ta przyjaźń, niesamowitej pasji? Na to pytanie, jeżeli kogokolwiek udało mi się zainteresować – odpowiedzcie sami, poprzez lekturę właśnie tej książki. Niby jest zaszufladkowana jako powieść młodzieżowa, jednak ja polecam z całego serca każdemu, kto chce zarazić się troszkę tym optymizmem, którego w tych czasach i jeszcze dodatkowo w tej beznadziejnej pogodzie – nigdy za wiele.

Jak najbardziej polecam. 

piątek, 24 października 2014

# 18 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

# 18 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

Cóż to się wczoraj działo! Pogoda, nie będę kląć, bo to nie wypada, ale powiem, że beznadziejna, jakby na złość. Hala Expo, Bóg wie gdzie, błądziłam półtorej godziny autobusami, a jak to w końcu wyszłam z autobusu podobno tam, skąd "już niedaleko", dopadła do mnie starsza Pani z zapytaniem, czy ja wiem, gdzie ów hala się znajduje. Nie wiedziałam, tak samo jak kolejna kobieta, która do nas doszła. Dopiero inna nam Pani pomogła i doprowadziła. Jednak doszłam tam w takim wielkim i przerażającym stanie zamrożenia, iż z powrotem zdecydowałam się na przejazd specjalnie podstawionym autobusem Expo, który to odjeżdżał spod samych drzwi i jechał na ulicę Pawią, czyli do Centrum.

Rzeczywiście, w porównaniu z zeszłoroczną halą, na której odbywały się Targi, tegoroczna Hala Expo jest wprost nieziemsko wielka. Oczywiście, tłumy były, niczego innego się nie spodziewałam, ale była o wiele większa swoboda w przeciskaniu się między poszczególnymi stanowiskami, a plany Targów, nie służyły do wachlowania się, od nadmiernego skwaru, tylko do tego, by szukać. Choć i z tym miałam problem. Bo moja ogólna orientacja w terenie jest zerowa, także... :-)

Wiele wydawnictw proponowało obniżki. Na stanowisku Novae Res wszystkie wyłożone książki kosztowały tylko 20 złotych, wobec czego nabyłam tam „Ostatnią Spowiedź” Niny Reichter, na którą czaiłam się od dłuższego czasu, ale jakoś nigdy nie miałam okazji co do jej nabycia. „Niezbędnik Obserwatorów Gwiazd” na stanowisku Wydawnictwa Otwartego również kupiłam w cenie rabatowej, bo o ile na okładce cena wynosi chyba 36 złotych, tak zakupiłam ją za 25. Największym zaskoczeniem dla mnie był zakup „Listu” Richarda Paula Evansa, bo dopiero w domu zobaczyłam, że jej premiera w Polsce przewidziana jest na 5.11 a ja mam ją już na swojej półce. Ją również kupiłam za 25 złotych (czy jakoś tak), a jej cena była o dyszkę droższa.

Nie mogłam również przejść obok tak pięknej torby, którą zakupiłam na stanowisku Wydawnictwa Marginesy. Spośród wielu, naprawdę wielu wzorów i kolorów, udało mi się wybrać jedną, choć wybór był strasznie trudny, co zauważyła miła Pani tam sprzedająca. Oprócz tego, dzięki Koleżance, która podzieliła się ze mną swoimi kuponami, zakupiłam w serwisie woblink.com książkę „Klasa” Dominika W. Rettingera, która (przyznaję się bez bicia) zauroczyła mnie okładką. Jednak, od momentu pojawienia się książek pana Zygmunta Miłoszewskiego, przekonałam się do takiego typu książek, a tej promocji po prostu nie mogłam nie wykorzystać.

Co do wejściówki, którą udało mi się zdobyć, trochę inaczej ją sobie wyobrażałam. Jednak wczoraj, z wydrukowanym e-mailem, który dostałam na prywatną skrzynkę e-mailową, podeszłam do kasy branżowej, gdzie miła Pani dała mi kartkę, na której musiałam uzupełnić swoje dane. Po ich wypełnieniu, dostałam kwadratowy kartonik, po którego prawej stronie były (i nadal są) do wyrwania prostokąciki, po jednym na każdy dzień Targów. 

Wydaje się więc, że listopad będzie miesiącem czytania, w końcu te jesienne, zimne i ciemne wieczory do czegoś obligują. Nie wspominając o beznadziejnej pogodzie, która wprost nie zachęca do opuszczenia czterech ścian. O ile szczęście dopisze, na targach pojawię się jeszcze w niedzielę. Jeśli się nie uda, żałować nie będę, bo naprawdę się, mówiąc kolokwialnie, obłowiłam :)

A Wy, byliście? Zakupiliście coś, jesteście zadowoleni? :)



sobota, 18 października 2014

"Zabójstwo w Orient Expressie", "12 prac Herkulesa" Agatha Chirstie

"Zabójstwo w Orient Expressie", "12 prac Herkulesa" Agatha Chirstie

 Główne skrzypce w powieści gra oczywiście Herkules Poirot, który, po rozwiązaniu sprawy kryminalnej w Azji wraca pociągiem do Europy. Oczywiście, życie znanego wszystkim detektywa nie jest takie proste; okazuje się bowiem, że podróż, podczas której mógłby sobie odpocząć, w jednej chwili zmienia się w dramatyczną walkę z mordercą, który zabił jednego z pasażerów. O co chodzi? Na nieszczęście wszystkich tu zebranych, pociąg – z racji pogody – staje w zaspach. Jak tym razem poradzi sobie Poirot?


Cóż za głupie pytanie zadałam. Wiadomo bowiem, że Poriot nie będzie miał z tym żadnych problemów, ba, śledztwo wyda się dla niego… oczywiste? Choć dużo tu podejrzanych, bo przecież każdy mógł to zrobić, to nasz dzielny detektyw jak zwykle wykaże się intelektem, mądrością i dowie się, nie bez trudności, kto ten czyn popełnił. Dorwie się do psychiki każdego z podróżujących, rozłoży ją na część i później złoży z powrotem. We wszystkim będzie doszukiwał się czasem niepotrzebnego sensu. I jak go tu nie lubić?

Drugą książką Agathy Christie, którą miałam okazję ostatnio przeczytać to „Dwanaście prac Herkulesa”, w której, jak już wiadomo po tytule, autorka nawiązuje do mitologicznej opowieści o Herkulesie.


Głównym bohaterem powieści znów staje się Herkules Poirot, który to tym razem zastanawia się nad zakończeniem swojej kariery. Zanim to jednak nastąpi, natchnięty przez znajomego, zgodzi się wykonać ostatnich dwanaście prac, do każdej przypasowując tytuł z mitologii. Książka jest więc zbiorem tych kilkunastu historii osób, które proszą Poirota w sprawie niecierpiącej zwłoki: czy to chodzi o zaginionego kota, czy szukanie dawnej miłości. Choć można by powiedzieć, że cóż to za robota bez morderstw, Poirot poświęca się im tak, jak zawsze. Czyli na całego.

Z tej książki jestem równie zadowolona, jak z poprzedniej. Z biblioteki wypożyczyłam kolejne, więc na czasie pewnie i o nich powiem kilka słów. Choć, mam nadzieje, że są tu jacyś fani pani Agathy?

Za tydzień w Krakowie Targi Książki, już osiemnaste, wybiera się ktoś? Ja będę „tylko” w czwartek i piątek, a już zacieram ręce na nowe zdobycze (a mój portfel pojękuje cicho). 


niedziela, 5 października 2014

'Fangirl' Rainbow Rowell

'Fangirl' Rainbow Rowell
Dajmy na to, że piszecie. Opowiadania, krótkie historie… cokolwiek. Przy tym, również lubicie czytać (dlatego pewnie tu jesteście). Nie wiem, czy tyko ja miałam takie marzenie, aby przeczytać książkę o kimś… kto lubi pisać. W rzeczy samej, można by spojrzeć na samego siebie zupełnie z innej strony.  Zanim przejdę do treści książki, chciałam powiedzieć, że do tej pory nie wydano polskiej wersji książki, jednak, jak gdzieś czytałam, jakieś wydawnictwo podpisało już umowę, więc pewnie jakoś w 2015 roku książka w polskim języku się pojawi. Ja osobiście czytałam po angielsku, i jeżeli ktoś ma obawy, że może nie rozumieć, czy coś, to wydaje mi się, że jest bardzo prostym językiem pisana i nawet, jeśli nie zrozumiecie jakiegoś wyrażenia, to się domyślicie o co chodzi.

Główną bohaterką jest Cath Avery, która oprócz talentu do pisania, posiada siostrę bliźniaczkę, Wren. Cath i Wren wychowały się wyłącznie z tatą, bo ich mama porzuciła ich, kiedy były małe. Akcja książki dzieli się na dwie części: pierwszy semestr studiów i drugi, analogicznie druga połowa 2011 roku i pierwsza 2012.

 Cath i Wren są ze sobą bardzo związane, jak to przystało na bliźniaczki. Biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że zostawiła ich mama, dziewczyny miały tylko siebie, choć tata starał się najlepiej jak tylko potrafił zapanować nad dwoma młodymi dziewczynkami. Kiedy nadchodzi magiczny okres studiów okazuje się, że Wren ma odnośnie nich inne plany. Kiedy Cath, automatycznie proponuje, żeby zamieszkały razem w pokoju Wren odpowiada, że najwyższy czas by dziewczyna otworzyła się na nowych ludzi. Cath niezbyt się ten pomysł podoba… I w zasadzie od tego wszystko się zaczyna.

Co więcej, Cath pisze fanfiki (opowiadania pisane przez fanów na podstawie ulubionych literackich – i nie tylko – dzieł, w których to wykorzystuje się bohaterów wymyślonych w pierwowzorze, dopuszcza się jednak zmianę wydarzeń, zmianę chronologii. Niekiedy fanfiki z pierwowzorami wspólnych mają tylko głównych bohaterów. Ponadto, znajomość pierwowzoru ułatwia zrozumienie ogólnego sensu.) na podstawie ulubionej serii książek o Simonie Snow’ie. Oczywiście jest to seria fikcyjna, wymyślona na potrzeby książki „Fangirl”. Buszując w Internecie znalazłam liczne porównania tej serii do serii Harry’ego Pottera, gdyż akcja Simona Snow’a rozgrywa się również w Szkole Magicznej.

Równolegle z rozpoczęciem studiów, drogi bliźniaczek rozchodzą się. Wren zamieszkuje w pokoju z koleżanką, Cath zostaje przydzielona do pokoju zajmowanego przez dziewczynę o imieniu Regan. Sploty akcji sprawiają że Cath, odrobinę aspołeczna (wolny czas, zamiast na imprezach, woli spędzać przy komputerze, pisząc kolejne strony swojej powieści), powoli otwiera się na ludzi. Dużą zasługę odnosi jej nowa współlokatorka i tajemniczy Kolega, który nazbyt często przesiaduje w ich pokoju.

Mimo, iż książka ma ponad czterysta stron, czytało mi się ją strasznie dobrze. Miło jest bowiem spojrzeć czasem na samego siebie z innej strony; widząc osobę tak samo aspołeczną, albo chociaż trochę, jak ja,  odzyskałam poczucie, że nie jest ze mną tak źle. Nie wiem, czy to moje osobiste odczucia, ale wydaje mi się, że gdyby powstawało więcej książek na taki temat, więcej ludzi zaczynałoby pisać: bo jeszcze czasem wydaje mi się, że ludzie, którzy uzewnętrzniają swoje uczucia w swoich opowiadaniach, są traktowani… jako zbyt nadwrażliwi. Pisanie, tak samo jak i czytanie jest wspaniałą sprawą, i jestem zadowolona że powstała taka książka jak „Fangirl”, która opowiada o śmiesznych historiach z życia dziewczyny tak pochłoniętej swoimi ulubionymi bohaterami jak i samym pisaniem, że pomiędzy tym jakby nie miała czasu na życie. Albo nie chciała tego życia prowadzić.


piątek, 26 września 2014

jesienny marudnik

jesienny marudnik
https://unsplash.com/grid


Otóż nadeszła jesień.  Jakbyście nie wiedzieli, to tak mówię. Jest to najbardziej znienawidzona przeze mnie pora roku i nawet fakt, iż herbata w tym czasie jakoś lepiej smakuje, nie przekona mnie do tego, żeby ją polubić. Bo ja lubię jak jest ciepło. Jak świeci słońce i ogólnie jest przyjemnie. A nie, że zimno, ciemno i deszcz leje dzień w dzień. Co to ma być?!

W dodatku zaczyna się październik. To już w ogóle jest masakra – uczelnia i te sprawy. Mam nadzieję, że jakoś to będzie. Trzyma mnie przy zmysłach to, że może uda się z pracą w gazecie, dorywczą, ale zawsze coś, strasznie mi się tam podobało i wiecie. Muszę tylko kopsnąć się w przyszłym tygodniu po umowę, praktyk, bo jeszcze jej nie odebrałam. I w ogóle tyle z tym zamieszania (z papierzyskami), że mi się nie chce.
23 października zaczynają się Targi Książki w Krakowie. Okazało się (swoją drogą dobrze, że weszłam na oficjalną stronę Targów), że można się, jako książkowy bloger, zapisać i dostać wejściówkę na cztery dni targów. Wypełniłam wszystkie tabelki, zgłoszenie wysłałam i już kilka dni później dostałam powiadomienie, iż moje zgłoszenie zostało pozytywnie rozpatrzone. W takim razie nic, tylko się cieszyć!

Ciekawa jestem, czy jest tu jakiś fan happysadu, który ze zniecierpliwieniem czeka na nową płytę. Jest ktoś?? Jeśli tak, to chętnie pogadam o nowych dwóch piosenkach i o fakcie, że chyba się tej płyty nie doczekamy. Ja wiem, że sprzęt, że to i tamto… Ale tyle czekać? Ja już usycham! Jeśli nie słyszeliście jeszcze tych piosenek, to ja podlinkuję. "Smutni ludzie", "Ciała detale".

Aktualnie czytam Fangirl Rainbow Rowell, więc jak tylko przeczytam, recenzja ukaże się na pewno.  Tutaj oficjalna strona Targów Książki, tutaj zaś odnośnik do Blogerów na Targach Książki.Ktoś planuje się wybrać? 



"Powrót" Izabela Sowa

"Powrót" Izabela Sowa
Jest to pierwsza książka tej autorki, która wpadła mi w ręce. Znaczy właściwie dopiero przed chwilą zorientowałam się, skąd kojarzy mi się to nazwisko (okazuje się bowiem, że zaczęłam kiedyś czytać „10 minut od centrum”, jednak nie skończyłam, stąd pewnie nazwisko brzmiało znajomo) także no.

Bohaterką opowieści staje się Dorotka, która zdaje sobie sprawę ze swojego poważnego wieku, bo przecież trzydziestka to nie przelewki, utrzymuje się w przekonaniu, że dawno opuściła szkołę złudzeń, staje oko w oko z dorosłością. Mimo wszystko, jej życie jest ciekawe – rzuciła ASP, wyjechała z kraju, teraz do niego wraca i musi stawić czoło problemom, które na jej drodze niestety się pojawiają.

Już od początku zakochałam się w książce (pominąwszy oczywiście przepiękną okładkę; moja siostra stwierdziła, że dziewczyna przypomina trochę Ewelinę Lisowską, i w zasadzie mogę się z nią zgodzić), dzięki lekkiemu stylowi, który sprawia, że strony wręcz się pochłania. Poza tym Dorotka jest bardzo fajną dziewczyną, kobietą w zasadzie, która po prostu stara się odnaleźć w swoim życiu. Ma kilku przyjaciół, niby jest szczęśliwa. 

Niektórzy mogą przyczepić się na przykład do narracji, która to sobie skacze – raz opowiada o wydarzeniach z przeszłości, raz odnosi się do teraźniejszości. Jak dla mnie to tylko plus, bo książka, raczej nie zmuszająca do myślenia, chociaż trochę nas do siebie wysila. Przez to nie tylko czytamy „ot tak”, ale trochę chociaż idzie bardziej zrozumieć.

Moja opinia jak najbardziej na tak. I chyba w końcu przemogę się do „10 minut do centrum” skoro i tak sobie na regale mojej mamy leży. Zobaczymy, czy również mi się spodoba. 


środa, 17 września 2014

"Like crazy" FILM

"Like crazy" FILM
Niewiele jest filmów, które z wielką chęcią oglądam drugi raz, niewiele jest filmów, do których potrafię (i chcę) wracać częściej. „Like crazy” jest jednak wyjątkiem, dlatego też pomyślałam, że Wam o nim opowiem, chcąc zagłuszyć ciszę, jaka tu ostatnio panuje. 






„Like crazy” (polski tytuł doprowadza mnie do wariactwa) opowiada o Brytyjskiej studentce, która zakochuje się w Amerykaninie. W momencie, kiedy jej wiza traci ważność, ich miłość zostaje wystawiona na próbę wytrzymałości.

Mogłoby się wydawać, na pierwszy rzut oka, że to będzie znowu mdła komedia romantyczna, gdzie para zakochanych staje przed trylionem durnych problemów, które i tak im nie przeszkodzą w tym big love. Też miałam takie obawy, pierwszy raz to oglądając. Po kilku minutach zmieniłam zdanie diametralnie. Wiecie, bo ja lubię słuchać, jak mówią po angielsku, a jak dołączy się do tego brytyjski akcent, to już w ogóle omdlewam przed ekranem laptopa. Udało mi się, wprawdzie, nie zemdleć, ale połkać w duszy i owszem, bo byłam skłonna zakomunikować wszystkim domownikom, że ja ogląda, i jak skończę, to mam zamiar to przeżywać przez X następnych dni, bo tak mi się to spodobało, że nie ma słów.

Życie nie jest piękne. Życie pełne jest bezsensownych wydarzeń, uczuć poplątanych, słów niewypowiedzianych (ze strachu), i ogólnie jest do bani. To wszystko wiemy. Wiemy również, że miłość (podobno) nie wybiera i jak się człowiek zakocha, to raczej szybko mu nie przejdzie nawet, jeśli obiekt jego westchnień będzie hen hen daleko. No dobra, przynajmniej tak mówi większość romantycznych filmów, więc może stąd taki schemat?

Jako wierna kinomaniaczka, z uporem maniaka, patrząc na to, co robią bohaterowie, darłam się: „no chyba zgupiałeś!!”, „no co ty idioto wyprawiasz, no jak!” albo końcowe „to koniec?? naprawdę?? nie będzie jeszcze kilku minut na dopowiedzenie? NIE?!”, dopiero później rozumiejąc, że chyba raczej nie usłyszą moich błagań, ani próśb. W takim wypadku kontynuowałam oglądnie, zniesmaczona jednakże faktem, iż mój głos nie został usłyszany. 

Czasem wydawało mi się, że Jacob to taka dupa wołowa, która nie potrafi poświęcić się dla drugiej osoby, później jednak stwierdziłam, że może to i dobrze – bo przecież tylko bohater romantycznej komedii jest w stanie wszystko wyidealizować, a wiadomo, że życie toczy się własnym torem. 
Zakończenia nie rozumiem, ale nie będę poruszała tego tematu, bo może ktoś z Was tego nie oglądał.  Czy spodziewałam się więcej? Nie, nie spodziewałam się niczego innego oprócz tego, co widziałam. Oczywiście, parę rzeczy mogłabym zmienić,  zmienić bieg wydarzeń, jednak… czy jest w tym sens, w gdybaniu co by było gdyby? Nie sądzę. 

Polecam, bardzo fajny film na spędzenie wolnego czasu. Nie będziecie żałować :)

wtorek, 9 września 2014

TAG: 10 ulubionych książek

Ostatnimi czasy na Facebooku krąży nowy łańcuszek, wedle którego proszeni jesteśmy o wymienienie dziesięciu książek, które wywarły na nas duże wrażenie, i które do tej pory goszczą w naszym sercu. Z racji, że jestem w trakcie czytania paru książek i nie mam czym się z Wami podzielić, wpadłam na pewien pomysł: dlaczego tego Tagu nie przenieść tutaj, na bloga? Nominowany może czuć się każdy, kto chce podzielić się listą dziesięciu książek które odgrywają ważną rolę w naszym życiu. Zapraszam!


A oto moja dziesiątka: 

1. „Harry Potter” – któż nie zna przygód młodego czarodzieja, który nie dość, że stracił rodziców, to jeszcze musi walczyć z Lordem Voldemortem na życie i śmierć? Pamiętam, że pierwszą część, czyli „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” zakupił mi mój tato na polecenie pani z księgarni. Tak się wczytałam, że kolejne części wpadały do biblioteczki niepostrzeżenie, a czekanie na kolejne premiery było wręcz okrucieństwem, bo przecież chciało się znać ciąg dalszy już, już! Mimo, iż od premiery ostatniej książki i ostatniej części filmu minęło kilka dobrych lat, ja wciąż jestem w tej serii zakochana. Może nie koniecznie w samym Potterze, który mnie tak denerwował, że czasem miałam ochotę zaprzestać czytanie, ale dzięki tej przyjaznej atmosferze, która sprawiała, że człowiek nie mógł się od tego oderwać. No i nie ukrywajmy, Draco Malfoy, jako ten zły najzwyczajniej w świecie zdobył moje serducho.

2. „Ania z Zielonego Wzgórza” – to było dopiero coś! Główną bohaterką kilkunastotomowej opowieści jest Ania Shirley, która przez przypadek trafia do domu Maryli i Mateusza Cuthbert na Zielonym Wzgórzu na Wyspie Księcia Edwarda. Każdy kolejny tom opowiada o perypetiach dorastającej, rudowłosej dziewczynki, o tym, jak bez problemu wpada w tarapaty a później nie może się z nich wyswobodzić, jak zawiera nowe przyjaźnie, pierwsze miłości… I to wszystko w otoczeniu ludzi, którzy darzą uczuciem ją, a ona ich. Czy można chcieć więcej? Gdy byłam berbeciem, zaczytywałam się w tą serię. Pamiętam, że w którejś klasie w podstawówce omawialiśmy pierwszy tom jako lekturę (kiedy to ja już większość tomów miałam przeczytane) i kiedy pani nauczycielka zachęcała wszystkich do tego, by sięgnąć po kolejne tomy, ja podniosłam rękę, oznajmiłam, że przeczytałam, dzięki czemu zostałam pochwalona przy całej klasie. Może nadszedł czas, by wrócić do Ani Shirley? 

3. „Jeden dzień” – och, ach! Uwielbiam. Czytałam chyba ze sto razy. Ale od początku. 15 lipca, niby zwyczajna data. Nie dla Emmy i Dexa, który rok w rok spotykają się właśnie tego dnia. Ona – idealistka, on – przystojniak, któremu wydaje się, że świat leży u jego stóp. Co ich łączy? Nikt nie wie; przecież nie mają ze sobą wiele wspólnego. Mają inne priorytety, dążą do czegoś innego, a jednak nie potrafią bez siebie żyć. Coroczne spotkania obfitują w różne wydarzenia, które to jednak prowadzą do zaskakującego finału, którego nikt się nie spodziewał. Opowieść o życiu, o poświęceniu, miłości, oddaniu… Aż łezka się kręci, bo film również oglądałam i również się w nim zakochałam.

4. „Gwiazd naszych wina” – chyba mówić nie muszę, bo opowiadałam tu o książce, więc chętnych do poznania mojej opinii zapraszam.

5. „Jeżycjada” Małgorzaty Musierowicz – również książki mojego dzieciństwa. Niektóre, w zasadzie pierwsze części „odziedziczyłam” po mojej mamie, która również była fanką, kolejne części już sobie magazynowałam (nie wyobrażam sobie nie mieć ich na swojej półce). Przenieśmy się do Poznania, do rodziny Borejków, na czele której stoi tata filozof, mama pilnująca domowego ogniska oraz banda rozwydrzonych córek, z których to każda ma na siebie inny pomysł. Najstarsze to Gabrysia i Ida, młodsze Natalia i Patrycja. Starsze przeżywają pierwsze miłostki, młodsze nie chcą być pomijane. I choć premiera pierwszej części miała miejsce dwadzieścia lat temu, a nawet i więcej, tak seria do tej pory zrzesza sobie kolejnych fanów. A ja, nie powiem, czekam na nową część która ponoć ma się ukazać tej jesieni.

6. „Księgarenka w Big Stone Gap” również odsyłam tutaj do mojej recenzji.

7. „Alibi na szczęście”, „Krok do szczęścia” i „Zgoda na szczęście” to seria, której oddałam swoje serce. Główną bohaterką jest Hania, która to przeżywa ciężkie momenty w swoim życiu. Próbując uporać się ze stratą ukochanych, nie żyje lecz egzystuje. Praca w szkole pochłania większość jej czasu, mimo iż siostra, zwariowana do granic możliwości Dominika próbuje wskrzesić ją do życia. Na przestrzeni kolejnych tomów widzimy, jak nasza bohaterka powoli odkrywa siebie, stara się ponownie zaufać ludziom i odzyskać szczęście, które los pewnego dnia jej odebrał. Dlaczego lubię? Bo autorka pokazuje, że życie nie jest doskonałe. Zły los tylko czyha by nas zawieść, podłożyć nogę. Jednak jeżeli mamy przy sobie osoby, którym na nas zależy, zawsze jest nadzieja na odbicie się od dna.

8. „Chustka” to właściwie nie jest typowa książka, tylko wpisy z bloga Joanny Sałygi, która przez dwa lata walczyła z nowotworem. Koniec końców przegrała tą walkę, jednak to, jaką miała siłę, by walczyć, by stawiać czoła kolejnym dniom, tym ciężkim ale i dobrym, wywarło na mnie duże wrażenie. Ogromne wręcz. Jest Joasia, jest Niemąż, oraz Syn, którzy to dotrzymują towarzystwa chorej ukochanej. Kiedy wie, że już nie ma dla niej ratunku, przygotowuje do swojej śmierci syna. Opowieść o życiu, o chorobie, o miłości, o wszystkim tym, czego my, zdrowi ludzie często nie doceniamy… 

9. „Oskar i pani Róża” – Porównywałam to już chyba do „Małego Księcia”, jednak w tym Tagu nie mogłam tego pominąć. Głównym bohaterem jest dziesięcioletni Oskar, który leży w szpitalu i nie wierzy w bajki. Wtem, znikąd, na jego drodze pojawia się tajemnicza Róża, zapaśniczka, dla której nie ma sytuacji bez wyjścia. Tą, i dwie inne książki tegoż autora dostałam na swoje osiemnaste urodziny (ach, jak mnie wszyscy znają!) i się w niej zakochałam. Ponadto, w tym wydaniu, które posiadam, jest w formie listu przedmowa samego autora do nas, Polaków, o tym, co skłoniło go do opowiedzenia historii biednego Oskarka.

10. „Zbrodnia i kara” - Oj, tego, to nie lubili w mojej klasie. W zasadzie, kto lubi lektury, do czytania których jest zmuszany? Nikt. No ale dobra, kupiłam książkę, myślę, zacząć zawsze można, jak mi się nie spodoba, przynajmniej na końcu mam streszczenia. Ale, w miarę tego jak czytałam, i czytałam i ciągle mi się podobało stwierdziłam, że przeczytam. I to był mój początek kariery z kryminałami. Głównym bohaterem jest Rodion Raskolnikow, 23letni student prawa, który buntuje się przeciw porządkowi świata. Jego logiczne myślenie doprowadza do zbrodni, którą to popełnia, z racji, iż ludzie nie są ze sobą równi, bo jedni mają lepiej, są bogaci, inni zaś całe życie muszą starać się o pieniądze, czasem nawet nadaremnie. W którymś momencie jego sumienie daje się we znaki, nie może pogodzić się z tym, co zrobił, staje się wyczerpany psychicznie, miewa coraz to większą gorączkę w wyniku czego w końcu przestaje panować nad swoimi czynami. Była to dla mnie niesamowita lektura, bo toć to na początku poznaliśmy zabójcę, chociaż nie wiedzieli tego policjanci, którzy cały czas go szukali. Przyglądamy się historii oczyma mordercy przypatrując się jednocześnie tokowi śledztwa. Nie raz i nie dwa mówiłam głośniej „no czemu tego nie widzisz!”, czy „to on zrobił, to on” jednak niczego to nie wniosło. A „Zbrodnia i kara”, mimo swej objętości nad którą płakały osoby z klasy, stała się moją ulubioną lekturą. 

Nominowanym niech czuje się każdy, kto wyraża chęć podzielenia się swoimi ulubieńcami :) 

poniedziałek, 1 września 2014

„Zakochany Dracula” Karen Essex

„Zakochany Dracula” Karen Essex
Klasyczna XIX-wieczna powieść gotycka Brama Stokera „Dracula” opowiada o walce dobra ze złem – o grupie ochotników rzucających wyzwanie hrabiemu Draculi, wampirowi z Transylwanii, skąd przenosi się do Anglii w poszukiwaniu nowych ofiar. Książka Karen Essex „Zakochany Dracula” jest jej uwspółcześnioną wersją, swobodnie naśladującą fabułę poprzednika i odkrywającą przed czytelnikiem erotyczne podteksty oryginalnego dzieła. Mroczną, niesamowitą i urzekającą opowieścią o nieśmiertelnej miłości i opętaniu. 

Wampiry. Z czym Wam się kojarzą? Najczęściej, niestety pierwszym, co przychodzi nam na myśl staje się „Zmierzch” lub coś podobnego. Sięgnijmy jednak do klasyka, „Draculi”, który nie iskrzył się w słońcu, i który nie mógł wychodzić kiedy świeciło słońce. Wprawdzie książki napisanej przez Brama Strokera nie czytałam (choć wyraziłam taką chęć, okazało się, że biblioteka ma na ten temat inne zdanie, bo oczywiście książki nie było), jednak zamierzam to nadrobić.

Okładka znowu przyciąga moją uwagę. Lekko dystyngowana, trochę mroczna, oddaje charakter powieści. Główną bohaterką książki jest Mina Murray, dwudziestodwuletnia cnotka ponad miarę. Jest pracownicą w szkole dla kobiet, gdzie młode dziewczęta uczą się dobrych manier i etykiety. Sama, będąc kilkunastoletnią dziewczyną, trafiła tutaj, gdy jej rodzice zaczęli się o nią „bać”, a wszystko przez nocne lunatykowanie, które w tamtych czasach było brane niemal za chorobę psychiczną. 

Narracja pierwszoosobowa sprawia, że mamy lepszą możliwość „wżycia” się w historię, czujemy to, co czuje główna bohaterka, poniekąd sami stajemy się bohaterami powieści. 

Mina „cierpiała” na zbyt realistyczne sny, w których to wpadała w opresję, z której to każdorazowo ratował ją tajemniczy dżentelmen w cylindrze. Pomimo, iż kobieta miała narzeczonego, czasem w te sny wkradały się elementy erotyki, z którymi to nasza bohaterka nie wiedziała „jak się obchodzić”, bo przecież bała się, że uznają ją za chorą. 

Co, jeśli tajemniczy dżentelmen w cylindrze nie jest tylko senną zjawą? Co, jeśli te wszystkie sny, które ma od dzieciństwa, są jego sprawką? Co się stanie, kiedy dotąd uporządkowane życie trafi szlag?

Przyznam szczerze, że to pierwsza książka w której akcja dzieje się w dziewiętnastym wieku, którą przeczytałam. Poza tym nie rozumiem, dlaczego wiele osób z mojego otoczenia dosyć sceptycznie podeszło do tego, iż jednak mimo wszystko lubuję się w tematyce wampirycznej. 

„Zakochany wampir” to przyjemna książka. Nie mogę ocenić podobieństwa tego, co napisała pani Karen do oryginału napisanego przez Brama Stokera, jednak jeżeli ta książka jest na tak dobrym poziomie nie wątpię, że oryginał jest milion razy lepszy. Muszę po niego sięgnąć, a kiedy to zrobię na pewno podzielę się swoją opinią.

I tak apropo, są tu jacyś wielbiciele wampirów, oczywiście takich „prawdziwych”? :) 


czwartek, 28 sierpnia 2014

„Zapasy z życiem” Eric Emmanuel Schmitt

„Zapasy z życiem”  Eric Emmanuel Schmitt
Eric-Emmanuel Schmitt znany jest, przynajmniej mnie, dzięki „Oskarowi i pani Róży”, którą szczerze uwielbiam. Może pokusiłabym się nawet o porównanie „Oskara…” do „Małego Księcia” choć nie wiem, czy nie jest to zbyt odważne porównanie. Wracając jednak do tematu. „Zapasy z życiem” opowiadają krótką historię (bo zaledwie siedemdziesiąt  kartek) Juna, zbuntowanego nastolatka żyjącego na ulicach Tokio. Żyje z dala od rodziny, nie mówi o niej, praktycznie nie wiemy, przez pewną część książki, co się z nią stało. Codziennie mija na ulicy mistrza sumo, który to powtarza, że „widzi w nim grubego gościa”. Młody chłopiec nie wie, co to znaczy, jednak dzięki uporowi mistrza Jun odkrywa w sobie siłę, inteligencję. Zaczyna wierzyć w siebie i w swoje możliwości, powoli rozumie znaczenie „grubego” choć pozornie „chudego” gościa. 

Nie wiem, co mogę  o tym powiedzieć, bo szczerze... to jakoś nie wywarła na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Krótka opowiastka o wierze w samego siebie, o tym, że nie wolno się poddawać... i że inni mają ciężej od drugich. Jeżeli ktoś lubi tego typu historię, polecam sięgnąć. Choć inne książki tego autora przypadły mi do gustu (właśnie np. „Oskar i pani Róża”) czy inne, to jednak ta.. zupełnie nie trafia w moje gusta, choć naczytałam się o niej dobrych opinii. 


środa, 27 sierpnia 2014

ERIDO.PL czyli raj dla książkoholików

ERIDO.PL czyli raj dla książkoholików


Czy są na sali e-bookowicze, spragnieni nowości na swoich czytnikach? Podnieście rękę, jeśli tu jesteście, a najlepiej zostawcie po sobie znak. Chciałam bowiem ogłosić, iż w tym tygodniu, a dokładnie we wtorek, czyli wczoraj, została otwarta nowa księgarnia e-bookowa ERIDO.PL

Cóż powiedzieć, ERIDO.PL to strona stworzona dla książkoholików, maniaków czytania, którzy swoje czytniki mają non stop przy sobie i nie mogą się oderwać od czytania. (Jesteście tu? Tak, to do Was, kochani!). Nie ukrywajmy: w czasach, kiedy jesteśmy zagonieni, czytniki to świetna sprawa. Nie musimy targać ze sobą niezaliczonej ilości tomisk, wystarczy tylko urządzenie, które jest naszą biblioteką, którą możemy wziąć dosłownie wszędzie. Tym samym, jadąc rano do pracy/szkoły/na uczelnię możemy sobie zająć czas, zajadając kolejne strony naszych ulubionych książek.

Strona internetowa księgarni jest czytelna – mamy podział na kategorie, wedle których możemy szukać książek, możemy również wpisać frazę, i według niej też będzie dało się wyszukać interesujący nas tytuł. Dzięki ERIDO.PL mój e-book ma szansę wrócić do łask. Bo przecież jak za miesiąc zacznie się rok akademicki, to niekoniecznie będzie mi się chciało tachać dodatkowe książki w torbie, prawda?

Zapraszam więc wszystkich serdecznie… Książkoholicy, ERIDO.PL to strona stworzona idealnie dla nas, nie sądzicie? :)

Obserwatorzy