środa, 25 czerwca 2014

"The fault in our stars/Gwiazd naszych wina" John Green

"The fault in our stars/Gwiazd naszych wina" John Green


Tytuł amerykański: The fault in our stars
Tytuł polski: Gwiazd naszych wina
Stron: 317 (angielska wersja)
Wydanie: ok 2012 roku 



Szóstego czerwca do kin weszła ekranizacja książki Johna Green’a „Gwiazd naszych wina”. Tego samego dnia koleżanka poleciła mi ją, książkę w sensie, mówiąc, że po prostu muszę ją przeczytać. A ja obok takich stwierdzeń nie przechodzę obojętnie. Książka była w języku angielskim (taką też kilka dni później nabyłam), więc większość cytatów, którymi się będę posiłkowała, będzie w takim języku. 

Na samym początku, wedle swojego zwyczaju, przyczepię się do okładki, ale tej polskiej. Zaraz po wejściu filmu do kin, w księgarniach zauważyłam nagłą zmianę: pojawiły się książki z filmową okładką. No serio? Dlaczego wydawnictwa książkowe nadal nie potrafią odróżnić książki od filmu, czy to takie trudne? Okej, rozumiem, dźwignia handlu, chwyt marketingowy, uczyłam się o tym. Co lepsza, przekartkowałam wczoraj taką książkę w Empiku, i gdzieś pośrodku było kilka zdjęć z filmu właśnie. Książka to jedno; film to drugie. Co lepsze, angielska okładka zdobyła moje serce. Prosta, niebieska, z chmurkami. Niezbyt wymyślna, minimalistyczna wręcz. Ale to jest plus. A ta filmowa, to porażka…

Książka opowiada o szesnastoletniej Hazel Grace Lancaster, która jest chora na raka. Dzięki  nowoczesnej terapii, w której bierze udział, ma szansę na w miarę normalne życie. Jej nieodłącznym przyjacielem staje się butla z tlenem, którą cały czas ma przy sobie, by móc łatwiej oddychać. Chodzi na grupę wsparcia, którą nakazali jej rodzice w trosce o to, by nie popadła w depresję. Tam spotyka Augustusa Waters’a, który również był chory na raka, stracił w jego wyniku nogę, jednak chwilowo nie ma reemisji. John Green przedstawił gorzką historię dwójki młodych ludzi, których plany pokrzyżował rak, oraz walka z nim. Pomimo uszczerbków na zdrowiu, starają się żyć dniem, cieszyć się z tego co mają wiedząc, że – jak to powiedziała główna bohaterka – są granatami, które w każdej chwili mogą wybuchnąć, krzywdząc jednocześnie tych, którzy zostali na ziemi.

Czytając tą książkę po raz pierwszy, strasznie ją przeżyłam. Niektóre sceny doprowadzały mnie do śmiechu, niektóre zaś sprawiały, że w moich oczach stawały łzy. Niejednokrotnie klęłam nad nieszczęsnym losem, który nie jest rozdawany nam, ludziom, sprawiedliwie. Kiedy my, zdrowi ludzie w zasadzie nie doceniamy swojego zdrowia, ktoś inny bardzo by tego pragnął. Bohaterowie, czy to główni, czy poboczni (taki Isaac na przykład) mimo wszystko mają w sobie pogodę ducha, która pozwala im zaakceptować to, co zostało im zesłane. W tym wszystkim, co im się przydarzyło, znajdują coś dobrego. Nie zamykają się w sobie, nie twierdzą, że mają najgorzej. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto cierpi bardziej. To jest ta pokora, której brakuje nawet nam, ludziom zdrowym, którzy – bądźmy szczerzy – nie mają takich problemów. 

„It’s a metaphor, see: You put the killing thing right between your teeth, but you don’t give it the power to do its killing”. Augustus

Książka obfituje też w takie momenty i sceny, kiedy czytelnik może powiedzieć: tak, zasługujesz na odrobinę szczęścia. Każdy na nią zasługuje. Główni bohaterowie są młodzi. Wkraczają w życie nastolatków, niemal dorosłych, ale nieraz przeszły więcej od potencjalnego dorosłego człowieka. Mimo wszystko wiodą normalne, poukładane życie. Chodzą do szkoły (to chyba w filmie zostało pominięte), zakochują się, przeżywają chwile zawahania. Jednak wciąż znajdują w tym równowagę. 

Główną zaletą „The fault in our stars” są mądrości, które ona przekazuje. W pięknym stylu pokazuje miłość między dwójką ludzi, którzy przeszli w swoim życiu wiele. Nie ma tej cukierkowatości, którą można dostrzec w większości tego typu książek. Jest choroba, temat przewodni, jest walka z nią. Niekiedy wygrana, niekiedy przegrana – bo taki jest los, życie. Nie ma happy endów, które tak kochamy. Wielkie ukłony dla Johna Green’a, z którym  - może wstyd się przyznać – do tej pory nie miałam nic do czynienia. Słodko-gorzka historia, wywołująca uśmiech i powodująca morze łez. Za to kocham książki: bo przekazują milion emocji. Milion emocji, które wydaje mi się, że sama współodczuwam, kiedy płaczę nad losem tych, z którymi dopiero co zdążyłam się zaprzyjaźnić. Wszystko jest ulotne: życie, książka, wszystko co nas otacza… Czerpmy więc z bohaterów jedno: chęć do życia, jak i chęć ochoty do walki o nie. Reszta… reszta jakoś się ułoży.

Bezapelacyjne 5/5.

„I fell in love the way you fall asleep; slowly, then all at once…” Hazel Grace

Na filmie do tej pory byłam dwa razy. Jest niesamowity. Z pewnością nie ma kilku scen, które zostały opisane w książce, ale i może to dobrze, bo na Sali kinowej zapłakałabym się masakrycznie. Mimo wszystko – książkę polecam milion razy, a film… Przeczytacie – obejrzyjcie, ale nigdy na odwrót :)


niedziela, 22 czerwca 2014

"Składam się z ciągłych powtórzeń" Artur Rojek

"Składam się z ciągłych powtórzeń" Artur Rojek

Sesja pożera człowieka. Właściwie, wolno go pałaszuje - gryz po gryzie; czas leci między palcami, niby spędzany przy książkach, a jednak ciągle ma się ten niedosyt, że można by więcej/dłużej/lepiej. Prawda jest taka, że niezależnie od naszej wiedzy (albo, jej braku) będziemy się denerwowali, a po wszystkim dziękowali pod niebiosy, że się udało. Na szczęście sesja już za mną; ostatni egzamin ustny, z filozofii, był strasznie stresujący. Obecnie czekam na wyniki jeszcze jednego, aczkolwiek jestem dobrych myśli.

Recenzowałam tu film, książkę... Czemu więc nie płytę? Poniższą recenzję napisałam kilka miesięcy temu, po nabyciu tej płyty, w ramach konkursu na pewnej stronie. Konkursu nie wygrałam, to chociaż recenzję wykorzystam :)

Gdy Artur Rojek zdecydował się na odejście z Myslovitz, kręciłam głową, myśląc sobie, że to wielka szkoda tracić tak dobrego artystę, choć już przecież wtedy chodziły słuchy o tym, że zamierza w przyszłości wydać swoją własną, solową płytę. Zanim jednak do tego doszło, pozostawała jedynie nadzieja i niedowierzanie, czy tak stanie się naprawdę. "Składam się z ciągłych powtórzeń" jest więc bez wątpienia płytą niezwykle wyczekiwaną przez nas, fanów pana Artura, których wystawiono na ciężką próbę "puszczając" w obieg Beksę na niemal półtora miesiąca przed oficjalną publikacją płyty. To było naprawdę nie do wytrzymania - wsłuchiwać się w piosenkę i wiedzieć, że minie jeszcze sporo czasu, zanim będziemy się mogli wgłębić w resztę piosenek.

Składam się z ciągłych powtórzeń jest dobrą płytą, bo pominąwszy fakt głosu pana Rojka, który magnetyzuje, mamy styczność z dziesięcioma naprawdę dobrymi i jednocześnie zróżnicowanymi piosenkami, wśród których - tak mi się wydaje - każdy znajdzie coś dla siebie. Najpierw poznałam, jak pewnie większość fanów, Beksę, która sprawiła że z niecierpliwością wyczekiwałam kwietnia. Gdy już miałam tą niebywałą przyjemność włączyć sobie całą płytę i raz po raz wsłuchiwać się w kolejne piosenki, począwszy od Lato 76, które jest niewątpliwym rozliczeniem z przeszłością, poprzez melancholijne Czas który pozostał, czy Kokon, która to piosenka jest może najbardziej "inna" spośród pozostałych, doszłam do wniosku, że decyzja o solowej karierze wyszła tylko i wyłącznie na dobre. Szybsze To co będzie wywołuje uśmiech na twarzy, może to szybszy rytm, czy fakt, iz za oknem świeci słońce sprawia, że właśnie ta piosenka sprawia wrażenie niezmiernie wiosennej. Gdy zabrałam się za pisanie recenzji myślałam, czy da się jakoś określić tą płytę jednym słowem. Jednak - nie da się :)

Każda piosenka ma ze sobą jakieś przesłanie, które do mnie (i - jak się domyślam - do innych) trafia prosto w serducho. Melodyjność piosenek, teksty, których po prostu nie da się "nie słyszeć" i w końcu ten magnetyczny głos.... który sprawia, że Składam się z ciągłych powtórzeń można słuchać w kółko i wciąż nie będzie tego dosyć. (Sama jestem tego najlepszym przykładem, ileż można w kółko tego samego słuchać? A jednak!) Jeżeli miałabym taką możliwość polecić komuś tą płytę, komuś, kto - powiedzmy - nie słyszał żadnej piosenki pana Rojka, jestem w stanie polecić ją z całego serca. Bo jest na niej wszystko, czego można chcieć - piękne piosenki, mądre teksty no i oczywiście Artur Rojek. Jako fanka mogę tylko podziękować za tak dobrą płytę...

A tutaj, jeśli ktoś jest zainteresowany, wywiad z Rojkiem dla Eska Rock. I rzecz jasna, obiecuję poprawę z recenzjami!

piątek, 6 czerwca 2014

"Wywiady bez kitu"

"Wywiady bez kitu"


Są takie książki, które czyta się non stop i wciąż nie ma się dość. Są takie wywiady, w których pytania idealnie pasują do osób, którym się je zadaje. Ostatnimi czasy widać jednak, że większość dziennikarzy dąży do tego, aby z artysty wyciągnąć jak najwięcej prywatnych brudów, a nie skupić się na jego artystycznej stronie. Niezwykle mnie to zasmuca, bo jeżeli już chcę coś więcej wiedzieć, mogę wejść na portal plotkarski. Po wywiadach spodziewam się rzetelnych pytań, które trafiają w sedno, które dają mi szansę lepiej zrozumieć daną osobę, i po prostu mają to coś.

„Wywiady bez kitu”, którym chcę poświęcić dzisiaj kilka słów, bezapelacyjnie mają to coś. Najbardziej niezależni i wpływowi muzycy opowiadają o show biznesie „bez kitu”, o jego ciemnych i jasnych stronach. Dają nam szansę zajrzeć „za kulisy” tego, co tam się dzieje. Mamy szansę poznać mechanizmy, które nimi rządzą i zarazem zupełnie inaczej spojrzeć na nasze autorytety pod postacią danych zespołów czy też solowych artystów.  Na czterystu stronach zamieszczono rozmowy z niemal pięćdziesięcioma polskimi muzykami, dzięki którym możemy zatopić się w tą piękną lekturę… I wracać do niej kiedy tylko chcemy.

Ja zwróciłam uwagę głównie na wywiad z happysadem, Czesławem Mozilem, Farben Lehre, Pidżamą Porno, T. Love, Comą oraz Myslovitz, jednak jestem stuprocentowo pewna, że każdy z Was znajdzie coś dla siebie.  Nie ma sensu, abym cytowała poszczególne wywiady, bo pomijając, że zajęłoby mi to dużo czasu, to jeszcze pewnie nie chciałoby się Wam tego czytać. Zapomniałam jednak dodać, że książka została wydana chyba przed paroma laty, więc sporo pytań teraz ma jakoś inne znaczenie, z uśmiechem na twarzy można popatrzeć, jak dany zespoł zaczynał swoją historię, jak to wszystko było. 

Ja po książkę sięgnęłam z prostej przyczyny – happysad. Słyszałam głosy, że wywiad ten był niezwykły, musiałam więc go zdobyć. Niestety w większości księgarń jest już niedostępny i ja zamawiałam dzięki Allegro. Polecam każdemu miłośnikowi muzyki – z całego serca ;)


poniedziałek, 2 czerwca 2014

# podsumowanie maja

# podsumowanie maja

Minął kolejny miesiąc. A ja nie wiem zupełnie, gdzie. Przecież dopiero majówka była! Przecież dopiero co „wiosna” się zadomawiała, a tu proszę - za trzy tygodnie lato. Czemu ten czas leci jak szalony? :) Nadszedł więc czerwiec, a z nim mnóstwo zaliczeń i - o zgrozo - sesja. Ale to też nieubłaganie zbliżające się wakacje trzymają mnie przy życiu.   

Jest to moje pierwsze podsumowanie miesiąca na tym blogu, gdyż z racji iż zaczęłam pod koniec kwietnia, nie było się czym chwalić. Teraz lista książek, które w maju przeczytałam, jest... troszkę większa, aczkolwiek zawsze mogło być lepiej.

Przeczytane w maju: 

1)  „Teraz albo nigdy” Katarzyny Grocholi, 
2) „Trucicielka” Eric Emmanuel Schmitt
3) „Pulpecja” Małgorzaty Musierowicz przejdź do recenzji
4) „Intymna teoria względności” Janusz L. Wiśniewski przejdź do recenzji
5) „Gej w wielkim mieście” Mikołaja Milcke przejdź do recenzji
6) „Bezcenny” Zygmunta Miłoszewskiego przejdź do recenzji

Czuję jednocześnie, że czerwiec będzie pod tym względem jeszcze gorszy, bo chyba w końcu pasuje wziąć się za naukę, jeżeli nie chcę uczestniczyć w kampanii wrześniowej. Pogoda za oknem jednak do nauki nie nastraja, więc pewnie znając życie, zostawię wszystko na ostatnią chwilę. 

Wczoraj, z okazji Dnia Dziecka dostałam książkę Katarzyny Michalak o tytule „Zacisze Gosi”, więc może przy okazji tej książki, podzielę się recenzjami kilku innych książek pani Kasi, które miałam przyjemność przeczytać :) 

Tymczasem życzę wszystkim miłego tygodnia... i żeby ta pogoda w końcu zaczęła nas zadowalać! :)

Obserwatorzy