piątek, 26 września 2014

jesienny marudnik

jesienny marudnik
https://unsplash.com/grid


Otóż nadeszła jesień.  Jakbyście nie wiedzieli, to tak mówię. Jest to najbardziej znienawidzona przeze mnie pora roku i nawet fakt, iż herbata w tym czasie jakoś lepiej smakuje, nie przekona mnie do tego, żeby ją polubić. Bo ja lubię jak jest ciepło. Jak świeci słońce i ogólnie jest przyjemnie. A nie, że zimno, ciemno i deszcz leje dzień w dzień. Co to ma być?!

W dodatku zaczyna się październik. To już w ogóle jest masakra – uczelnia i te sprawy. Mam nadzieję, że jakoś to będzie. Trzyma mnie przy zmysłach to, że może uda się z pracą w gazecie, dorywczą, ale zawsze coś, strasznie mi się tam podobało i wiecie. Muszę tylko kopsnąć się w przyszłym tygodniu po umowę, praktyk, bo jeszcze jej nie odebrałam. I w ogóle tyle z tym zamieszania (z papierzyskami), że mi się nie chce.
23 października zaczynają się Targi Książki w Krakowie. Okazało się (swoją drogą dobrze, że weszłam na oficjalną stronę Targów), że można się, jako książkowy bloger, zapisać i dostać wejściówkę na cztery dni targów. Wypełniłam wszystkie tabelki, zgłoszenie wysłałam i już kilka dni później dostałam powiadomienie, iż moje zgłoszenie zostało pozytywnie rozpatrzone. W takim razie nic, tylko się cieszyć!

Ciekawa jestem, czy jest tu jakiś fan happysadu, który ze zniecierpliwieniem czeka na nową płytę. Jest ktoś?? Jeśli tak, to chętnie pogadam o nowych dwóch piosenkach i o fakcie, że chyba się tej płyty nie doczekamy. Ja wiem, że sprzęt, że to i tamto… Ale tyle czekać? Ja już usycham! Jeśli nie słyszeliście jeszcze tych piosenek, to ja podlinkuję. "Smutni ludzie", "Ciała detale".

Aktualnie czytam Fangirl Rainbow Rowell, więc jak tylko przeczytam, recenzja ukaże się na pewno.  Tutaj oficjalna strona Targów Książki, tutaj zaś odnośnik do Blogerów na Targach Książki.Ktoś planuje się wybrać? 



"Powrót" Izabela Sowa

"Powrót" Izabela Sowa
Jest to pierwsza książka tej autorki, która wpadła mi w ręce. Znaczy właściwie dopiero przed chwilą zorientowałam się, skąd kojarzy mi się to nazwisko (okazuje się bowiem, że zaczęłam kiedyś czytać „10 minut od centrum”, jednak nie skończyłam, stąd pewnie nazwisko brzmiało znajomo) także no.

Bohaterką opowieści staje się Dorotka, która zdaje sobie sprawę ze swojego poważnego wieku, bo przecież trzydziestka to nie przelewki, utrzymuje się w przekonaniu, że dawno opuściła szkołę złudzeń, staje oko w oko z dorosłością. Mimo wszystko, jej życie jest ciekawe – rzuciła ASP, wyjechała z kraju, teraz do niego wraca i musi stawić czoło problemom, które na jej drodze niestety się pojawiają.

Już od początku zakochałam się w książce (pominąwszy oczywiście przepiękną okładkę; moja siostra stwierdziła, że dziewczyna przypomina trochę Ewelinę Lisowską, i w zasadzie mogę się z nią zgodzić), dzięki lekkiemu stylowi, który sprawia, że strony wręcz się pochłania. Poza tym Dorotka jest bardzo fajną dziewczyną, kobietą w zasadzie, która po prostu stara się odnaleźć w swoim życiu. Ma kilku przyjaciół, niby jest szczęśliwa. 

Niektórzy mogą przyczepić się na przykład do narracji, która to sobie skacze – raz opowiada o wydarzeniach z przeszłości, raz odnosi się do teraźniejszości. Jak dla mnie to tylko plus, bo książka, raczej nie zmuszająca do myślenia, chociaż trochę nas do siebie wysila. Przez to nie tylko czytamy „ot tak”, ale trochę chociaż idzie bardziej zrozumieć.

Moja opinia jak najbardziej na tak. I chyba w końcu przemogę się do „10 minut do centrum” skoro i tak sobie na regale mojej mamy leży. Zobaczymy, czy również mi się spodoba. 


środa, 17 września 2014

"Like crazy" FILM

"Like crazy" FILM
Niewiele jest filmów, które z wielką chęcią oglądam drugi raz, niewiele jest filmów, do których potrafię (i chcę) wracać częściej. „Like crazy” jest jednak wyjątkiem, dlatego też pomyślałam, że Wam o nim opowiem, chcąc zagłuszyć ciszę, jaka tu ostatnio panuje. 






„Like crazy” (polski tytuł doprowadza mnie do wariactwa) opowiada o Brytyjskiej studentce, która zakochuje się w Amerykaninie. W momencie, kiedy jej wiza traci ważność, ich miłość zostaje wystawiona na próbę wytrzymałości.

Mogłoby się wydawać, na pierwszy rzut oka, że to będzie znowu mdła komedia romantyczna, gdzie para zakochanych staje przed trylionem durnych problemów, które i tak im nie przeszkodzą w tym big love. Też miałam takie obawy, pierwszy raz to oglądając. Po kilku minutach zmieniłam zdanie diametralnie. Wiecie, bo ja lubię słuchać, jak mówią po angielsku, a jak dołączy się do tego brytyjski akcent, to już w ogóle omdlewam przed ekranem laptopa. Udało mi się, wprawdzie, nie zemdleć, ale połkać w duszy i owszem, bo byłam skłonna zakomunikować wszystkim domownikom, że ja ogląda, i jak skończę, to mam zamiar to przeżywać przez X następnych dni, bo tak mi się to spodobało, że nie ma słów.

Życie nie jest piękne. Życie pełne jest bezsensownych wydarzeń, uczuć poplątanych, słów niewypowiedzianych (ze strachu), i ogólnie jest do bani. To wszystko wiemy. Wiemy również, że miłość (podobno) nie wybiera i jak się człowiek zakocha, to raczej szybko mu nie przejdzie nawet, jeśli obiekt jego westchnień będzie hen hen daleko. No dobra, przynajmniej tak mówi większość romantycznych filmów, więc może stąd taki schemat?

Jako wierna kinomaniaczka, z uporem maniaka, patrząc na to, co robią bohaterowie, darłam się: „no chyba zgupiałeś!!”, „no co ty idioto wyprawiasz, no jak!” albo końcowe „to koniec?? naprawdę?? nie będzie jeszcze kilku minut na dopowiedzenie? NIE?!”, dopiero później rozumiejąc, że chyba raczej nie usłyszą moich błagań, ani próśb. W takim wypadku kontynuowałam oglądnie, zniesmaczona jednakże faktem, iż mój głos nie został usłyszany. 

Czasem wydawało mi się, że Jacob to taka dupa wołowa, która nie potrafi poświęcić się dla drugiej osoby, później jednak stwierdziłam, że może to i dobrze – bo przecież tylko bohater romantycznej komedii jest w stanie wszystko wyidealizować, a wiadomo, że życie toczy się własnym torem. 
Zakończenia nie rozumiem, ale nie będę poruszała tego tematu, bo może ktoś z Was tego nie oglądał.  Czy spodziewałam się więcej? Nie, nie spodziewałam się niczego innego oprócz tego, co widziałam. Oczywiście, parę rzeczy mogłabym zmienić,  zmienić bieg wydarzeń, jednak… czy jest w tym sens, w gdybaniu co by było gdyby? Nie sądzę. 

Polecam, bardzo fajny film na spędzenie wolnego czasu. Nie będziecie żałować :)

wtorek, 9 września 2014

TAG: 10 ulubionych książek

Ostatnimi czasy na Facebooku krąży nowy łańcuszek, wedle którego proszeni jesteśmy o wymienienie dziesięciu książek, które wywarły na nas duże wrażenie, i które do tej pory goszczą w naszym sercu. Z racji, że jestem w trakcie czytania paru książek i nie mam czym się z Wami podzielić, wpadłam na pewien pomysł: dlaczego tego Tagu nie przenieść tutaj, na bloga? Nominowany może czuć się każdy, kto chce podzielić się listą dziesięciu książek które odgrywają ważną rolę w naszym życiu. Zapraszam!


A oto moja dziesiątka: 

1. „Harry Potter” – któż nie zna przygód młodego czarodzieja, który nie dość, że stracił rodziców, to jeszcze musi walczyć z Lordem Voldemortem na życie i śmierć? Pamiętam, że pierwszą część, czyli „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” zakupił mi mój tato na polecenie pani z księgarni. Tak się wczytałam, że kolejne części wpadały do biblioteczki niepostrzeżenie, a czekanie na kolejne premiery było wręcz okrucieństwem, bo przecież chciało się znać ciąg dalszy już, już! Mimo, iż od premiery ostatniej książki i ostatniej części filmu minęło kilka dobrych lat, ja wciąż jestem w tej serii zakochana. Może nie koniecznie w samym Potterze, który mnie tak denerwował, że czasem miałam ochotę zaprzestać czytanie, ale dzięki tej przyjaznej atmosferze, która sprawiała, że człowiek nie mógł się od tego oderwać. No i nie ukrywajmy, Draco Malfoy, jako ten zły najzwyczajniej w świecie zdobył moje serducho.

2. „Ania z Zielonego Wzgórza” – to było dopiero coś! Główną bohaterką kilkunastotomowej opowieści jest Ania Shirley, która przez przypadek trafia do domu Maryli i Mateusza Cuthbert na Zielonym Wzgórzu na Wyspie Księcia Edwarda. Każdy kolejny tom opowiada o perypetiach dorastającej, rudowłosej dziewczynki, o tym, jak bez problemu wpada w tarapaty a później nie może się z nich wyswobodzić, jak zawiera nowe przyjaźnie, pierwsze miłości… I to wszystko w otoczeniu ludzi, którzy darzą uczuciem ją, a ona ich. Czy można chcieć więcej? Gdy byłam berbeciem, zaczytywałam się w tą serię. Pamiętam, że w którejś klasie w podstawówce omawialiśmy pierwszy tom jako lekturę (kiedy to ja już większość tomów miałam przeczytane) i kiedy pani nauczycielka zachęcała wszystkich do tego, by sięgnąć po kolejne tomy, ja podniosłam rękę, oznajmiłam, że przeczytałam, dzięki czemu zostałam pochwalona przy całej klasie. Może nadszedł czas, by wrócić do Ani Shirley? 

3. „Jeden dzień” – och, ach! Uwielbiam. Czytałam chyba ze sto razy. Ale od początku. 15 lipca, niby zwyczajna data. Nie dla Emmy i Dexa, który rok w rok spotykają się właśnie tego dnia. Ona – idealistka, on – przystojniak, któremu wydaje się, że świat leży u jego stóp. Co ich łączy? Nikt nie wie; przecież nie mają ze sobą wiele wspólnego. Mają inne priorytety, dążą do czegoś innego, a jednak nie potrafią bez siebie żyć. Coroczne spotkania obfitują w różne wydarzenia, które to jednak prowadzą do zaskakującego finału, którego nikt się nie spodziewał. Opowieść o życiu, o poświęceniu, miłości, oddaniu… Aż łezka się kręci, bo film również oglądałam i również się w nim zakochałam.

4. „Gwiazd naszych wina” – chyba mówić nie muszę, bo opowiadałam tu o książce, więc chętnych do poznania mojej opinii zapraszam.

5. „Jeżycjada” Małgorzaty Musierowicz – również książki mojego dzieciństwa. Niektóre, w zasadzie pierwsze części „odziedziczyłam” po mojej mamie, która również była fanką, kolejne części już sobie magazynowałam (nie wyobrażam sobie nie mieć ich na swojej półce). Przenieśmy się do Poznania, do rodziny Borejków, na czele której stoi tata filozof, mama pilnująca domowego ogniska oraz banda rozwydrzonych córek, z których to każda ma na siebie inny pomysł. Najstarsze to Gabrysia i Ida, młodsze Natalia i Patrycja. Starsze przeżywają pierwsze miłostki, młodsze nie chcą być pomijane. I choć premiera pierwszej części miała miejsce dwadzieścia lat temu, a nawet i więcej, tak seria do tej pory zrzesza sobie kolejnych fanów. A ja, nie powiem, czekam na nową część która ponoć ma się ukazać tej jesieni.

6. „Księgarenka w Big Stone Gap” również odsyłam tutaj do mojej recenzji.

7. „Alibi na szczęście”, „Krok do szczęścia” i „Zgoda na szczęście” to seria, której oddałam swoje serce. Główną bohaterką jest Hania, która to przeżywa ciężkie momenty w swoim życiu. Próbując uporać się ze stratą ukochanych, nie żyje lecz egzystuje. Praca w szkole pochłania większość jej czasu, mimo iż siostra, zwariowana do granic możliwości Dominika próbuje wskrzesić ją do życia. Na przestrzeni kolejnych tomów widzimy, jak nasza bohaterka powoli odkrywa siebie, stara się ponownie zaufać ludziom i odzyskać szczęście, które los pewnego dnia jej odebrał. Dlaczego lubię? Bo autorka pokazuje, że życie nie jest doskonałe. Zły los tylko czyha by nas zawieść, podłożyć nogę. Jednak jeżeli mamy przy sobie osoby, którym na nas zależy, zawsze jest nadzieja na odbicie się od dna.

8. „Chustka” to właściwie nie jest typowa książka, tylko wpisy z bloga Joanny Sałygi, która przez dwa lata walczyła z nowotworem. Koniec końców przegrała tą walkę, jednak to, jaką miała siłę, by walczyć, by stawiać czoła kolejnym dniom, tym ciężkim ale i dobrym, wywarło na mnie duże wrażenie. Ogromne wręcz. Jest Joasia, jest Niemąż, oraz Syn, którzy to dotrzymują towarzystwa chorej ukochanej. Kiedy wie, że już nie ma dla niej ratunku, przygotowuje do swojej śmierci syna. Opowieść o życiu, o chorobie, o miłości, o wszystkim tym, czego my, zdrowi ludzie często nie doceniamy… 

9. „Oskar i pani Róża” – Porównywałam to już chyba do „Małego Księcia”, jednak w tym Tagu nie mogłam tego pominąć. Głównym bohaterem jest dziesięcioletni Oskar, który leży w szpitalu i nie wierzy w bajki. Wtem, znikąd, na jego drodze pojawia się tajemnicza Róża, zapaśniczka, dla której nie ma sytuacji bez wyjścia. Tą, i dwie inne książki tegoż autora dostałam na swoje osiemnaste urodziny (ach, jak mnie wszyscy znają!) i się w niej zakochałam. Ponadto, w tym wydaniu, które posiadam, jest w formie listu przedmowa samego autora do nas, Polaków, o tym, co skłoniło go do opowiedzenia historii biednego Oskarka.

10. „Zbrodnia i kara” - Oj, tego, to nie lubili w mojej klasie. W zasadzie, kto lubi lektury, do czytania których jest zmuszany? Nikt. No ale dobra, kupiłam książkę, myślę, zacząć zawsze można, jak mi się nie spodoba, przynajmniej na końcu mam streszczenia. Ale, w miarę tego jak czytałam, i czytałam i ciągle mi się podobało stwierdziłam, że przeczytam. I to był mój początek kariery z kryminałami. Głównym bohaterem jest Rodion Raskolnikow, 23letni student prawa, który buntuje się przeciw porządkowi świata. Jego logiczne myślenie doprowadza do zbrodni, którą to popełnia, z racji, iż ludzie nie są ze sobą równi, bo jedni mają lepiej, są bogaci, inni zaś całe życie muszą starać się o pieniądze, czasem nawet nadaremnie. W którymś momencie jego sumienie daje się we znaki, nie może pogodzić się z tym, co zrobił, staje się wyczerpany psychicznie, miewa coraz to większą gorączkę w wyniku czego w końcu przestaje panować nad swoimi czynami. Była to dla mnie niesamowita lektura, bo toć to na początku poznaliśmy zabójcę, chociaż nie wiedzieli tego policjanci, którzy cały czas go szukali. Przyglądamy się historii oczyma mordercy przypatrując się jednocześnie tokowi śledztwa. Nie raz i nie dwa mówiłam głośniej „no czemu tego nie widzisz!”, czy „to on zrobił, to on” jednak niczego to nie wniosło. A „Zbrodnia i kara”, mimo swej objętości nad którą płakały osoby z klasy, stała się moją ulubioną lekturą. 

Nominowanym niech czuje się każdy, kto wyraża chęć podzielenia się swoimi ulubieńcami :) 

poniedziałek, 1 września 2014

„Zakochany Dracula” Karen Essex

„Zakochany Dracula” Karen Essex
Klasyczna XIX-wieczna powieść gotycka Brama Stokera „Dracula” opowiada o walce dobra ze złem – o grupie ochotników rzucających wyzwanie hrabiemu Draculi, wampirowi z Transylwanii, skąd przenosi się do Anglii w poszukiwaniu nowych ofiar. Książka Karen Essex „Zakochany Dracula” jest jej uwspółcześnioną wersją, swobodnie naśladującą fabułę poprzednika i odkrywającą przed czytelnikiem erotyczne podteksty oryginalnego dzieła. Mroczną, niesamowitą i urzekającą opowieścią o nieśmiertelnej miłości i opętaniu. 

Wampiry. Z czym Wam się kojarzą? Najczęściej, niestety pierwszym, co przychodzi nam na myśl staje się „Zmierzch” lub coś podobnego. Sięgnijmy jednak do klasyka, „Draculi”, który nie iskrzył się w słońcu, i który nie mógł wychodzić kiedy świeciło słońce. Wprawdzie książki napisanej przez Brama Strokera nie czytałam (choć wyraziłam taką chęć, okazało się, że biblioteka ma na ten temat inne zdanie, bo oczywiście książki nie było), jednak zamierzam to nadrobić.

Okładka znowu przyciąga moją uwagę. Lekko dystyngowana, trochę mroczna, oddaje charakter powieści. Główną bohaterką książki jest Mina Murray, dwudziestodwuletnia cnotka ponad miarę. Jest pracownicą w szkole dla kobiet, gdzie młode dziewczęta uczą się dobrych manier i etykiety. Sama, będąc kilkunastoletnią dziewczyną, trafiła tutaj, gdy jej rodzice zaczęli się o nią „bać”, a wszystko przez nocne lunatykowanie, które w tamtych czasach było brane niemal za chorobę psychiczną. 

Narracja pierwszoosobowa sprawia, że mamy lepszą możliwość „wżycia” się w historię, czujemy to, co czuje główna bohaterka, poniekąd sami stajemy się bohaterami powieści. 

Mina „cierpiała” na zbyt realistyczne sny, w których to wpadała w opresję, z której to każdorazowo ratował ją tajemniczy dżentelmen w cylindrze. Pomimo, iż kobieta miała narzeczonego, czasem w te sny wkradały się elementy erotyki, z którymi to nasza bohaterka nie wiedziała „jak się obchodzić”, bo przecież bała się, że uznają ją za chorą. 

Co, jeśli tajemniczy dżentelmen w cylindrze nie jest tylko senną zjawą? Co, jeśli te wszystkie sny, które ma od dzieciństwa, są jego sprawką? Co się stanie, kiedy dotąd uporządkowane życie trafi szlag?

Przyznam szczerze, że to pierwsza książka w której akcja dzieje się w dziewiętnastym wieku, którą przeczytałam. Poza tym nie rozumiem, dlaczego wiele osób z mojego otoczenia dosyć sceptycznie podeszło do tego, iż jednak mimo wszystko lubuję się w tematyce wampirycznej. 

„Zakochany wampir” to przyjemna książka. Nie mogę ocenić podobieństwa tego, co napisała pani Karen do oryginału napisanego przez Brama Stokera, jednak jeżeli ta książka jest na tak dobrym poziomie nie wątpię, że oryginał jest milion razy lepszy. Muszę po niego sięgnąć, a kiedy to zrobię na pewno podzielę się swoją opinią.

I tak apropo, są tu jacyś wielbiciele wampirów, oczywiście takich „prawdziwych”? :) 


Obserwatorzy