piątek, 21 listopada 2014

„Ostatnia spowiedź” Nina Reichter

„Ostatnia spowiedź” Nina Reichter

Brandin Rothfeld jest dziewiętnastoletnim rockmanem. Kobiety w całej Europie wzdychają do jego brązowych oczu i cudownej, niemal dziewczęcej urody. Wracając z trasy koncertowej Brade spóźnia się na przesiadkę i spędza noc na opustoszałym lotnisku. Jeszcze nie wie, ze będzie to najdziwniejsza noc w jego życiu. Spotyka wtedy Ally Hanningan. Tajemniczą Amerykankę, która go nie rozpoznaje. Spędzają ze sobą kilka magicznych, niezapomnianych godzin. A później wspaniała noc się kończy. I oboje już wiedzą, że nie spotkają się więcej. Nigdy więcej. Bo zbyt mocno czują, że coś rodzi się między nimi. Żadne z nich nie może się teraz zakochać.

Dopóki nie wzięłam książki w swoje ręce, opierając się na opiniach innych czytelników, myślałam, że to typowe, łzawe romansidło, które niezależnie od tego, co dzieje się gdzieś pomiędzy, dobrze się skończy. W jakimż ja byłam błędzie! „Ostatnia spowiedź. Tom 1” to mój ostatni Targowy nabytek (nie wierzę, że minął prawie miesiąc!), który to doczytałam dopiero, gdy w moje ręce wpadł Tom 2. Ale to takie moje dziwactwa.

Zaczyna się, powiedzmy sobie szczerze – jak zwykle. On jest kimś, Ona szarą myszką. Poznają się przypadkowo, na lotnisku… I cóż, dalej już nie jest tak kolorowo. Ona go nie rozpoznaje, on to poniekąd wykorzystuje. Po kilku wspólnie spędzonych godzinach, rozstają się. I mają o sobie zapomnieć, bo oboje zauważyli, że mimo, iż się nie znają, coś zaczyna się dziać. On daje jej numer telefonu, ona mówi, że jeżeli będzie chciał ją znaleźć, znajdzie ją. Ona zostawia kartkę z numerem jego telefonu w samolocie, on nie może wybić sobie jej z głowy. Na tym powinno się skończyć.

Wierzycie, drodzy czytelnicy, w miłość od pierwszego wejrzenia? Kupidynek od razu wali w serce strzałą, ono zaczyna mocniej bić na widok danej osoby… I wtedy, co? Czy nasi bohaterowie wierzą w taką miłość? Nie. Bo przecież liczy się stabilizacja. Żadne tam uczucia. Uczucia są zgubne. Sprowadzają ze sobą same problemy, kłopoty. Nic więcej. Tyle, że uczuć nie da się okiełznać. Nie tak łatwo zapomnieć, nie tak łatwo wyrzucić z głowy, z serca, obraz tej osoby. Nie tak łatwo.

Książka, choć jak pisałam wyżej, o której nie wiedziałam, co myśleć, rozgościła się w moim sercu na dobre. I choć może nie pojmuję niektórych rozwiązań czy wyborów bohaterów, nadal wcinam książkę, strona po stronie, nie mogąc doczekać się niewiadomego. Czy Bradin i Ally w końcu będą ze sobą? Czy pokonają przeciwności losu, które mnożą się im pod nogami w szybkim tempie? Czy Tom i reszta zespołu da Bradinowi tak zwany święty spokój? I – najważniejsze, czy Ally w końcu poczuje się bezpiecznie u boku mężczyzny, którego naprawdę… kocha?

„Starożytni nie pisali nekrologów. U kresu drogi pytali tylko: „Czy kochał? Czy przeżył namiętność? Czy targały nim skrajności tak silne, że trzeba samemu ich doświadczyć, by kiedykolwiek móc zrozumieć ich sens? Czy postępował nielogicznie i pochopnie, często łamiąc reguły, by chronić coś, czego - jak nienamacalnego - nie mógł uchwycić? By chronić miłość?”. Jeżeli tak, odchodzi człowiek pełen nadziei i wiary. Odchodzi, pamiętając. Bo choć nie wszystko jest spisane na kartach, choć wiele pominięto, a może nie dostrzeżono, jego serce nigdy nie zapomni. A obraz jego oczu zawsze będzie tak samo wyraźny jak w tej właśnie chwili...”

Powyższy cytaty wyjątkowo mi się spodobał, ponieważ skojarzył mi się z pewną smutną sytuacją.

Te wszystkie odpowiedzi znajdziecie w „Ostatniej spowiedzi”, którą z całego serca Wam polecam. Obecnie wchłaniam drugi tom, koleżanki poprosiły o pożyczenie pierwszego. Nie mogę przecież odmówić! Czytajcie więc, a ja czekam i na Wasze opinie :)



niedziela, 16 listopada 2014

„List” Richard Paul Evans

„List” Richard Paul Evans

MaryAnne i David przeszli razem niejedno, ale wciąż łączy ich szczere i trwałe uczucie. Małżonkowie mieszkają w urokliwej rezydencji, otoczeni gronem serdecznych przyjaciół. 

Los jednak wystawia ich na wielką próbę – umiera ich trzyletnia córeczka. Po tym przeżyciu David zaczyna uciekać przed emocjami w pracę. Chociaż jego miłość do MaryAnne jest głęboka, mężczyzna przez lata nie widzi swoich błędów – dopiero wyjazd ukochanej i pozostawiony przez nią list otworzą mu oczy i popchną go do wielkich zmian w życiu.



Moją kolejną Targową zdobyczą, którą pochłonęłam w tempie natychmiastowym jest „List” Richarda Paula Evansa, z którego książkami miałam już styczność. Ta książka, jak każda poprzednia tego autora, ma niesamowitą okładkę – nie ma na niej przepychu, bóg wie ilu kolorów, a mimo to wciąż zachwyca (i patrzy się z półki w sklepie i mówi: weź mnie, weź mnie). Na opasce, która była owinięta wokół okładki było napisane, iż jest to „najbardziej poruszająca książka Evansa” i choć na początku sceptycznie do tego wychwalania podeszłam, tak muszę się pod tym podpisać i rękami i nogami. Jedynym minusem, który dostrzegłam dopiero po przeczytaniu jej, to fakt, iż na tylniej okładce nie zamieszczono informacji, że jest to kontynuacja „Zegarka z różowego złota”. Chronologicznie więc „Zegarek…” opowiada o historii poznania się Davida z MaryAnne, „List” zaś opowiada ich dalszą historię. Już nie pierwszy raz mi się to zdarzyło, że zaczynam od środka, ale skąd mam takie rzeczy wiedzieć, skoro na okładce nie ma informacji?

Z bohaterami przenosimy się do lat trzydziestych ubiegłego wieku. Do lat, w których niektórzy ludzie powiększają swoje fortuny, tym samym tworząc jeszcze większą zapaść między biednymi a bogatymi. Kiedy bogaci opływają w fortunach, biedni ludzie żyją na granicy ubóstwa. Ponadto, ludzie czarni są traktowani jak gorsza podkategoria ludzi, czego do tej pory nie mogę zrozumieć. Większość białych ludzi nimi gardzi, wiele ludzi sądzi, że nie powinni pracować z białymi (bo co z tego, że też mają rodzinę, którą muszą utrzymać), a najlepiej, gdyby w ogóle ich nie było.

David i MaryAnne byli niegdyś szczęśliwym małżeństwem. Zakochani w sobie nawzajem tworzyli szczęśliwą rodzinę, przynajmniej do nieszczęśliwego wypadku, w wyniku którego umiera ich trzyletnia wtedy córeczka. I choć od tragedii mija trochę czasu, małżonkowie się od siebie odsunęli. Wspominałam już przy okazji „Niezbędnika obserwatorów gwiazd”, że każdy przeżywa żałobę, smutek na inny sposób. David ucieka w pracę, tam szukając spełnienia. Poświęcając jej całą uwagę, nie ma czasu na zmartwienia, niepotrzebne myślenie nad czymś, czego nie jest już w stanie zmienić. David nie zauważa, że jego małżeństwo rozsypuje się. Dopiero w momencie, kiedy MaryAnne, pod pretekstem ślubu brata wyjeżdża, zostawiając mu list, mężczyzna zdaje sobie sprawę jak bardzo zawinił, odsuwając się od ukochanej.

„Nie mam siły dłużej znosić Twojej obcości. Twoja miłość była dla mnie jak słońce. Mury, którymi otoczyłeś swoje serce, pozbawiły mnie jego ciepła, a bez niego zmarniało moje serce. […] ”  

Jak odnaleźć się w nowym życiu? Jak przyzwyczaić się do myśli, że ukochana ci osoba może już nie wrócić? W dodatku David dowiaduje się, że grób jego córeczki odwiedza starsza kobieta, która może być jego matką, która opuściła jego i jego ojca w czasie, gdy ten był małym chłopcem. Wracają demony dzieciństwa, chęć poznania prawdy a przede wszystkim marzenie – wtedy może górnolotne – by MaryAnne w końcu wróciła tu, gdzie jej miejsce – przy nim.

Coś, co uderzyło mnie najbardziej, to sposób traktowania osób czarnoskórych. Pominąwszy fakt, że nawet w fabrykach sądzono, że to biali ludzie powinni więcej zarabiać, bo przecież „mają rodziny, dzieci na utrzymaniu”, tak murzyni stanowili kulę u nogi, przecież nic im się nie należało. Najbardziej wstrząsnęło mną to, że nawet w momencie, kiedy dochodziło do pochówku ludzi na cmentarzu, były wyznaczone miejsca, w których można było chować białych, a dopiero gdzieś na uboczu czarnych, żeby „nie wzbudzać sensacji”.

„Naprawdę nie rozumiem, po co zadaje pan sobie tyle trudu, żeby pochować Murzyna. Przecież czarni nie mają duszy”.

Książkę czytało się bardzo przyjemnie i jednocześnie szybko. Nie wiem, czy moje zdanie na jej temat byłoby inne, gdybym wcześniej przeczytała „Zegarek z różowego złota”, jednak naprawdę jestem pod wrażeniem. Każda kolejna książka pana Richarda Paula Evansa utrzymuje poziom, i choć nie jest to jakaś górnolotna literatura, a raczej niezobowiązująca, to polecam każdemu :) 

środa, 12 listopada 2014

„Inicjały zbrodni. Agatha Christie” Sophie Hannah

„Inicjały zbrodni. Agatha Christie” Sophie Hannah
Prawie 40 lat po premierze ostatnich przygód Poirota — nowa powieść z udziałem słynnego detektywa i nowa autorka, wybrana przez spadkobierców Agathy Christie!
Od czasu, gdy w 1920 roku jej pierwsza książka ujrzała światło dzienne, powieści Agathy Christie sprzedały się na świecie w łącznym nakładzie ponad dwóch miliardów egzemplarzy. Teraz, po raz pierwszy w historii, spadkobiercy pisarki zgodzili się na publikację nowej powieści z udziałem jej najsłynniejszego bohatera.
Na wstępie warto powiedzieć, że nikt nie jest w stanie zastąpić pani Agathy Christie. To ona przecież wykreowała postać naszego dzielnego, dokładnego detektywa Herkulesa Poirota, którego pokochały tłumy. Panie Sophie Hannah dostała szansę, by wykrzesać coś od siebie, i choć staram się nie mieć uprzedzeń, na początku trochę się tego obawiałam. Okazało się jednak, że zupełnie niepotrzebnie, ale o tym za chwilkę. 

Okładka jest przepiękna, bo czarna i gustowna. Mój wzrok skupia się jednak nie na ogólnym jej kształcie i wyglądzie, a na wielkim napisie „Agatha Chrsitie”. No nie wpadłabym na to, biorąc książkę do ręki, że to może mieć coś wspólnego z Christie! Nie wiem, ale jakoś mi ten napis nie pasuje. Drugą rzeczą, o której chciałam wspomnieć przy okazji okładki to fakt, że odbijają się na niej palce. Niezależnie od tego, czy wytrę dłonie, czy nie, biorąc ją do ręki – zostawiam na niej ślad. A, że jest czarna, ten efekt jest podwójny i dla kogoś takiego jak ja, który ma  manię wycierania ekranu telefonu dotykowego za każdym razem, gdy z niego skorzystam, jest to trochę drażniące. 

Na kartach powieści przenosimy się do Anglii lat dwudziestych ubiegłego wieku. Poirot, wraz ze swoim znajomym, rozwikłują zagadkę potrójnego morderstwa w znanym, angielskim hotelu. Rzeczą, która od razu zwraca uwagę naszego dzielnego detektywa to fakt, iż trzy ciała mimo, iż ułożone są w tej samej pozycji, to jednak „coś” się tu nie zgadza. Poirot nie ustępuje w swoim postanowieniu, łączy morderstwo z przypadkowym spotkaniem się  w kafeterii z pewną kobietą, która oznajmiła mu iż „zostanie zamordowana” i jak najprędzej chce dowieść prawdy. W tym wszystkim nadal jest nieustępliwy, nadal szuka dziury w całym i zwraca uwagę na każdy, nawet najmniejszy szczegół, który mógłby pomóc rozwikłać zagadkę.

Nie porównywałabym tego jednak do dzieł, które wyszły spod pióra pani Christie. Pewnie gdybym nie wiedziała, że napisał to kto inny, nie spostrzegłabym różnicy. Wiedząc jednak, dopatrywałam się jakiś uchybień, czegoś co wskazałoby, że ta książka jest błędem. Czego, z ulgą na sercu powiedzieć nie mogę, bo książka trzyma fason. Podczas jej czytania, miałam dużo typów osób, które mogłyby to zrobić, byłam jednak jak Edward Catchpool, który sam za naszym detektywem nie nadążał.



Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.





wtorek, 4 listopada 2014

„Klasa” Dominik W. Rettinger

„Klasa” Dominik W. Rettinger
Kiedy po latach kontaktuje się z tobą kumpel z klasy, może to oznaczać tylko jedno – kłopoty. Skatowany w Warszawie przez nieznanych sprawców prezes amerykańskiej korporacji dzwoni do byłego kolegi z klasy, znanego radiowca. Wybiera jedyny numer, jaki zna – do audycji na żywo. Dziennikarz zostaje wplątany w grę, w której stawką jest kilkaset milionów dolarów, życie wielu osób i polska racja stanu. Rozwiązanie zagadki zaszyfrowane jest na bilecie do metra. Kto złamie kod? Tylko ktoś z klasy. Akcja jak z najlepszych amerykańskich filmów. Tajemnica, której wyjaśnienie zszokuje każdego. Fakty, o których nikt w Polsce głośno nie mówi. Nie ma układu. Są układy.

Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że mam nosa do okładek. Oczywiście, nie zawsze to się zdarza, bo czasem za najpiękniejszą okładką świata kryje się niezbyt fajna treść, ale na to czasem można przymknąć oko. Podobnie jak w wypadku książek Zygmunta Miłoszewskiego, w których to się zakochałam, pan Dominik Rettinger również wywołał u mnie pokłady niezobowiązującej miłości czytelniczej.  W tym miejscu powinnam chyba powiedzieć i zaznaczyć, iż żałuję, że jest to moje pierwsze spotkanie z jego twórczością, ale w najbliższym czasie, gdy tylko uporam się z kolejnymi Targowymi książkami, postaram się ten stan rzeczy zmienić.

Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak jedno wydarzenie, kilka wypowiedzianych pospiesznie słów może wpłynąć na naszą przyszłość. Adam Wierzbicki, znany dziennikarz radiowy, mąż i ojciec, chyba nie zdawał sobie z tego sprawy, dyktując na wizji numer swojego telefonu tajemniczemu rozmówcy, który to, później, okazał się jego znajomym jeszcze zza czasów liceum. Kilka wypowiedzianych słów sprawiło, że życie Adama, Agaty i Rafała uległo diametralnej zmianie. W jednej minucie okazało się, że to, co do tej pory nazywał bezpieczeństwem przestaje mieć znaczenie: został wplątany w brutalną rozgrywkę pomiędzy władzami Polski, oraz gangsterami, którzy nie czekali na żadne wyjaśnienia: brali to, co chcieli. Nie zważając na nic.

Piotr Lasota, Adam Wierzbicki i Karol Siennicki byli znajomymi w czasach liceum. Los ponownie splótł ich losy, w niewyrównanej walce pomiędzy dobrem a złem. Życie, niegdyś bezpieczne, stanęło na szali, po drodze do wytyczonego celu giną kolejne osoby, kolejne rzeczy i powiązania wychodzą na jaw, powiązania, które w zupełności nie powinny istnieć. Można sobie pomyśleć: to tylko książka, jestem jednak pewna, może nie całkowicie, że w życiu codziennym, w niemal każdym kraju rządza powiązania. Nie liczy się doświadczenie, wykształcenie, liczy się to, że Y zna X i jest mu coś winien. Na tym opiera się życie nasze, oraz bohaterów książki, którzy na walce z systemem nie mają prawa wyjść żywo.

Dobre książki sensacyjne nie są w stanie Czytelnika zanudzić. Bowiem Czytelnik, żeby nadążyć za szalejącą akcją, musi mieć oczy szeroko otwarte, by się w tym gąszczu zdarzeń nie pogubić. Przyznam, na początku trochę nie nadążałam, później jednak tak wsiąknęłam, że jak się skończyło, to trochę niedowierzałam.
Wszyscy bohaterowie, począwszy od Adama, pokazywali wartości, jakimi warto się w życiu kierować.  Nawet w momencie niesamowitego zagrożenia życia własnego, jak i własnej rodziny, wiedzieli, że trzeba sobie pomagać, że mimo wszystko zawsze jest odrobina nadziei, że górą będzie ten, który mówi prawdę a nie ktoś, kto robi coś wyłącznie dla własnego dobra materialnego.

Chciałabym wierzyć, że w naszej polityce takich powiązań nie ma, że wszystko dzieje się super-sprawiedliwie, jednak chyba aż takich górnolotnych marzeń mieć nie powinnam. Jestem po lekturze „Klasy” trochę tym przerażona, bo nie zdawałam sobie sprawy, że działa to na tak wielką skalę, jednak książka naprawdę mi się spodobała (i tym razem nie tylko ze względu na okładkę) i jeżeli jesteście fanami tego typu literatury, daję potwierdzenie, że książka warta jest przeczytania :)

Obserwatorzy