środa, 31 grudnia 2014

O Nowym Roku, Sylwestrze i tym, że wcale nie trzeba go hucznie obchodzić

O Nowym Roku, Sylwestrze i tym, że wcale nie trzeba go hucznie obchodzić



Mam awersję do filmowych okładek, przyznaję. Przyznam również, że książkę czytałam na czytniku, jednak moja Mama pochłonęła Uwikłanie, wobec czego i książkową wersję postanowiłyśmy nabyć. W związku z tym, że za niedługo premiera Ziarna Prawdy w kinie, czas odświeżyć sobie znajomość lektury, a sylwestrowy wieczór nadaje się do tego idealnie. Tak sobie tłumacze brak planów na tą „wyjątkową” noc, jednak wcale nie mam odnośnie tego wyrzutów sumienia - wolę swoje towarzystwo. Nawet, jeśli Więckiewicz dziwnie się na mnie patrzy, a na pendrivie czeka Dracula Untold. Za oknem wciąż wiatr obija się bezczelnie o dach, sądzę więc że posiadówa z kubkiem pełnym herbaty jest jak na tą okazję idealna.

2014 rok dobiega końca. Jeszcze tylko trzy godziny i 2015 otworzy przed nami swoje opiekuńcze ramiona, jeszcze jutro będzie miło, będzie spanie, odpoczywanie, jednak od drugiego stycznia zacznie się prawdziwe życie, sesja, praca, już nie będzie do czego odliczać.

W tym roku dużo się działo - w końcu założyłam bloga z recenzjami na poważnie, przykładając się do tego najlepiej, jak tylko potrafię. Przeczytałam wiele wartościowych książek, np. pana Zygmunta Miłoszewskiego, czy Matthew'a Quicka. Poznałam wielu ludzi, którzy są tak samo jak ja ześwirowani na temat czytania czy pisania, odwiedziłam krakowskie Targi Książki, poznałam Lekko Stronniczych, wygrałam konkurs z Wydawnictwa Otwartego (a zapewniła mi to ta recenzja). 

Nie lubię się długo rozpisywać, jeśli nie chodzi o książki. Wraz z nadchodzącym rokiem postanowiłam się wziąć udział również w innym wyzwaniu niż to, o którym mówiłam w poprzednim poście. Chodzi o 52 Book Challenge PLczyli od jutra zaczynam starania, by w tym roku przeczytać całe 52 książki.  Moim jednym, wielkim postanowieniem oprócz właśnie tego, by dużo czytać jest zapisywanie sobie książek, które uda mi się przeczytać. Na potrzeby powyższego wyzwania założyłam na Lubimy Czytać specjalną półkę, na której będę to zaznaczać.

Swój czytelniczy, nowy rok, zacznę od powieści „Lawendowy Pokój”, nad zakupem której długo się zastanawiałam. Wczoraj jednak zajrzałam do Empiku, i czy mogłam odmówić książce, która prosiła mnie, bym ją kupiła? No pewnie, że nie ;)

A jak tam Wasze noworoczne, czytelnicze plany ? :)

piątek, 26 grudnia 2014

Książkowe Wyzwanie 2015

Książkowe Wyzwanie 2015
Jesteście? Objedzeni, jak mniemam? No bo co to za Święta, kiedy nie łapią nas wyrzuty sumienia, że za dużo zjedliśmy? Stół, obładowany po brzegi smakołykami wręcz błagał nas, byśmy sięgnęli po jakiś przysmak. Któż tego nie zna. Święta jednak praktycznie za nami. Odliczamy więc do Sylwestra, do końca roku. Czas ten zazwyczaj mobilizuje nas do robienia podsumowań, albo kreowania nowych postanowień na nadchodzący rok. Na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas, wszak mamy dziś dopiero 26 dzień grudnia. Pomyślałam jednak, że może to odpowiedni czas, by pomyśleć nad planami na nowy, 2015 rok. Postanowień jako takich robić nie lubię, bo też nigdy nie udaje mi się ich spełniać. Może czas zmienić taktykę? Moje dotychczasowe noworoczne postanowienia wyrwane były z kontekstu, zmuszały do robienia czegoś, czego nie lubię tylko po to, by móc sobie odhaczyć na kartce, że o tak, udało mi się. A książki? Cóż - czytać zawsze lubiłam, pisać, jak widać też, więc może prowadzenie akcji na blogu jakoś mnie do tego zmobilizuje?

Zaczynając od pierwszego stycznia mam zamiar podjąć się Książkowego Wyzwania, wykreślając z listy kolejne podpunkty. Zacznę wybierać książki zgodnie z poniższym obrazkiem. Postaram się również pod koniec każdego miesiąca złożyć podsumowanie mojego wyzwania, tego, co udało mi się wykreślić - czyli przeczytać. Czy to książkę posiadającą więcej niż 215 stron (to chyba nie będzie trudne), albo taką, której autorem jest kobieta. Co Wy na to?

Tu jest moje pytanko. Czy ktoś z Was chce dołączyć? Im nas więcej, tym większa będzie - tak się domyślam - mobilizacja. Każdy, kto chciałby się w to ze mną zabawić, niech zostawi u mnie ślad w komentarzu. W ostatnich tygodniach miesiąca prosić będę o wysłanie swojego mini podsumowania do mnie na e-maila, a ja to tu umieszczę.

Co Wy na to? :) Każdy sposób na mobilizację jest dobra, a jeśli jeszcze może wyjść z tego coś fajnego... Czekam na Wasze opinie ;)


niedziela, 21 grudnia 2014

„Gniew” Zygmunt Miłoszewski

„Gniew” Zygmunt Miłoszewski


„Gniew” to pożegnanie z Szackim, jednym z najbardziej znanych bohaterów kryminalnych w Polsce, dostrzeżonym i docenionym na świecie, co potwierdzają recenzje i wyróżnienia dla kolejnych wydań książek Zygmunta Miłoszewskiego za granicą.

„Gniew” to, jak można bacznie zauważyć, ostatnia część przygód prokuratora Teodora Szackiego, z którym to zdążyłam się zżyć od czasu „Uwikłania” i „Ziarna prawdy” (ekranizacja wchodzi do kin 30 stycznia 2015 roku). Niestety nadszedł ten moment, w którym wypada książkę czytać powoli, żeby jej za szybko nie skończyć, bo później nie będzie już nic, z drugiej strony chce się przebrnąć najszybciej jak się da, by dowiedzieć się, kto jest winny. Och, nie ma to jak czytelnicze dylematy, serio!

Niedawno czytając gazetę, natknęłam się na wywiad z Zygmuntem Miłoszewskim, gdzie był przepytywany głównie o relacje ze scenarzystą „Ziarna prawdy”, Borysem Lankoszem, bo skoro film niedługo pojawi się na kinowych ekranach, trzeba zrobić wokół niego trochę szumu. Szkoda, że teraz wszystkie oczy skupią się na filmie na nie na książkach, które zawsze są o niebo lepsze, no ale co można z tym zrobić. Wracając jednak do wywiadu, który pochłonęłam jednym tchem. Jedno pytanie i odpowiedź spodobały mi się na tyle, że pozwolę sobie aż zacytować.

Jak zareagowałeś na tę pierwszą wersję scenariusza?
ZM: […] Jestem człowiekiem, który nie wychodzi ze swojej jaskini – m.in. dlatego wybrałem sobie zawód, który polega na siedzeniu przez rok tylko w swoim towarzystwie w pokoju 3 na 4 metry. Nie lubię kontaktować się z ludźmi, a wspólna praca nad scenariuszem jest od takich kontaktów uzależniona.

Wyłania się nam tutaj obraz pisarza idealnie stereotypowego – człowieka, który unika kontaktów z ludźmi, którego te kontakty po prostu przerastają, męczą i stresują.  Także wiecie, moim sercem już zawładnął, a Waszym?

Akcja „Gniewu” toczy się w Olsztynie, czyli trzecim mieście, w którym pomieszkiwał nasz prokurator. W „Uwikłaniu” była to Warszawa, w „Ziarnie Prawdy” Sandomierz i teraz Olsztyn. Który to chyba się naszemu prokuratorowi niezbyt podoba, bo cały czas na niego narzeka, ale to już swoją drogą.

Jak zwykle zaczyna się niewinnie, bo od znalezionego szkieletu mężczyzny. Cóż, doświadczonemu Teodorowi Szackiemu wydaje się, że to sprawa z czasów wojny, podpisuje kilka papierów, ma nadzieję, że w końcu się tu coś wydarzy. No i nie musiał długo czekać. Okazuje się bowiem, że kości należą do człowieka, który zmarł… oj bardzo niedawno.  W tym momencie zaczyna się walka z czasem, walka z kolejnymi przeszkodami, poszlakami i świadkami.

Gdzieś w międzyczasie Teodor Szacki stara się też być dobrym narzeczonym dla Żeni, ojcem dla swojej szesnastoletniej córki Heleny Szackiej, jednak nie wszystko mu wychodzi tak perfekcyjnie, jak dotąd. 

Kilka popełnionych w czasie trwania śledztwa błędów doprowadza do sytuacji podbramkowej. Końcowa akcja toczy się szybciej, kartka za kartką, strona za stroną i wzrasta poziom ekscytacji, ciekawości… 

… i wtedy bum, pod postacią zakończenia. Którego do tej pory nie rozumiem, choć starałam się to sobie wytłumaczyć.

I w jednym momencie zrobiło się tak pusto. Jakby bańka mydlana pękła w najmniej oczekiwanym momencie. 

Mimo wszystko książka bardzo mi się spodobała, smuci jedynie fakt, że nie dowiem się już, co by było dalej. Bo domyślam się, że pan Zygmunt albo to wie i tego nie wyjaśni, albo i sam o to nie dba.



wtorek, 16 grudnia 2014

„Lekko Stronniczy jeszcze więcej” czyli Karol Paciorek i Włodek Markowicz

„Lekko Stronniczy jeszcze więcej” czyli Karol Paciorek i Włodek Markowicz
mojego autorstwa 
Włodek Markowicz i Karol Paciorek – dwaj znani youtuberzy prowadzący program „Lekko Stronniczy” u kresu swojej przygody z tymże programem (26 grudnia ma zostać ‘emitowany’ ostatni, tysięczny, odcinek) postanowili wydać książkę. Ale nie myślcie sobie, że taką normalną. W ogóle, czy można w odniesieniu do tej dwójki użyć słowa „normalni”? Nie sądzę.

Książka składa się z kilkunastu felietonów, pisanych to przez Włodka, to przez Karola, ale również ich rozmów, które nagrywali a później zostały spisane. Jak się dowiedziałam, było to siedem godzinnych sesji, podczas których to wymieniali się spostrzeżeniami, rozmawiali a później przelali to na komputer. 

Pierwszy odcinek Lekko Stronniczego został opublikowany 24 lutego 2011 roku, czyli ponad trzy lata temu. Od tego czasu panowie nakręcili tych filmików (na dzień dzisiejszy) 992. Włożyli w to kupę roboty, kupę zapału… Jednak wciąż, mimo upływu tylu lat, są tacy sami. Włodek skryty za fasadą swoich długich włosów, Karol za oprawkami okularów. Jeden trochę spokojniejszy (Włodek), drugi bardziej towarzyski (Karol). Tworzą mieszankę wedlowską dla nas, widzów, siadających codziennie przed komputerem, tylko po to by obejrzeć kolejny zaskakujący filmik. 

Odnośnie jeszcze książki. Pominąwszy okładkę, która po prostu mówi, krzyczy „kup mnie, kup mnie” cała książka jest dla mnie jak najbardziej na tak. Przeczytałam (a właściwie pochłonęłam) ją w tempie natychmiastowym. Na kolejnych jej kartach dowiadujemy się o przeszłości chłopaków, o tym, czym zajmowali się końcem liceów, na jakie poszli studia i przede wszystkim – co pchnęło ich do decyzji o zaczęciu czegoś swojego. 

Najbardziej jednak nie mogę uwierzyć w to, że zaczynali banalnie – od pożyczonej od kogoś kamery. Czy wiedzieli, że tak im dobrze pójdzie? Czy wtedy, mówiąc sobie, że będą kręcić do tysięcznego odcinka wierzyli, że im się to uda? Nie odpowiem na to pytanie – sami musicie zajrzeć. A powiem, że naprawdę warto :)

Nie bądź naiwny i nie oczekuj, że pierwsza rzecz, którą wrzucasz do internetu, będzie dobra. Pewnie nie będzie. I co z tego? Nic. Wyciągnij wnioski. Pamiętaj, że człowiek uczy się tylko na błędach – sukces w tym nie pomaga. Przeanalizuj, co było nie tak i co możesz poprawić. Czy aby na pewno to jest to, w czym jesteś najlepszy? ~ Włodek

Na koniec, już jako ciekawostkę, którą pewnie i tak znacie, powiem, że na samym końcu książki są dwa wyjątkowe felietony – Włodek pisze kilka słów o Karolu, Karol o Włodku. Teksty o sobie przeczytali dopiero w momencie, kiedy książka została wydrukowana i umieszczona na księgarnianych półkach. Wtedy to włączyli kamerę, usiedli przed nią i zaczęli czytać. Niezłe ryzyko, co myślicie? ;) 

Wczoraj w Krakowie w Galerii Bonarka odbyło się spotkanie z Włodkiem i Karolem, w którym oczywiście musiałam wziąć udział. Byłam całym faktem niezmiernie podekscytowana, bo tak zobaczyć ich serio, na żywo? Nie dość, że udało mi się stać w drugim rzędzie przy balustradzie, to jeszcze zamieniłam z nimi kilka słów, dostałam dedykację na książce oraz śmieszne zdjęcie, które no cóż, pokazuje, że jest szał ;)

nie wiem o co chodzi z tym uśmiechaj się, bo przecież ryłam ze śmiechu jak tylko do nich podeszłam... cóż :)

jak mówi hasztag, #dziwnezdjęciewcenie (a Włod jest super!!)


Także wiecie. Polecam z całego serducha! I jest mi tak smutno, że to już koniec filmików... Ech..

czwartek, 11 grudnia 2014

„Wnuczka do orzechów” Małgorzata Musierowicz

„Wnuczka do orzechów” Małgorzata Musierowicz
Dacie wiarę, że to już dwudziesta książka „Jeżycjady”? Ta sama seria, którą przed dwudziestoma laty, a nawet więcej, czytała moja Mama, a którą pochłaniam teraz ja? Dlaczego ten czas leci tak szybko, zabójczo wręcz? Skoro na to pytanie nie uda się nam odpowiedzieć, to może warto przejść dalej.

„Wnuczka do orzechów” tym razem skupia się głównie na Idusi, która mimo, iż jest już kobietą poważną, stateczną, w duszy nadal jest tą szaloną, rudowłosą dziewczyną, która wciąż wpada na dziwne pomysły. Ma już czterdzieści dziewięć lat (a ja wciąż pamiętam roztargnioną Idę, która wraca z campingu, sama, do mieszkania w którym nie ma jedzenia, która podejmuje się różnych prac by jednak nie zejść z głodu, jednak za nic nie przyzna się do swojej głupoty), ma syna, który zdał maturę, męża Mareczka i Łusię, która jest na tyle ‘dorosła’ że może sama wyjechać na wakacje. Idusia kłóci się jednak ze swoim synem, a zarazem i Mareczkiem. W przypływie frustracji idzie pobiegać. Kończy się to tym, że ląduje na wsi, z Dorotą oraz jej dwoma babciami. W odwecie na członkach rodziny postanawia zabawić tu dłużej, dając znać jedynie Gabrysi, że żyje i ma się dobrze. W tak zwanym międzyczasie u jej boku pojawia się Ignacy Grzegorz, syn Gabrysi, którego talentem jest przyciąganie kłopotów. Ale nie martwcie się, w Poznaniu też robi się ciekawie. Nestorzy rodu Borejków postanawiają, za namową Gabrysi, udać się na wieś, do swojej córki Patrycji, gdyż tu, w Poznaniu, upał doskwiera im niemiłosiernie. Najbardziej podobały mi się jednak e-maile, które wysyłały między sobą Idusia a Gabrysia, a w pewnym momencie nawet Patrycja. Cóż, widać tu postęp czasu i technologii, bo kiedy w początkowych seriach dziewczyny oczekiwały na telefon, non stop się w niego wpatrując, tu rozmawiały ze sobą – i jak przystało na nierozłączne siostry, dzieliły się każdym, nawet najmniejszym detalem. A z jakim humorem to napisane! Momentami kwiczałam ze śmiechu, mam nadzieję, że nikt na mnie nie zwracał uwagi ;)


- [...] I widzę nie łysego staruszka, tylko tamtego chłopca, którym byłeś, młodego, z rudymi lokami.
Wnukowie spojrzeli na niego z jednoczesnym zdumieniem.
- Miałeś rude loki?!
- Mniejsza o nie - rzekł dziadzio niecierpliwie. - Ważne jest coś innego...
- Były bardzo długie? - zapłonął ciekawością Jędrek.
- Nie! - z lekką irytacją odparł zapytany. - Były całkiem normalnej długości. [...]
(Nestor rodu próbujący wytłumaczyć coś swoim wnukom - Jędrusiowi i Szymkowi, synom Natalii i Rojka ;)) 



Cała książka, choć dosyć chuda (udało mi się ją pokonać w ciągu dwóch dni) sprawiła, że na mojej twarzy znów pojawił się uśmiech. Nie wiem, jak to się stało, ale znów poznałam magię Poznania, magię Borejków, tą magię, której zabrakło mi przy okazji „McDusi”. Przez chwilę, kiedy trzymałam książkę, zanim w ogóle zaczęłam ją czytać, miałam pewne obawy. Bałam się, że to usilne lanie wody, że dwudziesta część, że jak to możliwe, że to jakoś tak… No zupełnie na nie. Kiedy jednak otworzyłam książkę, zaczęłam czytać aż w końcu przepadłam, byłam na siebie zła. Bo pani Musierowicz nadal trzyma fason. I wiecie, co jest najgorsze? Że ja nie wyobrażam sobie, że kiedyś rzeczywiście nastąpi koniec. Jak?!

Jeżeli ktoś się nie domyślił, stawiam 10/5 bo toć to część wprost rewelacyjna, w której czuć tą niesamowitą atmosferę, która po prostu zapiera dech w piersiach. No i muszę przyznać, że Idusia, mimo podeszłego wieku nadal nie traci rezonu! A to niezwykła zasługa, utrzymać przez kilkadziesiąt części bohaterów takich, jakimi ich poznaliśmy. Dziękuję, pani Małgorzato!

sobota, 6 grudnia 2014

‘The Rewrite’ FILM

‘The Rewrite’ FILM
znalezione w googlach.

Nagrodzony Oscarem scenarzysta opuszcza Hollywood, by uczyć scenopisarstwa na Wschodnim Wybrzeżu. Wkrótce mężczyzna zakochuje się w samotnej matce. 

Popatrzmy na tytuł. Polski: „Scenariusz na miłość” (bo przecież filmy z „miłością” lepiej się sprzedają?) czy angielski ‘The Rewrite’? Popatrzmy dokładniej. Według słownika merriam-webster słówko ‘rewrite’ znaczy: ‘to write (something) again especially in a different way in order to improve it or to include new information’ (napisać >coś< od nowa, inaczej, albo dobrać do tego nowe informacje). Nie będę już mówiła, że to w ogóle nie ma sensu. Nie będę mówiła, że to jest pomyłka (choć sądzę, że jest). Ja wiem, że hajs się musi zgadzać, że tytuł musi przyciągać… właśnie, przyciągać, a nie zniechęcać. „Scenariusz na miłość” przynosi na myśl kolejną łzawą, ociekającą lukrem komedię, która ma taką samą strukturę jak milion poprzednich i z pewnością – milion następnych. A z czym mamy do czynienia oglądając ‘The Rewrite’?

Hugh Grant wciela się w rolę Keitha Michaels’a, nagrodzonego Oscarem scenarzysty, którego kariera, cóż, przestała się kleić. Kiedyś szczęśliwy scenarzysta, mąż i ojciec. Teraz scenarzysta bez pracy (nowe propozycje nie napływają), rozwodnik, niemający kontaktu z synem od czasu, kiedy była żona ponownie wyszła za mąż. Kiedy okazuje się, że rachunki same się nie zapłacą, a siedzenie po ciemku raczej do najprzyjemniejszych nie należy, Keith opuszcza Hollywood, by uczyć scenopisarstwa na Wschodnim Wybrzeżu.

Czy główny bohater znajdzie w końcu swoje miejsce na ziemi? Czy okaże się, że Wschodnie Wybrzeże jest dla niego lepsze od Hollywood? Czy warto poświęcać wielką karierę na cześć bycia w kończ szczęśliwym? Czy Keith odnajdzie w sobie tyle odwagi, by odciąć się od światka mediów, które jednego dnia robią z ciebie gwiazdę, następnego zaś wyrzucają na bruk? Kiedy okazuje się, że to nie on poproszony jest o napisanie sequelu jego filmu, Keith nie ma nic do stracenia.

Mówię od razu: to nie jest komedia romantyczna. Podpisuję się pod tym stwierdzeniem nogami i rękami i czym tylko się da. To bardzo fajny, obyczajowy film o odnajdywaniu swojego miejsca na ziemi. O znalezieniu tych osób, które nas uszczęśliwiają, i w których towarzystwie życie wcale nie jest nudne. O pielęgnowaniu swoich pasji nawet wtedy, kiedy ma się przez to problemy (osoby piszące nigdy nie miały łatwo). O tym, że kiedy się do czegoś przyłożymy, naprawdę mamy szansę odnieść duży sukces. I w końcu o tym, że to rodzina jest najważniejsza w naszym życiu. I te osoby, które właśnie wnoszą do tego czasem marnego życia radość.


Do kina wybrałam się tylko dlatego, że lubię Hugh Granta, który zapunktował u mnie nie tylko ‘Notting Hill’ ale i ‘Music and lyrics’ („Prosto w serce”). Patrząc na tytuł spodziewałam się jakiejś przesłodzonej komedyjki, która wyjdzie mi bokiem po dwudziestu minutach i w zasadzie będę chciała z niej wyjść, ale koniec końców będzie mi żal kasy wydanej na bilet. I na nachosy. No ale myślałam sobie „Hugh, Hugh, no musisz iść!”. No to poszłam. Nie żałuję. Nie jest to może nic górnolotnego (jakby to niby przestępstwem było oglądanie komedii), ale w sam raz na zimowe, ciepłe wieczory z kubkiem herbaty czy kubełkiem popcornu. Śmieszne riposty, dobrze dobrani aktorzy do poszczególnych ról. Czego chcieć więcej? Wpuśćmy do naszych żyć odrobinę radości, dajmy się rozleniwić komediom… I przede wszystkim, zgodnie z tonem filmu, dbajmy o swoje pasje;) 

wtorek, 2 grudnia 2014

#muzycznie, koncertowo, inaczej

#muzycznie, koncertowo, inaczej
Aż wstyd patrzeć, jak dawno mnie tu nie było. Czas leci jak oszalały. Myślałam, by napisać tu do Was zaraz po koncercie Curly Heads, jednak jak to w moim przypadku bywa, jedno myślę, drugie planuję a znowu trzecie piszę. Po CH miałam jeszcze dwa koncerty happysadu i w zasadzie tak minęły niemal trzy tygodnie… że aż nie wiem, gdzie. Na odliczaniu, na wspominaniu, na śmianiu się i milionowym oglądaniu tych samych filmików, które znam już na pamięć. 


Nie przeczytałam ostatnio nic nowego, a recenzji tego, co jednak udało mi się pokonać jeszcze nie naskrobałam (naszły mnie słuchy, że za tydzień mam egzamin, więc czuję że i  w czytaniu na razie lepiej iść mi nie będzie). Dlaczego więc nie porozmawiać o muzyce? O tych koncertach, które za mną, o tym krzyczeniu, wiciu się przed sceną i skakaniu jak najwyżej się da? Dlaczego nie o niezwykłej przyjemności ze spotkania chłopaków z Curly Heads, czy kochanych panów z happysadu? Trzy tygodnie przepełnione radością sprawiają, że mam milion anegdotek do opowiedzenia i nikogo, kto jeszcze chciałby o tym słuchać. :D

zdjęcie robione tosterem, przepraszam >.<
Curly Heads dali czadu nie tylko na koncercie, choć ja do tej pory nie mogę uwierzyć, że na scenie stoi ten sam Dawid, który miał trudności w wysłowieniu się kilkanaście minut wcześniej, kiedy z koleżanką siedziałam w (chyba) garderobie z całym zespołem. (A, bo chyba się nie chwaliłam. Wygrałam, dzięki Wydawnictwu Otwartemu dwa bilety i dwie wejściówki na koncert CH właśnie!). Chłopaki byli strasznie... Nieśmiali, tak to powiem. Mimo ciemności, która tam panowała (dziwny klub, acz nastrojowy!) wszystkie fotki, te ze spotkania czy właśnie z trwania koncertu musiały ulec niezwykłemu rozjaśnieniu w programie graficznym. Jak to nawet jeden facet stwierdził, robiąc nam zdjęcie tosterem,  panuje tu taka ciemność, że dziewczyny - w fotosklepie sobie rozjaśnicie. A więc to zrobiłam! Prawdą jest jednak, że nie mogę powiedzieć na nich złego słowa - bije od nich niezwykły spokój, ten przed koncertem, kiedy raczej podejrzewałam, że muszą być nieźle tym podekscytowani. Na scenie ujrzycie jednak ich drugie oblicze, to bardziej wojownicze... I jeju, ten głos Dawida! Wciąż nie wierzę w to, że mogłam sobie zrobić z nim zdjęcie i w ogóle! 

Jakub ;)
happysad. Dwukrotnie. Słyszałam, że już bliżej stać nie mogłam. Chyba mieli rację. Nie mogłam. Toż to miałam Kubę i resztę zespołu na (niemal!) wyciągnięcie ręki!! Stałam, kulturalnie mając na scenie wyłożoną torebkę, sweter i wszystko. Nie muszę chyba mówić, że była moc i to kompletna i totalna. Że każde słowo spijałam, wsłuchiwałam się i marzyłam, żeby to nie był koniec i żebym nie musiała czekać do następnego razu! Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy, jednak opłacał się trud stania przed sceną. Nie dość, że dopchałam się do uroczych (inaczej) zdjęć z panami, to jeszcze - wsju wsju - zdobyłam koncertową setlistę. Czy można chcieć więcej oprócz porozmawiania sobie ze swoim idolem? I nie patrzcie się tak na mnie, nieładnie, kto powiedział, że się wepchałam w kolejkę do zdjęć? (No sorry, nie trawię ludzi, którzy stoją jak słupy soli i wszystkich wokół przepuszczają!)

;)

szaaaleni! ;P

I jak tu nie kochać tych wszystkich ludziów? Jak nie opowiadać w kółko tych samych anegdotek, skoro one są takie super niezapomniane? :) Nie da się!

Z takim duchem Was zostawiam, podzielcie się swoimi ulubionymi koncertami, czy nawet zdjęciami! :) Do napisania!

wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa więc uprasza się o ich niekopiowanie. 

informacja



Jak wiecie (albo i nie), blog Myśli Zaczytanej ma stronę na facebooku. Jeśli jeszcze jej nie polubiliście, to zapraszam (klik). Jeśli jednak ten krok za Wami, to abyście mogli być na bieżąco z postami i informacjami, które tam dodaję wystarczy, że zaraz po polubieniu klikniecie "Obserwuj/Follow" i wtedy na Waszej tablicy powinny pokazywać się dodawane tam posty na bieżąco :) Dopiero teraz zauważyłam, że większość postów do nikogo nie dotarła, więc muszę temu zadziałać :) Pozdrawiam!

Obserwatorzy