czwartek, 31 grudnia 2015

Podsumowując 2015 rok...

Podsumowując 2015 rok...
Przyznaję się bez bicia – w tworzeniu podsumowań jestem beznadziejna. Rok temu żadne podsumowanko się tu nie pojawiło, w tym pomyślałam, że – biorąc pod uwagę moje uczestnictwo w 52 Book Challenge – wypadałoby kilka słów o mijającym już 2015 roku naskrobać.

Dokładnie rok temu założyłam, że uda mi się przeczytać tytułowe pięćdziesiąt dwie książki. Wszyscy trochę dziwnie na mnie patrzyli, trzymali kciuki ale i pukali się w czoło mówiąc „zwariowała”. Chwilę po tym, jak to zadeklarowałam (facebook – nie ma lepszego motywatora) pomyślałam, że zwariowałam. To przecież tyle książek!  

Gdzieś w połowie roku zdałam sobie jednak sprawę, że nie ma tragedii. Co prawda szło mi jak krew z nosa, pomału, wydawało mi się że książek w ogóle nie przybywa, no masakra jakaś. 

Na dziś dzień mogę jednak z uśmiechem na twarzy oznajmić, iż przeczytałam 50 książek, więc tylko o dwie mniej niż wcześniej zakładałam.  Jestem z siebie dumna, dlatego po raz kolejny biorę udział w tym samym challengu, mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej niż w tym.



 W 2015 roku moje konto Instagramowe opanowały książki, dużo książek. Bo taki właśnie był ten rok – przepełniony dobrym słowem, dobrymi powieściami, cytatami które chciałoby się zapamiętać, by móc je sobie odtwarzać w każdym momencie dnia. Był to też rok książek, do których chciałabym wracać, albo mieć okazję jeszcze raz przeczytać je „po raz pierwszy”.

Odnośnik do listy przeczytanych przeze mnie książek w ramach wyzwania 52 Book Challenge macie tutaj, ja jednak wpadłam na pomysł by wyszczególnić kilka wyjątkowych dla mnie - osobiście - pozycji, dzięki którym moje serduszko zabiło mocniej. 


#1 Dracula – Bram Stoker


Książka, którą zawsze chciałam przeczytać, a miałam taką okazję dopiero dzięki moim Kochanym koleżankom, które sprawiły mi ją – z osobistą dedykacją – na urodziny. Oczywiście w klasycznej powieści się zakochałam… oj tak.
#2 Milion małych kawałków – James Frey


Problemy z uzależnieniem, przeszywająca do bólu książka o tym, jak trudno być uzależnionym, jak trudno wyjść z nałogu, jak pozbierać się do życia. Polecam ją każdemu, kto jeszcze jej nie czytał.

#3 Ślepnąc od świateł – Jakub Żulczyk



To powieść, która bez żadnego owijania w bawełnę pokazuje, co tak naprawdę rządzi światem. I niestety nie są to uczucia, choć zawsze wydaje się nam, że właśnie one najmocniej nami targają, i wymuszają większość decyzji. Tak nie jest. Poza tym Ślepnąc od świateł to kopalnia wspaniałych, mądrych i zawsze trafionych myśli, które warto zapamiętać.

#4 Wszystko zależy od przyimkaBralczyk, Miodek, Markowski i Sosnowski


Istne kompendium wiedzy o języku polskim w wyjątkowo podatnej formie – wywiadu rzeki z trzema wybitnymi… językoznawcami, o. Polecam każdemu, komu wydaje się że jest humanistą z krwi i kości, ale i tym, którzy mimo wykonywania innego zawodu pałają do naszego rodzimego języka miłością.  Ja się zakochałam ;)

#5 KasacjaRemigiusz Mróz


Moje najnowsze odkrycie. Szkoda, że tak późno na pana Mroza wpadłam, ale lepiej późno niż wcale, prawda? ;) Najlepszej maści prawny kryminał, który potrafi robić takie cuda z człowiekiem (z własnego doświadczenia wiem, iż to bardzo dobry zaginacz czasu, bo ten w trakcie lektury mija gdzieś między palcami), jednocześnie sprawiając, że chce się czytać i czytać i w ogóle nie przestawać.

Kończąc już (ależ się rozpisałam) chciałam życzyć Wam wszystkim, a zarazem i każdemu z osobna by ten nowy, 2016 rok był równie dobry – jak nawet nie lepszy – niż ten obecny. Spełnienia marzeń, wielu nowych książek, samych sukcesów, ale i po prostu szczęścia i uśmiechu na twarzy. Do napisania w Nowym Roku!

środa, 30 grudnia 2015

„Zaginięcie” Remigiusz Mróz

„Zaginięcie” Remigiusz Mróz

Przybywam z drugą częścią „Kasacji”. Którą, jak już wspomniałam, czytałam jako drugą, ale to już tak zupełnie by the way.

Kiedy Chyłce wydawało się, że gorzej być nie może, tak też właśnie się stało. Wraz z Zordonem zaczyna bronić małżeństwa oskarżonego o zabójstwo własnej córki. Sprawa dosyć nietypowa, bo dziecko zaginęło bez śladu gdy w domu włączony był alarm, i, analogicznie, zamknięte wszystkie okna i drzwi. Zero możliwości ucieczki, chyba że dziewczynka potrafiła latać albo najzwyczajniej w świecie się rozpłynęła. Zdając sobie jednak sprawę z tego, że ludzie się nie roztapiają ani nie przepadają niczym kamfora łatwo dochodzimy do wniosku, że to nie będzie łatwe śledztwo. Chyłka i Zordon jak zwykle jednak wespną się na najwyższe szczeble własnego intelektu, chcąc dotrzeć do prawdy – nawet tej najgorszej. Bo w tej sprawie nic nie jest proste. Każda kolejna informacja wyklucza poprzednią. Kolejne zaś zaskakują, wprawiają w osłupienie, sprawiają, że człowiek zaczyna sobie zadawać pytania, a gdy nie jest na nie w stanie odpowiedzieć rozumie, że jego wyobraźnia jest po prostu do bani.

Moja jest w stanie krytycznym. Woła o pomstę do nieba. Mogę dostać jakiś jej nowy pakiet?

Chyłka i Zordon znowu w akcji. Tym zaś razem, zupełnie po znajomości Joanna postanawia pomóc dawnej znajomej. Domyślam się, że gdyby telefon zadzwonił w ciągu dnia a nie nocy wpierw wyśmiałaby dzwoniącego, a później odrzuciła połączenie. Zlecenie jednak przyjęła, a to był dopiero początek.

Jak zwykle przy okazji książek sensacyjnych (bo chyba do takiego gatunku „Zaginięcie” mogę zaliczyć) i nawet kryminalnych jestem pod wrażeniem umiejętności budowania akcji. Tak jak i przy okazji „Kasacji” tak i tutaj, wszystko z siebie wynika, jedno prowadzi do drugiego, każde następne jest skutkiem poprzedniego zdarzenia. Jest mnóstwo ciętego języka (bo przecież za to kochamy Chyłkę), jest odrobina miejsca na prywatność, na zacieśnianie więzi (dosłownie i w przenośni), aż  w końcu jest miejsce i na to trudne śledztwo czy chociażby staranie dowiedzenia przed sądem niewinności.

Bo sprawa jest skomplikowana jak diabli. Zakończenie zaś znów wbija w fotel, choć z drugiej strony miałam ochotę mocno popukać się w czoło, bo wydało mi się (już po przeczytaniu) trochę zbyt banalne (bo przecież główka pracuje),  ale jednocześnie… idealnie wyważone, jeśli patrzeć na całą historie opisaną na kilkuset stronach książki.


To tyle z mojej strony. Ileż można słać pochwały? Nie pozostaje mi nic innego, niż z niecierpliwością czekać na trzecią część przygód mojego ulubionego duetu (który plasuje się zaraz za Lisbeth i Blomkvistem), bo jestem ciekawa jak to się wszystko dalej między nimi (i nie tylko) potoczy. 

Przy okazji chcę wspomnieć: nie życzcie sobie pod choinkę puzzli. Popełniłam ten błąd po raz drugi i dopiero dzisiaj, wkładając ostatniego puzzla, odetchnęłam głęboko. Uffff. Jak tam plany sylwestrowe? ;)

wtorek, 29 grudnia 2015

„Motylek” Katarzyna Puzyńska

„Motylek” Katarzyna Puzyńska

Przypadki chodzą po ludziach, prawda? U mnie przypadkowo w łapki wpadł „Motylek” Katarzyny Puzyńskiej i, choć miłość ślę jednak ku Skandynawii, muszę przyznać że czuję się twórczością pani Kasi zauroczona.

Lipowo, w którym rozgrywa się akcja książki to mała mazurska wieś, która… jest ostoją spokoju. Tak przynajmniej myśleli jej mieszkańcy, dopóty dopóki  na skraju polnej drogi nie zostało znalezione ciało martwej zakonnicy. Na początku wszyscy myślą, że to tylko wypadek – polna droga, środek zimy, śliska powierzchnia, aż samo się prosi o nieszczęście. W toku śledztwa wychodzi jednak na jaw, że to nie wypadek a celowe zabójstwo. Blady strach pada na mieszkańców Lipowa, gdy dowiadują się o drugim znalezionym ciele…

By móc prawowicie zatopić się w lekturze „Motylka” trzeba zdać sobie sprawę z kilku rzeczy. Po pierwsze wieś rządzi się własnymi prawami i jakkolwiek głupio by one czasem nie brzmiały, tak właśnie jest. Po drugie, w takich małych społecznościach trudno być anonimowym – mimo usilnych prób i starań mogę powiedzieć, że jest to rzecz nie do osiągnięcia. Uzbrojeni w tą podstawową wiedzę możemy przejść dalej.
 
„Motylek” to nie tylko książka kryminalna skupiająca się na rozwikłaniu zagadki – bo ta, choć tajemnicza i trudna do rozwikłania, czasami jest tylko tłem tej historii, która do wszystkiego doprowadziła. Na przestrzeni książki poznajemy mnóstwo bohaterów, ich przekrój jest naprawdę bogaty: od sklepikarki, która ma nie najlepszą opinię, poprzez osoby dopiero do Lipowa przybyłe, aż do elyt, którym wydaje się, że pieniądze są ważniejsze od uczuć. Są też i policjanci błąkający po omacku, tacy, którym wydaje się, że są panami świata choć w rzeczywistości jest inaczej. Są rodziny tłamszone i te, które muszą sobie jakoś radzić by żyć.

A zagadka naprawdę nie jest łatwa. Bo skoro przecież wszyscy się doskonale znają i wiedzą o sobie wszystko, dlaczego nikt nie wpadł na trop mordercy? Dlaczego musi zginąć kolejna osoba? Czy jest w tym jakiś sens, czy jedno wynika z drugiego? Kto, u licha, zabił i dlaczego? Czy miał jakiś sensowny motyw? Na te pytania nie udzielę Wam odpowiedzi.

Z każdą kolejno przeczytaną książką kryminalną dochodzę do jednego smutnego wniosku: nijaki ze mnie policjant, detektyw czy śledczy. W wyłapywaniu tropów jestem wprost beznadziejna, i te lata spędzone na czytaniu książek (a przecież czytanie uczy!) są po prostu na nic. Jest mi smutno, że po raz kolejny nie załapałam toku myślenia śledczych, że snułam jakieś durne scenariusze, które przecież miały się sprawić, a koniec końców okazały się niesamowitą bujdą.

Niemniej – nie zwracając uwagi na wypociny zawiedzionej sobą samą czytelniczki – muszę przyznać, że „Motylek” bardzo mnie wciągnął. Od pierwszej strony poczułam z bohaterami więź, zupełnie jakbym rzeczywiście przy nich była i doświadczała każdej z opisanych sytuacji. Zamiennie czułam strach, radość i niepewność gdy przekładałam kartkę za kartką. Choć tworzyłam swoje scenariusze, byłam nieziemsko ciekawa rozwiązania. Całą sobą czułam się zachęcona i porwana do tego, by dotrzeć do ostatniej strony. Żeby móc, wtedy już zupełnie spokojnie przetrzeć oczy z niedowierzaniem, popukać się w czoło i powiedzieć „oj ty głupia ciapo”.

Bo zakończenie zaskakuje. Nie jest może jakieś spektakularne jak przy okazji „Kasacji”, jednak czuję się, jakby to ująć, zaspokojona. Z wielką chęcią sięgnę po kolejne części przygód mieszkańców Lipowa, bo polubiłam ich na tyle, że ciekawi mnie co tam u nich ;)

/ Jak tam po świętach? Przejedzeni? Książki jakieś pod choinką były? ;)


środa, 16 grudnia 2015

„Kasacja” Remigiusz Mróz

„Kasacja” Remigiusz Mróz


To, co zrobiłam jest po prostu karygodne. Wstyd mi za samą siebie, nie wiem, jak mogłam do tego dopuścić. Jestem wysoce rozczarowana swoim zachowaniem. Chociaż z drugiej strony… to było tak bardzo do mnie podobne, że… cóż, chyba powinnam sobie przybić piątkę. Krzesłem. W czoło. Otóż,  Drodzy Państwo, w razie gdybyście chcieli się z mej zacnej osóbki ponabijać to powiem Wam, iż zaczęłam czytać przygody Chyłki i Zordona… od drugiej części. Uczcijmy to minutą ciszy, okej? Na swoją obronę… 
Dobra. Nie mam nic na swą obronę.

Skoro sobie już poprawiliście humor, przejdźmy do części właściwej.

Syn biznesmena zostaje oskarżony o zabicie dwóch osób. Sprawa wydaje się być oczywista. Potencjalny winowajca spędza bowiem dziesięć dni zamknięty w swoim mieszkaniu w towarzystwie ciał zamordowanych osób. Sprawę prowadzi Joanna Chyłka, pracująca dla bezwzględnej warszawskiej korporacji. Nieprzebierająca w środkach prawniczka, która zrobi wszystko by odnieść zwycięstwo w batalii sądowej. Pomaga jej młody, zafascynowany przełożoną, aplikant Kordian Oryński.

Moje pierwsze skojarzenie, które pojawiło się po przeczytaniu ostatniej strony to Suits. Joanna aka Harvey, Zordon (bo taki przydomek zyskuje nasz wspaniały aplikant) aka Mike. No po prostu idealnie mi się to wpasowało w całość: dążenie do celu po trupach, upartość, zawziętość, trochę dystansu do samego siebie, a koniec końców relacja… no właśnie, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie? Na to pytanie Wam nie odpowiem, poczujcie się zaciekawieni, jeśli lektura jeszcze przed Wami.

Piotr Langer ponoć zabił dwie osoby, na domiar złego siedział z ciałami w pomieszczeniu przez dziesięć dni. Wszyscy uważają go za winnego. Wszystko sprzeniewierza się przeciwko niemu: świadkowie, kamery, ogólne uznanie ludzi. Joanna Chyłka dostaje za zadanie wybronienie go niezależnie od tego, czy wina rzeczywiście leży po jego stronie. Sama dobitnie zaznacza niejednokrotnie na przełomie całej książki, że za bardzo ją to nie obchodzi. Ona ma pokazać przed sądem, że jest niewinny, ma sprawić, że uniknie wyroku… Tak. To jest jej zadanie. Ma bronić, nie wyrażać swoje opinie. Towarzyszy jej Oryński vel Zordon. Nieco przestraszony aplikant, który stając u progu kancelarii Żelazny&Mc Voy jest… gorzej niż spietrany. Czy mu się dziwię? W ogóle. Od razu biedaczek trafia na głęboką wodę: nie dość, że jego opiekunką jest Chyłka, to jeszcze w dodatku taka sprawa. Taka.

W tej części nie powiem niczego odkrywczego, uprzedzam.

Lubię zaskakiwać samą siebie dobrymi lekturami. Gdy mi się wydaje, że „już nic mnie nie zaskoczy” okazuje się, że jestem w wielkim błędzie. Tak było i w tym wypadku. Historia, intryga – to wszystko wciągnęło mnie od pierwszej strony. Pierwsze spotkanie Chyłki i Zordona, pamiętliwe „tu się nie pali!”, i kolejne momenty, które wywoływały u mnie śmiech - tego nie zabierze mi nikt.

Sprawa z gatunku tych trudniejszych. Oskarżony nie ma nic na swoją obronę, co gorsza – wszyscy są przeciwko niemu. Z duszą na ramieniu przyglądałam się temu całemu zamieszaniu, próbując gdzieś w duszy pomóc Chyłce i Zordonowi. Czasem kiwałam głową z niedowierzaniem. Wybuchałam śmiechem, pukałam się w czoło przewracając kolejne strony i zajadając  je wzrokiem. Akcja prężnie szła przed siebie. Wszystko, każdy malutki szczególik dopracowany na sto procent. Wszystko się ze sobą zgadzało, wszystko z siebie wynikało. Akcja – reakcja. Nasi bohaterowie mieli dużo do stracenia, jeszcze więcej do zyskania.

W czasie czytania w głowie pojawiło mi się wiele teorii na temat oskarżonego. Z jednej strony zgadzałam się z duetem Chyłka&Zordon, z drugiej miałam wątpliwości. Jeśli lubicie takie tajemnicze książki to powiem Wam, że ta jest dla Was. Do ostatniej strony, dosłownie do ostatniej człowiekowi wydaje się, że w miarę ogarnia, co się właśnie stało.

Powiem Wam jednak zupełnie szczerze: nigdy nie czułam się tak zaskoczona. A dobrze wszyscy wiemy, ile ja przeczytałam książek. Ile kryminałów. Ile kryminałów sądowych. Ile wszystkiego. Serio myślałam, że jestem już tym typem czytelnika, którego trudno czymś zaskoczyć.

Tak bardzo się myliłam.

(Co gorsza – pozytywnie się myliłam.)

Dlatego jedyne, co w tym miejscu mogę zrobić to polecić Wam „Kasację” z zastrzeżeniem, że sen jest dla słabych. Miejcie to na uwadze.

piątek, 11 grudnia 2015

„Dziewczyna z pociągu” Paula Hawkins

„Dziewczyna z pociągu” Paula Hawkins
Dziewczyna z pociągu zawojowała mediami – od momentu jej premiery wszędzie o niej pisano, wychwalając przy tym pod niebiosa. Przyznam szczerze – choć lubię thrillery, czułam się przytłoczona. Wydawało mi się, że ktoś stara się dosyć natrętnie narzucić mi coś, czego tak do końca nie jestem pewna. Reklama dźwignią handlu, jak to się mówi dowcipnie.




Oprócz przytłoczenia poczułam też niejako obowiązek, by się z książką zapoznać, dać jej szansę i nie oceniać jej jedynie po tym, jak o niej mówią.

Rachel każdego ranka dojeżdża do pracy tym samym pociągiem. Wie, że pociąg zawsze zatrzymuje się przed tym samym semaforem, dokładnie naprzeciwko szeregu domów. Zaczyna jej się nawet wydawać, że zna ludzi, którzy mieszkają w jednym z nich. Uważa, że prowadzą doskonałe życie. Gdyby tylko mogła być tak szczęśliwa jak oni.

 Lubię się przyglądać ludziom. Gdy mijam ich na ulicy albo w komunikacji miejskiej myślę sobie, dokąd się tak spieszą, do czego dążą, czy wracają do pustego domu, czy jednak ktoś na nich tam czeka. Czy są szczęśliwi, smutni, a może radośni. Czy żyją zgodnie z sobą, czy robią coś bo muszą. Poniekąd więc rozumiem Rachel, główną bohaterkę książki Pauli Hawkins.

Bez bicia przyznam się, że początek książki mnie nieco rozczarował, ale to jedynie moje delikatne spostrzeżenie. Przygotowana byłam bowiem na coś „wspaniałego, zabierającego dech w piersiach”, a tak leciała pierwsza, druga i trzecia strona. Miałam ochotę odłożyć książkę i wrócić do niej potem (choć i tak długo się do niej zbierałam), przemogłam się jednak.

Według Wikipedii (cóż za kochana Ciocia), słowo thriller oznacza, że fabuła podąża w kierunku punktu kulminacyjnego. Wszystkie zdarzenia, które dzieją się „po drodze” mają doprowadzić czytelnika do clue, do głównego sensu powieści. Nieraz czeka się na ten moment aż do ostatniej strony, nieraz… wystarczy przeczytać kilka kartek i już wie się, o co tak naprawdę chodzi.

Moje oczekiwania wobec „Dziewczyny z pociągu” były ogromne. Podchodząc do lektury wiedziałam, że mogę nie być w swej ocenie zbyt obiektywna, bo jednak coś tam w głowie sobie ułożyłam i obawiałam się, że jak te oczekiwania zderzą się z rzeczywistością będzie kiepsko. Ale.

Główną bohaterką „Dziewczyny…” jest Rachel, kobieta po przejściach, a dokładniej po rozwodzie. Nie jest więc bohaterką do krańców możliwości wyidealizowaną, tylko normalną kobietą, taką, która z pewnością znajduje się gdzieś wśród nas. Podróżując codziennie tym samym pociągiem zaczyna czuć jakąś więź do ludzi, których sobie przez pociągową szybę podpatruje. Do pewnego momentu nie jest to niczym groźnym – jak mówiłam, bohaterka przeżywa ciężkie chwile więc taka odskocznia jest dla niej czymś dobrym. Do czasu.

(Bo przecież coś musi się dziać.)

Pewnego dnia Rachel zauważa pewne zmiany. Zaczyna się niepokoić. To wszystko, co zdążyła sobie z powrotem poukładać zaczyna się walić. Kobieta nie wie, co się dzieje, dlatego postanawia pomóc, choć co ona może zrobić, będąc „widzem”?

Sama zaś Rachel, jej osobowość, styl życia, denerwował mnie. Miałam ochotę niejednokrotnie podejść do niej, trzepnąć jej w głowę czymś mocnym i poprosić, by się na chwilę zastanowiła nad swoim zachowaniem. Przemyślała go.  Na jej obronę muszę przyznać – cobyśćie nie myśleli, że nie zachęcę Was do lektury – że to, co robiła, miało swoje powody. Przy okazji tej książki pamiętajcie, zwłaszcza Panowie, że kobiety i ich intuicja nigdy się nie mylą!

Na początku było drętwo, tak. I bałam się, że będzie tak do końca. W pewnym momencie – zupełnie to przegapiłam – po prostu przepadłam. Pożerałam stronę za stroną powoli układając sobie to wszystko po swojemu. Wydawało mi się, że już wiem, o co chodzi. Że mniej-więcej wiem, dlaczego tak a nie inaczej. Jak zwykle zostałam zaskoczona. Takiego obrotu spraw się nie spodziewałam i muszę Wam powiedzieć, że bardzo mnie ta moja pomyłka ucieszyła.  


Książka jak najbardziej na tak. Może ten szum medialny wokół niej trochę za duży i trochę (trochę bardziej) odstraszający, ale na pewno zasługuje na to, by dać jej szansę. Ja dałam i nie żałuję.

niedziela, 6 grudnia 2015

„Stuhrmówka, czyli gen wewnętrznej wolnośći” Maciej Stuhr w rozmowie z Beatą Nowicką

„Stuhrmówka, czyli gen wewnętrznej wolnośći” Maciej Stuhr w rozmowie z Beatą Nowicką

Maciej Stuhr. „To ja, syn Jerzego!” krzyczy w swoim stand up’ie – rozmowie telefonicznej z biurem obsługi. Skecz niejednokrotnie doprowadził mnie do śmiechu, i gdy sobie o panu Maćku myślę, to jest pierwszy obraz jaki pojawia mi się w głowie. Z radością i wypiekami na twarzy starałam się czytać jego felietony w Zwierciadle, zastanawiając się między wierszami jak to tak można: być tak dobrym aktorem, synem swojego ojca, a jednocześnie jeszcze tak ładnie pisać. Czy to aby nie za dużo talenów jak na jedną osobę?

Odpowiedź jest prosta – nie. Bo talent Maćka Stuhra sięga dużo, dużo dalej. Urodził się z nazwiskiem. Niby – jak każdy z nas. Jednak z tym nie byle jakim nazwiskiem. Jerzy Stuhr – wybitny aktor, którego znają wszyscy. Mogło się to skończyć różnie. Przecież wszyscy wiemy, choć sami może tego nie doświadczamy, jak to żyć w cieniu sławnej rodziny. Można się wybić – zawsze! – ale można też zdecydować się na coś lżejszego i słynąć z tego… że się jest, tak po prostu, bez wysiłku.

Stuhrmówka, czyli gen wewnętrznej wolności  to bardzo dobrze napisany wywiad-rzeka. Bez zbędnego słodzenia, opowiadania, jakie to życie aktora jest cudowne, bezproblemowe i bezkonfliktowe. Z odpowiedzi na zadane pytania wyłania się sylwetka bardzo dobrego, polskiego aktora, któremu nazwisko nie pomagało. Wręcz przeciwnie – o wiele więcej od niego wymagano. Właśnie przekroczył czterdziechę. Trzyma się dobrze, ma ukochaną, dorastającą córkę Matyldę… i nadal wiele pomysłów na siebie i swoją karierę. 

Opowiada o początkach, o studiach, o szkole aktorskiej, o pierwszych rolach, tych poważnych i mniej, o kłopotach które go spotykały (bo przecież jest tylko człowiekiem), o ulotności życia, o swojej rodzinie – a przy tym jest na tyle autentyczny, że momentami będzie Cię, drogi czytelniku, ściskało za serce. I choć może kiedyś, przez jakiś czas wydawało mi się, że go „znam”, byłam w tak niesamowicie wielkim błędzie, że aż sobie nie wyobrażacie. Sięgając po Stuhrmówkę spodziewałam się – tylko albo aż – dobrej lektury, przy której spędzę miło czas. Dostałam coś o wiele lepszego. Wywiad, rozmowę, która uskrzydla. Która daje wiarę, że w tym „szołbizie” istnieją jeszcze ludzie z zasadami, ludzie, którzy nie dadzą się wcisnąć w jakieś gówno tylko po to, by zaistnieć.  Bo koniec końców okazuje się, że samo zaistnienie nie jest jakieś bardzo ważne. Przede wszystkim trzeba się kierować sercem, umysłem a przede wszystkim jasnym spojrzeniem.


Maciej Stuhr? Mój nowy faworyt. Prosty a wielki człowiek o wielu talentach. Śmiech, pisanie, aktorstwo i kabarety. Czy trzeba coś tu dodawać? Lećcie czytać ;) 

czwartek, 3 grudnia 2015

„Nie tak łatwo być Czesławem” Jarek Szubrycht, Czesław Mozil

„Nie tak łatwo być Czesławem”  Jarek Szubrycht, Czesław Mozil
Ludzie czasem patrzą na mnie jak na głupka. ‘On chyba nie jest zbyt inteligentny, skoro robi tyle błędów gramatycznych. Tak długo już tutaj mieszka, a nie potrafi się dobrze wysłowić po polsku. To na pewno debil.Mam brzuszek, śmieszny akcent, łysieję, nie przypominam typowego polskiego faceta. Mylę się, przyznaję do błędów. Ale wiecie co? To jest magnes, który przyciąga kobiety.[…] Jestem po prostu sobą, choć to niełatwe zadanie.
 

„Nie tak łatwo być Czesławem” to zlepek wielu historii z życia Czesława Mozila. Książka, którą czyta się szybciutko, w którą wsiąka się całym sobą, i od której nie można się uwolnić.


stąd


Dowiadujemy się z niej o trudzie emigracji, o pierwszych miłościach, o zalążku talentu, o ciężkiej pracy, którą trzeba włożyć by kiedyś się udało, o szybkim sukcesie który zaskoczył wszystkich, o pasji do muzyki, a przede wszystkim o byciu sobą mimo wszystko.

Są ludzie, którzy samo moje istnienie odbierają jako prowokację. Źle się z tym czują. Bo niby kim on jest? Polak, ale nie do końca Polak. Jeden z nas, ale nie jest taki jak my. A ja przecież nigdy nie byłem kimś innym.

Sława nie uderzyła mu do głowy, a pieniądze nie sprawiły, że wzbija się nad ziemię. To w dalszym ciągu muzyka jest jego kołem napędowym i to, że grając – czyli robiąc to, co kocha – sprawia przyjemność innym.

Wielkie brawa dla Jarka Szubrychta, który tak to wszystko ładnie napisał, że w pewnych momentach – przyznaję się bez bicia! –czytając, miałam wrażenie że słyszę Czesława jak to wszystko opowiada. Trochę szybko mówi, trochę go nie rozumiem, ale jednocześnie wiem, że to wszystko płynie wprost z jego wielkiego serducha.

Książka idealna dla fanów Mozila, którym wydaje się, że go znają. Otóż powiem tak – jesteście w błędzie, nic nie wiecie. Media kreują Czesława takim, jakim chcą by go postrzegano. Prawda zawarta jest w tych kilkuset stronach, do przeczytania których zachęcam gorąco ;)

/ Jestem pechowcem. Zepsułam (inaczej: zepsuł się) mój niebieski czytnik, który oczywiście nie był już na gwarancji i którego nie było sensu naprawiać, gdyż albowiem koszt byłby niemal równy jego pierwotnej cenie. Od kilku dni mam więc Kundelka, meh, Kindelka i jestem nim niezwykle zauroczona na tyle, na ile było mi z niego dane korzystać. W takich momentach mam wrażenie, jakby cała ta technika pokazywała mi środkowego palca, bo czegokolwiek się nie dotknę, czy telefonu/komputera to w niedługim czasie to coś zaczyna się psuć. Niemniej żyć jakoś trzeba, czytać i korzystać z social media również, więc może chociaż teraz szczęście dopomoże i nic się nie skiepści? A Wy posiadacie czytniczki? :-)

I przepraszam za taką o nieobecność, obiecuję poprawę (znów) :))

poniedziałek, 23 listopada 2015

„Feblik” Małgorzata Musierowicz

„Feblik” Małgorzata Musierowicz


„Feblik” wpadł w moje ręce… w dniu premiery, chociaż wydawało mi się że jestem ponad to i kupię „kiedyś tam”, jak przyjdzie taka ochota. Niestety pociąg mój do Jeżycjady trwa nadal, chociaż – jak wszyscy zgodnie przyznamy – to już nie to samo co ‘Ida’ na przykład.

Pomimo tego małego niuansu wiedziałam, że prędzej czy później trafi to w moje łapiszcza, no bo przecież Poznań, przecież Borejkowie kochani, no rozstać się z nimi tak okrutnie? A gdzieżby!

Książka niejako jest kontynuacją „wnuczki do orzechów” bo nadal rozgrywa się w bardzo przyjemnej, wiejskiej przestrzeni. Bohaterowie na czas upałów opuszczają duszny Poznań, jedni z przymusu, inni niby dla przyjemności i lepszego samopoczucia. W „Febliku”  główne skrzypce grają młodzi, taki na przykład Ignacy Grzegorz, który jak zwykle ukazuje niezwykle szlachetne wychowanie. Istny dżentelmen, chciałoby się powiedzieć i dodać: a gdzież tacy istnieją? W książkach!  Młody staje na rozdrożu. Z jednej strony zaczyna przeżywać kolejny zawód, z drugiej strony los – ach ten los! – zaczyna sobie z niego kpić, podstawiając – napiszę nieładnie – pod jego nos kolejną dziewoję, która to zawraca mu w głowie. Niespokojne zachowanie tyczy się też Idy, która – niby zawsze taaka rozważna! – wpada na dziki pomysł. I nawet Mareczkowi się podoba! Wpada również Laura, w odwiedziny do ciotki Patrycji niby na obiad. Niby. Pamiętajcie: nic nie dzieje się bez przyczyny!

Zanim otworzyłam edytor i to napisałam, parokrotnie przeanalizowałam w głowie to, co chciałabym napisać. Zapoznałam się też z wieloma recenzjami, które nie zostawiły na „Febliku” suchej nitki. A ja jestem, stoję, na rozdrożu. I tak sobie myślę teraz właśnie, że jeżeli brać by to za fikcję, coś, co jest jedynie wymysłem pani Musierowicz to ja to kupuję nawet z zamkniętymi oczami. W momencie kiedy przestaję rozliczać świat przez panią Musierowicz stworzony, biorę Feblika i kolejne części z zamkniętymi oczami. Bo za to pokochałam serię: że jest ponadczasowa… i jest jedynie fikcją. Świat, w którym żyją Borejkowie sprawdza się tylko u nich. Tam mi się podoba, tam mnie zachwyca i doprowadza do uśmiechów. Gdy patrzę na ten sam świat przez pryzmat rzeczywistości, w której żyję, jest słabiej.

Ale, jak słusznie to ktoś zauważył, literatura od tego jest. By przenosić nas do świata, który nie istnieje, który nie ma prawa bytu.

Tak jest w wypadku „Feblika”. Podobał mi się, przeczytałam w dwa dni. Tęsknota za Borejkami jest straszna, tak samo jak za tym poznańskim mieszkaniem, do którego – mam nadzieję! – w kolejnej części wrócą.

Zakochanym w Jeżycjadzie polecam. Innym, niekoniecznie. Jeśli tego nie czujecie, nie czytajcie, nie psujcie sobie nastrojów, nie psujcie pierwszego wrażenia innym. Ja jestem kupiona ;)


piątek, 13 listopada 2015

„Mężczyźni bez kobiet” Haruki Murakami

„Mężczyźni bez kobiet” Haruki Murakami

Cuda niewidy. Ola sięgnęła w końcu po Murakamiego. Ileż czasu musiało minąć! Jednak – lepiej późno niż wcale, prawda?

Bałam się, że moje zetknięcie z japońskim pisarzem nie będzie takie, jakim je sobie wyobrażałam – może inni zachwalają, a mi się nie spodoba? Oczywiście to żaden koniec świata, a jednak.

„Mężczyźni bez kobiet” to zbiór siedmiu opowiadań poświęconych mężczyznom, którzy… żyją bez kobiet. Albo nigdy ich nie mieli, albo gdzieś „po drodze” zwanej życiem je stracili.  Jak się odnaleźć w nowej rzeczywistości? Jak nie dać się pokonać przygnębieniu, smutkowi? Czy można żyć bez ukochanej? Czy takie życie ma jeszcze sens? Te pytania zadawał sobie każdy tytułowy mężczyzna. By poznać odpowiedzi, wystarczy sięgnąć po książkę!

Wiem, wiem, jestem okrutna.

Wybaczycie?

 Każde opowiadanie przepełnione jest taką gamą uczuć, że momentami albo chciałam wejść tam do tej książki, by przytulić jednego czy drugiego i powiedzieć, że „będzie dobrze” choć do końca nie miałam pewnoś, jak to się skończy.

Nie wiem, czy odnosicie takie samo wrażenie jak ja, ale po lekturze tej książki doszłam do wniosku jak bardzo magluje się temat porzuconych przez mężczyzn kobiet. Wiele uwagi poświęca się ich cierpieniu, tej pustce, która następuje gdy ukochany partner odchodzi z naszego życia.

A mężczyźni? Oni przecież – tak przynajmniej słyszałam – mają uczucia, podobnie jak my, kobiety. Może odbieramy je mocniej, ale hej!, panowie też przeżywają rozstania. Podobno.

Bohaterowie są osamotnieni. Zgubieni. Próbują odnaleźć się w nowym dla siebie życiu. Ogarniają wszystko na nowo, przynajmniej starają się. Każdego dnia podejmują walkę o miłość, o zapomnienie, o szczęście. Wychodzi różnie, bo przecież życie płata figle w najbardziej nieodpowiednich momentach.


„Mężczyźni bez kobiet” to zbiór bardzo szczerych, smutnych opowiadań. Mężczyźni, jako główni bohaterowie pokazują, że też coś czują, chociaż ktoś może sądzić inaczej. Pan Murakami oczarował mnie sobą niezmiernie, więc chyba czas wziąć się za jego twórczość na poważnie ;)

poniedziałek, 9 listopada 2015

„Wszystko zależy od przyimka” Bralczyk, Miodek, Markowski i Sosnowski

„Wszystko zależy od przyimka” Bralczyk, Miodek, Markowski i Sosnowski




Profesora Bralczyka polubiłam po tym wystąpieniu na Blog Forum Gdańsk 2015. Nie, żebym nie znała go wcześniej – będąc humanistą z krwi i kości (podobno) trzeba ogarniać rzeczywistość wokół. Niemniej dopiero gdy Paulina Mikuła i Arlena Witt zaczęły zadawać panu profesorowi dość „normalne” pytania poczułam, że hej!, ten profesor, nie dość że zna się na rzeczy to jeszcze umie się tą swoją wiedzą dobrze dzielić.

Specjalne i wyjątkowe trio – Bralczyk, Miodek i Markowski pod wodzą Jerzego Sosnowskiego zaczęli rozmawiać o języku polskim, o jego zagadkach, wyjątkach, przytaczając przy tym wiele ciepłych anegdot związanych właśnie z językiem polskim, czy z samym jego nauczaniem.

Bralczyk:  Mówienie wprost o „tych” dniach, kiedy chcesz się czuć pewnie. Okres mam! Miesiączkę mam! – to znaczy ja akurat nie mam, zresztą mężczyźni rzadko takie rzeczy miewają.
Markowski: Ale akurat tych słów się nie używa. Nigdy nie słyszałem w reklamie o okresie ani o miesiączce.
Bralczyk: Tak samo biegunka – raczej nie występuje.

Bralczyka nie sposób zagadać. Nie sposób go też zaskoczyć jakąś trafną hipotezą, bo albo sam wpadł na nią wcześniej, albo już dawno ma ją za sobą.

Bo to tak naprawdę nie jest typowa książka, w której tekst momentami zlewa się w jedno. To bardzo miłe i szczere rozmowy, z których możemy wynieść wiele więcej niż z lekcji języka polskiego, gdzie panie nauczycielki skupiają się na tym, co autor miał na myśli.  Jest mowa o odmianie nazwisk,  o obraźliwych momentami reklamach (np. margarynie Kasi), o tym, za co każdy z profesorów bardziej lubi swój język ojczysty.

Czytałam, śmiejąc się. Śmiałam się – czytając. Śmieszne anegdotki, przedrzeźniania się i dobrze spędzony wspólnie czas – tak będę wspominać „Wszystko zależy od przyimka”.

Kto nie miał jeszcze do czynienia, polecam. Obawiam się jednak,  że ja jak zwykle w tyle i większość z Was tą pozycję już zna, no ale niech będzie ;)


niedziela, 1 listopada 2015

„Notebook” Tomasz Lipko

„Notebook” Tomasz Lipko
Znacie taką akcję jak CzytajPL?  To taka cudowna akcja przeprowadzana w Krakowie, Gdańsku, Katowicach, Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu,  która polega na tym, że na przystankach autobusowych wyżej wymienionych miast pojawiły się nośniki e-booków pod postacią plakatów z kodami QR. Wystarczyło ściągnąć na swojego smartfona aplikację (Czytaj PL), zeskanować kod QR i cieszyć się wybraną książką przez okres trzydziestu dni.


Wiadomo, nie mogłam przejść obojętnie obok takiej – ewidentnie – reklamy czytelnictwa! Chwilę zajęło mi zastanowienie się, co tak naprawdę chcę przeczytać i co może mnie zaskoczyć, jednak gdy w końcu wybrałam, swojej decyzji nie pożałowałam.

„Notebook” Tomasza Lipko jest książką interaktywną. Za pomocą specjalnej aplikacji, której nazwy teraz nie pamiętam, można skanować zdjęcia czy filmiki, które zostały umieszczone na poszczególnych stronach powieści. Udogodnienie? Czy ja wiem, sama z tego nie korzystałam bo było to niemożliwe, skoro czytałam ją na własnym smartfonie potrzebowałabym drugiego, który by mi to kopiowanie kodu umożliwił.

Niemniej.

Punktem wyjścia dla całej książki jest wypadek drogowy pod Piotrkowem Mazowieckim, w którym ginie młoda kobieta Dagmara Frost. Wypadek – nic specjalnego, zbyt duża prędkość, niebezpieczny manewr wyprzedzania, można powiedzieć: samo życie. Tym bardziej przygnębia fakt, że młoda kobieta nie ma żadnej rodziny, a przynajmniej śledczy nie mogą dotrzeć do nikogo, kto chciałby wiedzieć o jej odejściu.  Prokurator, w tej roli główny bohater, Radek, w procesie przeszukiwania miejsca wypadku znajduje laptop. I w zasadzie to od niego wszystko się zaczyna.

Przyznam się bez bicia – nie spodziewałam się, że polski thriller może mnie tak pozytywnie zaskoczyć. Do podobnej tematyki udało mi się przekonać dzięki Zygmuntowi Miłoszewskiemu, jednak sądziłam że to już wszystko, przeczytałam trylogię o Szackim i już nic mnie nie zaskoczy. A tu sięgnęłam po debiut pana Lipko i jestem… oczarowana, choć w kontekście tej książki może to nie jest odpowiednie słowo. 
Akcja prężnie rozwija się na przestrzeni całej powieści. Czyny bohaterów poparte są wcześniejszymi wyjaśnieniami, każda kolejna sytuacja, każde kolejne zdarzenie z czegoś wynika, ma sens.  Świat wykreowany przez autora widzimy z kilku perspektyw, czy to Radosława, jego przyjaciela Igora czy księdza Bartłomieja, który wyciąga pomocną dłoń do przyjaciół wtedy, kiedy oni tego najbardziej potrzebują.  Zostajemy wrzuceni w świat brutalny, prawdziwy. Nie ma owijania w bawełnę, wymyślania czegoś, czego nie ma. Korupcja, zatajanie pewnych spraw – to wszystko jest na porządku dziennym. Nie zapomina się jednak w tym wszystkim o uczuciach bohaterów. Autorowi udało się pokazać ludzką twarz tych, których byśmy się nie spodziewali.


W czterystu czterdziestu czterech stronach powieści autorowi udało się zawrzeć istną karuzelę – od momentu wzbicia się w powietrze, kiedy bohaterom wydawało się, że są królami świata, i na pewno uda im się zagadkę komputera Dagmary Frost rozwikłać, do momentu powolnego opadania, kiedy wszystko wymykało się spod kontroli. Swoistego rodzaju gra w berka – kto kogoś zdemaskuje pierwszy – była urocza. Bo kiedy wydawało im się, że rzeczywiście są przed swoimi wrogami krok do przodu, szybciutko okazywało się, że są w błędzie.

Jak widać są przesłanki do tego, że polska literatura wcale nie upada, przynajmniej ta bardziej w gatunku thrillerów czy kryminałów. Każdego, kto słyszał o tej książce ale nie odważył się do niej sięgnąć – zachęcam, tych zaś, którzy czytają o niej pierwszy raz namawiam, by to zrobili ;)


niedziela, 25 października 2015

# 19 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

# 19 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

Targi, targi… i po targach. Cztery dni minęły jak z bicza strzelił. I choć na początku żałowałam, że uda mi się być tylko w jednym dniu, po czasie doszłam do wniosku, zważając na tłum, że była to dobra decyzja. Niezależnie jednak od tego, ile czasu tam spędziłam (a starałam się w czwartek czerpać z Targów jak najwięcej się da) jestem – jak co roku – niezwykle zadowolona. Wystarczy popatrzyć na powyższy stosik ;)

Wydaje mi się tym samym, że Targi Książki przyciągają brzydką pogodę – w zeszłym roku deszcz padał tak przeokropnie, że przez dobrą chwilę po dotarciu na halę chodziłam w kółko tylko po to, by się zagrzać. W tym roku udało się bez deszczu, ale aura była taka nieprzyjemna, że jedynie książki, morze książek stanowiło motywację, by wyjść na dwór ;)

No ale może teraz o moim stosiku, który – ilekroć się na niego spojrzę – wywołuje uśmiech na twarzy ;)

Od lewej: 

  • „Wszystko zależy od przyimka” Jerzy Bralczyk, Jan Miodek, Andrzej Markowski i Jerzy Sosnowski. Ach, ile ja się dobrego o tej książce naczytałam. Ile ochów i achów! Zakochałam się w niej zanim jeszcze wzięłam ją do rąk – bo wtedy przepadłam. Nic tylko czytać! (Poza tym, ten zakup tłumaczę sobie tym, że jestem na wydziale filologii polskiej, że ten wydział i ten mój kierunek zobowiązują… a tak serio, no nie mogłam wobec tego przejść obojętnie!).
  • Kolejną zdobyczą jest Antystresowa kolorowanka dla dorosłych. Kolorowanki zwariowały świat, i ja nie mogłam się im oprzeć, choć jeszcze chwilę temu sceptycznie na to patrzyłam. Jeszcze tylko muszę wejść w posiadanie kredek i będzie się  bawiło, o!
  • Dziewczyna z pociągu” Paula Hawkins to podobno bestseller, tak przynajmniej mówią Internety. Z racji, że lubię te klimaty mam nadzieję, że się nie zawiodę. Czytał już ktoś? 
  • „Stuhrmówka. Maciej Stuhr w rozmowie z Beatą Nowicką”  Tytuł książki mówi sam za siebie. Maciej Stuhr. Stuhrmówka. Wywiad rzeka z osobą, której nie da się nie lubić. Uwielbiam felietony pana Maćka, mam nadzieję, że i w książce się zakocham.
  • I na sam koniec „Mężczyźni bez kobiet” Haruki Murakamiego. Wstyd przyznać, że to nasze pierwsze spotkanie. Dotychczas o Murakamim czytałam na innych blogach, w końcu przyszła pora i na mnie. Ciekawa jestem, czy zachwycę się nim tak samo, jak inni ;) 


Stosik trochę pokaźniejszy niż w zeszłym roku; wydaje mi się nawet, że jest bardziej sprecyzowany, bo poprzednim razem (przynajmniej mam takie wrażenie) błądziłam po tych targach po omacku, chcąc kupić sobie... cokolwiek, byleby tylko nie wyjść z pustymi rękami. Teraz nie tylko spełniłam swoje zachcianki, ale również dałam się zaskoczyć czy to kolorowance czy Stuhrmówce.  Teraz nie pozostaje mi nic innego jak wzięcie się za czytanie... i, naturalnie, wyczekiwanie kolejnych, bo dwudziestych już targów. Ach! 

A co z Wami? Byliście na targach? Upolowaliście coś ciekawego? ;) 

wtorek, 20 października 2015

„Jak oddech” Małgorzata Warda

„Jak oddech” Małgorzata Warda

Ostatnio mam niebywałe szczęście do trafiania na książki, które poważnie mną wstrząsają. Myślałam, że w końcu wypożyczyłam jakąś spokojną lekturę, a tu się myliłam. Jestem chyba tym gatunkiem człowieka, który mając słabe samopoczucie zamiast sięgnąć po coś wesołego, lubi się dobić. Zagłębiam się więc w tym swoim smutku coraz głębiej, jesień mnie zajada, nie pokonuje, ale pochłania, a ja cóż… wciąż czytam!

Tym razem padło na „Jak oddech” Małgorzaty Wardy. Znów moją uwagę przykuła okładka, znów się skusiłam i znów… nie pożałowałam.

Jasmin i Staszek znają się od zawsze, podobnie jak ich mamy, które mogły na sobie polegać niezależnie od pory dnia i nocy. Momentami mogłoby się wydawać, jakoby dzieci były rodzeństwem, bo w takim duchu były wychowywane, choć nie łączyły ich żadne więzi krwi. Jednak młodych coś do siebie ciągnęło. Już wtedy wiedzieli, że nie są sobie obojętni. Wiedzieli, że w przyszłości chcą ze sobą być, że chcą razem założyć rodzinę. Wówczas byli dziećmi, jednak to, co sobie postanowili, miało szansę się spełnić – tuż po ukończeniu szkoły średniej ze sobą zamieszkali. Ta sielanka, to spełnienie marzeń nie trwa jednak długo, bo kilka dni po tym Staszek… po prostu przepada niczym kamień w wodę.

Nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy jesień tak na mnie działa, ale na samą myśl tego, co tam się w tej książce działo, mam łzy w oczach i ciarki na całym ciele. Zanim zabrałam się za pisanie dla Was, przejrzałam Internety by zobaczyć, czy ktoś ma podobne odczucia do moich. Czy kimś, tak samo jak mną ta książka wstrząsnęła na tyle, że nie jest się w stanie pozbierać. Że gapi się w okładkę i zadaje sobie pytanie: „u licha, czemu” i „dlaczego ten los jest taki parszywy”. Okazało się, że jest nas więcej. Nie da się bowiem przejść obok takich emocjo obojętnie. Nie da się udać, że jest się ponad to, że skoro mnie to nie dotyczy to nie będę się przejmował.

Historia opowiadana jest z dwóch perspektyw. Raz czytamy to, co dzieje się w chwili obecnej; gorączkowe poszukiwania, zadawanie sobie pytań „dlaczego”, niedowierzanie, smutek, rozgoryczenie. Z drugiej wracamy do przeszłości, do chwil, które ich łączyły, do dobrych chwil, dobrych i złych wspomnień, zapewnień miłości, oddania, tego, że „kiedyś” kiedyś nadejdzie. Czy jednak tego chcieli? Czy jednak tego wyczekiwali? Dlaczego w momencie, kiedy miała się zacząć ich wspólna przyszłość, wszystko pękło niczym bańka mydlana?

Serce krajało mi się nie raz i nie dwa. Oczy zachodziły łzami, a ja przerzucałam kartki jedna po drugiej licząc, że to przecież na pewno tak nie może być. Domyślam się, że gdybym czytała książkę w domowym zaciszu, z herbatą w ręku, reagowałabym o wiele gorzej. Przy ludziach, w zapełnionej sali… może i dobrze, że niejako odcięłam się od uczuć, żeby nie zwariować?

Całej tej historii towarzyszy jedna przewodnia myśl, a przynajmniej tak mi się zdaje. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Inaczej przyjmuje się informacje o czyichś zaginięciach, inaczej takie przeżywa się na własnej skórze. Grunt, by w tych sytuacjach, trudnych, smutnych i zupełnie wyrwanych z kontekstu mieć przy swoim boku kogoś, kto pomoże. Wtedy można wytrwać.

Ach, chciałabym mówić o tej książce w kółko i w kółko, by do jej przeczytania zachęcić jak najlepiej tylko potrafię. Mam nadzieję, że mi się to udało. Pierwsze spotkanie z prozą pani Wardy jak najbardziej udane. Choć niezmiernie smutne…

A w tym tygodniu krakowskie Targi Książki! Nie mogę się doczekać! Biorąc pod uwagę fakt, że dam radę być tylko w czwartek, mam zamiar wykorzystać ten czas jak najlepiej tylko potrafię. Mam upatrzonych kilka książek i mam nadzieję, że uda mi się je złowić ;)



poniedziałek, 12 października 2015

„Cichy Wielbiciel” Olga Rudnicka

„Cichy Wielbiciel” Olga Rudnicka

Jesień jest zła, okrutna, podstępna i wredna. To tak w skrócie o tym, co działo się u mnie w ciągu poprzedniego tygodnia i co było przyczyną tego, iż milczałam. A tak zupełnie na serio, znikąd dopadło mnie przeziębienie, które wyssało ze mnie (serio!) chęci do czegokolwiek. Wypełzałam rano, szłam na uczelnię, przypełzałam z powrotem, przebierałam się, robiłam herbatę i wsjo do łóżka, patrzyć na białe ściany. Podobno, tak słyszałam, to był wstęp do tego, że jak kiedyś wyląduje w wariatkowie, to już w gapieniu się na ściany będę miała doświadczenie. Niemniej – wracam!

W ogóle wydaje mi się, że jakoś to rozpoczęcie studiów, rozpoczęcie nowego semestru mnie jakoś przytłoczyło. Gdyby to chociaż był pierwszy semestr, ale u licha, toż to piąty! Rutyna dawno powinna wejść w krew, kolejne problemy i niedogadania z uczelnią nie powinny mnie dziwić i w ogóle… powinnam do tego jakoś bardziej na luzie podejść, a widzę, że jest zupełnie na odwrót. W dodatku praca licencjacka, do pisania której trwają przygotowania, to jest coś nowego, coś zupełnie obcego, choć wszyscy zapewniają, że nie ma tragedii to ilość przypisów, bibliografii i tym podobnych po prostu mnie przeraża. Nic to jednak – da się radę, co nie?

Dzisiaj jednak przychodzę z recenzją książki, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Spodobała mi się, choć nie wiem czy o tego typu książce można tak mówić. Chodzi mi o „Cichego Wielbiciela” Olgi Rudnickiej. Doprawdy nie wiedziałam, że książka, niby zwykła, może wywołać we mnie takie emocje.

Julka wiodła dotychczas dobre, spokojne życie. Miała chłopaka, dobrą pracę i kilku znajomych, z którymi spędzała wolny czas. Miała też poczucie bezpieczeństwa, które pewnego dnia ktoś postanowił nadszarpnąć. Zaczęło się od bukietu kwiatów, który został przysłany na firmowy adres. Julii to w jakiś sposób imponowało, tak samo jak jej współpracownicy, Marioli. Po jakimś czasie jednak to, co było „miłe” przerodziło się w jakąś beznadziejną farsę.

Julia miała stalkera. Stalkera, który z każdym dniem pozwalał sobie na coraz więcej, naruszając sferę bezpieczeństwa nie tylko Julii ale i jej znajomych, jej rodziny. Tak naprawdę nikt nie czuł się bezpiecznie. Julia zaczęła bać się ludzi. W każdym widziała swojego oprawcę, choć do pewnego czasu nie miała wiedzy, kim on jest.

Wiecie, skończyłam czytać książkę i po prostu trzęsłam się ze strachu. Nie wiedziałam, nie byłam świadoma, jakie to wszystko jest straszne. Inaczej czyta się o takich przypadkach w mediach, gdy kolejna ‘gwiazda’ opowiada o byciu szykanowaną, byciu obserwowaną i tym podobne. Przyznaję się – zawsze wydawało mi się to przekoloryzowane mocno. No bo pewnie na własne życzenie tak mają, skoro wiodą publiczne życia. Otóż to moje rozumowanie to błąd – tak naprawdę każdy z nas może znaleźć się w sytuacji Julii.

To moja pierwsza przygoda z Olgą Rudnicką. Od razu taka udana. Choć nie jest to temat przyjemny, choć nie jest to temat, przy którym można się śmiać – choć bohaterowie starali się trochę humoru wykrzesać – książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pokazała, że nie trzeba być sławnym, żeby mieć stalkera. Że te osoby, które to robią, maja problem ze sobą. Że to w zupełności nie jest nasza wina, że dajemy się podejść – te osoby dokładnie wiedzą, co robią. Mają wszystko zaplanowane. Mają wyidealizowaną wizję życia. Wydaje im się, że każdy do nich lgnie, że to oni mają dobre intencje, a świat się ku nim sprzeciwił.

Książka wywołała na mnie ogromne wrażenie. Przez kilka dni po przeczytaniu, przemykając się nocą do toalety wydawało mi się, że każde skrzypnięcie podłogi oznacza, że ktoś za mną idzie. A chyba właśnie takie książki powinno się cenić, takie, o których nie zapomina się wraz z przeczytaniem ostatniej kartki.

Jeszcze raz przepraszam za taką nieobecność i obiecuję poprawę ;)


poniedziałek, 5 października 2015

„Tworząc historię - wspomnienia Hillary Rodham Clinton”

„Tworząc historię - wspomnienia Hillary Rodham Clinton”

Z biografiami to jest tak, że albo nas zainteresują albo zanudzą na śmierć. Biorąc do ręki Tworząc historię miałam wielkie obawy co do tego drugiego, bowiem nie lubię porzucać książek wpół. Książka jednak tak się na mnie patrzyła, tak błagała o to, by ją przeczytać, że nie byłam w stanie odmówić.

Co więcej, autorką książki jest sama Hillary Clinton, dzięki czemu książka nabiera  intymności, między nami, czytelnikami a autorką wywiązuje się jakaś więź. Słowa płyną z jednego serca, poruszają tych, którzy to czytają, ale przede wszystkim coś ze sobą niosą. Przesłanie, historię, wiarę w to, że dzięki odrobinie pracy i poświęceniu można osiągnąć wszystko, czego w skrytości serca się pragnie.

I taka właśnie jest historia Hillary Rodham Clinton. Hillary wychowała się w prostej rodzinie metodystów. Tata prowadził zakład tekstyliów, mama była gospodynią domową pilnującą ogniska domowego. Obraz życia, jakie prowadziła przyszła pani Clinton pokazuje, że nie od razu rodzimy się zwycięzcami. Żeby coś osiągnąć – czy tego chcemy czy nie – musimy włożyć w to trochę wysiłku.

Ten jednak się opłacił. W 1975 roku Hillary Rodham poślubiła Billa Clintona. Niecałe dwadzieścia lat później, bo w styczniu roku 1993 William Clinton został wybrany czterdziestym drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze zastanawiałam się co robi Prezydent, gdy wszystkie kamery gasną, dziennikarze wsiadają do swoich aut i odjeżdżają, a BOR-owcy stają na swoich miejscach i strzegą Białego Domu.  Przecież piastowanie tego urzędu nie opiera się tylko na staniu przed kamerami, podpisywaniu super-ważnych dokumentów, prawda?

I o tym właśnie jest ta książka. Hillary Clinton z wielkim zaangażowaniem, a jednocześnie garstką poczucia humoru opowiada, jak bardzo zmieniło się ich życie. Opowiada, jak wielka jest to odpowiedzialność wiedzieć, że ktoś na ciebie zagłosował, i że wszystko jest w twoich rękach. Z miłością opowiada o swoim mężu, córce, o tym, że życie nie jest kolorowe nawet, jeśli stoi się u szczytu władzy, ale przede wszystkim mówi o tym, że jak się chce, to można wszystko.

Bo taka jest prawda, a my tego nie dostrzegamy. Wydaje się nam, że ktoś kto osiągnął więcej od nas, na pewno się z tym urodził. Niestety świat tak został skonstruowany, że nie ma niczego za darmo. Tylko wielkim wysiłkiem, zaparciem się jesteśmy w stanie… podbić świat?

Hillary Clinton pokazała, że życie prezydenta i jego rodziny nie jest usłane różami. Że mimo tej odpowiedzialności wciąż byli – i są – normalną, kochającą się rodziną, która przeżywała wzloty ale i upadki.

Może nie jest to lektura wysokich lotów, ale mogę Wam ją polecić. Dodam jeszcze, że oprócz samego aspektu rodziny w polityce i polityki w rodzinie, dowiedziałam się z niej kilku rzeczy, które przy okazji lekcji historii w szkole zupełnie mi nie mogły wejść do głowy. Za to duży plus ;) 

poniedziałek, 28 września 2015

„Chłopcy” Andrzej Saramonowicz

„Chłopcy” Andrzej Saramonowicz

Mam mieszane odczucia odnośnie tej książki, przez co prawdopodobnie nie mogę ubrać żadnej myśli w słowa.

Nie lubię, bardzo nie lubię, gdy za pisanie książki biorą się osoby, które są znane. Może to być aktor, piosenkarz, czy właśnie scenarzysta, który – dzięki swojemu nazwisku jest w stanie wydać największy… chłam, powiedzmy, a ktoś, kto ma ten talent, ma predyspozycje, ale nie ma nazwiska (/pieniędzy) może sobie tylko o wydaniu książki pomarzyć (a i to niekoniecznie). Niemniej nie chciałam się jakoś negatywnie nastawiać, więc zaczęłam czytać.

Głównym bohaterem jest czterdziestoletni neurochirurg, Jakub Solański. Mężczyzna dopiero co się rozwiódł, jednak z racji na syna utrzymuje z byłą żoną kontakt. Na okładce pisze, iż bohater przeżywa drugą młodość, ja – choć do oceniania czy osądzania naprawdę mi daleko – powiedziałabym, że bohater cierpi, cóż, na kryzys wieku średniego. Wiecie, kim to ja nie jestem, czego ja nie mogę. Um, paru rzeczy wypadałoby nie robić, jeśli ma się jedenastoletniego syna, który – dorastając – poszukuje jakiś autorytetów. Niestety Mateusz, bo tak się ten syn nazywa, ma ojca, któremu daleko do stawiania go jako przykład.

Czemu? Bo Jakub Solański oprócz tego, że jest trochę samolubny, to też lubi seks. I tak jakby trochę nie zważa na to, z kim go uprawia i na to, że to, co on robi z własnym życiem, wpływać może na życie jego syna. Otóż, pan Solański spotyka się, zalicza, matki kolegów Mateuszka. A dzieci, jak to dzieci – jeszcze w czasie dorastania – słuch mają dobry, głupie już nie są i nie wszystko im się da wmówić. Dochodzi więc do wielu nieprzyjemnych sytuacji tylko z powodu, że „Kazik powiedział, że…” ale ojciec nadal nie widzi winy w sobie. Albo przynajmniej nie przyjmuje tego do wiadomości.

Mateusz więc nie ma wzorców, którymi mógłby się kierować w życiu. Nie bez przyczyny mówi się, że jaki ojciec taki syn. Próbując się doszukać tego, o czym tak naprawdę jest ta książka, bo przecież o wielu rzeczach jest, ale o niczym sensownym, doszłam do wniosku, że nie jestem w stanie tego określić.

Tytuł „Chłopcy” skłania mnie ku temu, że mówi o płci męskiej. Jeśli tak, to wyszło dość prostacko, bo Jakub i jego przyjaciel Paweł szczycą się tym, że są po rozwodzie i mogą robić TO na prawo i lewo. Nie muszę mówić, co w wypadku, jeśli synowie obydwóch słyszą to i wydaje im się, że tatusiowie mają rację.

Nie mogę powiedzieć, że książka jest zła – kłamałabym. Nie jest też dobra, ani tym bardziej nie jest arcydziełem. Trafi się tam co mądrzejsze zdanie, jednak… Dupy nie urywa. I jeśli ktoś wpadnie, o czym ona tak naprawdę jest, to podzielcie się tym spostrzeżeniem ;)

P.S: Zupełnie nie może do mnie dojść, że już październik. Gdzie ten czas tak sobie o, minął, przeleciał?

piątek, 25 września 2015

11 problemów książkoholika

11 problemów książkoholika
Dzięki uprzejmości Caroline Livre nadchodzę do Was z tymi jedenastoma pytaniami, które tak mi się spodobały, że zechciałam na nie odpowiedzieć sama, choć nikt mnie do tego nie otagował.

Szczerze powiedziawszy ostatnimi czasy straszna u mnie czytelnicza posucha. Przeczytałam w ciągu… dwóch tygodni jedną książkę, która w dodatku średnio mi przypadła do gustu i czytałam ją raczej z przymusu, żeby ją skończyć. Rok akademicki jednak za pasem i łudzę się, że jak nagle zacznę mieć coś do roboty to i wena się znajdzie na czytanie. Pewnie wtedy, kiedy będę musiała zacząć pisać pracę licencjacką… ale to oczywiste, nie?

Nie przedłużając…




1. Masz 20 tysięcy nieprzeczytanych książek na swoich półkach. Czym kierujesz się przy wyborze tej, którą będziesz czytać w następnej kolejności?

Chciałabym mieć tyle książek! Jednak tu pojawia się główny problem – gdzieżbym ja je trzymała? Pewnie popatrzyłabym, w swoim zwyczaju, na okładkę, i jeśli poczułabym jakąś rodzącą się więź (a co!) to pewnie bym zaczęła czytać.

2. Jesteś w połowie książki, która ci się nie podoba. Odkładasz ją, czy mimo wszystko czytasz dalej?

Niestety, jestem takim człekiem, któremu jak coś się nie podoba, to nie jest w stanie tego czytać. Męczę się tylko, wzdycham i wzdycham… Nie, to nie dla mnie. Nie podoba mi się – odkładam.

3. Zbliża się koniec roku, a ty jesteś tak blisko, lecz tak daleko spełnienia swojego postanowienia odnośnie ilości przeczytanych lektur. Starasz się szybko nadrobić zaległości? Jeśli tak, to w jaki sposób.

Liczy się jakość, a nie ilość. Co z tego, że dobiegnę do tych pięćdziesięciu dwóch, skoro połowy swoich lektur pamiętać nie będę? Ile się uda, tyle się uda, i tak czy siak będzie to mój mały sukces.

4. Okładki książkowej serii, którą kochasz, nie pasują do siebie. Co robisz?

Tnę się plastikowym nożykiem :< Tak mam z trylogią Larssona – z racji, że pierwszą część pożyczyłam swojego czasu od koleżanki i po przeczytaniu oddałam, dokupiłam na własną rękę drugą i trzecią część, a pierwszą mam z gazet, rozdzieloną na dwie części w małym formacie. Nie widzę sensu w dokupywaniu nowej tylko po to, by ładnie się na półce prezentowała.

5. Wszyscy kochają książkę, za którą osobiście nie przepadasz. Z kim podzielisz się swoimi prawdziwymi uczuciami?

A po co mam się z tym kimś dzielić? ;) Nie podobają mi się „Igrzyska śmierci”, jednak szanuję każdego, kto to czyta i lubi, tego samego spodziewam się ze strony tych, którzy Zmierzchu nie lubią, bo ja lubię. To osobista sprawa każdego z nas ;)

6. Czytając książkę w miejscu publicznym, zbiera ci się na płacz. Co robisz?

Zaciskam zęby najmocniej jak się da! Choć swoją drogą, skoro jestem w stanie popłakać się na filmie w kinie przy ludziach, to czy płakanie nad książką jest jakimś obciachem?

7. Właśnie zostaje wydany dalszy ciąg książki, którą pokochałeś/aś. Okazuje się jednak, że wiele rzeczy zdążyłeś/aś już zapomnieć. Czy będziesz chciał/a przeczytać pierwszy tom jeszcze raz? Co zrobisz?

Zależy od odstępu czasu pomiędzy wydaniem kolejnej części. Jeśli niedługo – pewnie nie, jeżeli to kwestia lat, z pewnością sięgnęłabym po lekturę tej książki, by przypomnieć sobie niektóre rzeczy.

8. Nie chcesz, aby ktokolwiek pożyczał twoje książki. Co mówisz osobie, która cię o to prosi?

NIENAWIDZĘ pożyczać komuś moich książek. W obawie, że moje kochanie do mnie nie wróci, większość książek mam potraktowanych pieczątkami z tym, do kogo ona należy. Chwilowo czekam na zwrot pewnej serii książek, a matula patrzy na mnie spode łba, kiedy mam ochotę się upomnieć. Sorry.

9. W ostatnim miesiącu zbierałeś/aś się za czytanie pięciu różnych książek, ale nie udało ci się ich dokończyć. Co robisz, aby przezwyciężyć kryzys czytelniczy?

Niestety nie mam na to recepty, a chciałabym bo aktualnie u mnie czytelnicza posucha, dlatego takie tu pustki. Chyba najlepsza jest – moim zdaniem- mała przerwa, która pozwoli z powrotem do czytania zatęsknić i wtedy znów się temu oddam ;)

10. Wydanych zostaje mnóstwo nowych książek, które bardzo chcesz przeczytać. Ile z nich naprawdę kupisz?

Pewnie niewiele. Albo te, na których najbardziej mi zależy. Może zdecyduję się na ebooka, albo poczekam, aż będą tańsze. Bo nowości to chyba w bibliotece nie ma co szukać.

11. Jak długo po zakupie książki, którą bardzo chciałeś/aś przeczytać, może ona przeleżeć na twojej półce nietknięta?

Hah, najczęściej czytam ją już w drodze powrotnej do domu, chyba że aktualnie coś kończę i nie chcę psuć sobie niespodzianki z rozpoczynaniem kolejnej ;)


Myślę nad zrobieniem, zebraniem filmów/seriali/płyt idealnych na jesienne wieczory. Co Wy na to?

P.S. W końcu wgrałam na bloga Disqus, który powinien ułatwić i usprawnić komentowanie. Mam nadzieję, że nie jest to dla Was żadną przeszkodą :)

wtorek, 15 września 2015

„Ogon Kici” Ewa Nowak

„Ogon Kici” Ewa Nowak

lubimyczytac.pl


Recenzja napisana w ramach wyzwania  Poczuj miętę do czytania.










Na początku przyznać muszę, iż książka trafiła w moje łapki w idealnym momencie: kilka godzin wcześniej brakło Internetu i w zasadzie nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Do biblioteki nie miałam szans się wybrać, więc tak chodziłam od ściany do ściany, kiedy… pod domem zobaczyłam kuriera. Jak się ucieszyłam! Oczywiście od razu zaczęłam czytać i…

Życie to jest jednak przewrotne, co nie? Ania „Kicia” Sawicka przekonuje się tym na własnej skórze. Już ma jechać na obóz harcerski, który poniekąd organizuje, kiedy w splocie innych, dziwnych wydarzeń ląduje na obozie survivalowym. W zasadzie żadnych dziwnych, czy skomplikowanych. Prostych. Miłość. Zakochała się biedocinka. Niezbyt dobrze swe uczucia ulokowała, bo w koledze swojego ojca, otóż – trochę starszego. Z jednej strony  wiek nie ma znaczenia, z drugiej pewne rzeczy  po prostu nie mają miejsca bytu.

Kicia nie jest naiwna. Kicia nie jest też głupia. Kicia się zakochała. Miota nią tak wiele emocji, że sama nie wie, kim jest i jak się nazywa. Lokuje swoje uczucia nieodpowiednio, jednak ja nie wiem do końca, czy to na pewno miłość. Może fascynacja, którą każdy przynajmniej raz  w swoim życiu przeżył? Nie wiem jak Wy, ale ja miałam w gimnazjum bardzo fajnego nauczyciela od angielskiego. Mówiąc „bardzo fajnego” mam na myśli naprawdęnaprawdę bardzo fajnego. Miał piękny, brytyjski akcent choć był Polakiem, i przypominał młodego Hugh Grant’a.  Marzenie. Więc może to Kicia czuła? W pewnym momencie uczucia przysłaniają jej zdolność racjonalnego myślenia i przez całą książkę bidocinka błądzi po omacku, próbując wyjść z tego z twarzą.

Kicia była po prostu spragniona czyjejś uwagi. A że zyskała ją ze strony atrakcyjnego, dojrzałego mężczyzny – czyż możemy ją za to winić? A skąd!

„Ogon Kici” to bardzo przyjemna książka dla osób w każdym wieku. Pani Ewa Nowak tak ładnie manewruje słowem, tak idealnie wciska gdzieś w zdania bohaterów prawdy życiowe, które każdy z nas powinien sobie przyswoić, że nim się spostrzegłam, a przywitała mnie tylnia okładka. Perypetie bohaterów, poza tym, że mają odniesienie w rzeczywistości, pokazują że każdy z nas ma prawo do podejmowania błędnych decyzji. Nie tylko jesteśmy ludźmi, ale i jesteśmy ludźmi młodymi, a czy zna ktoś lepszą naukę niż tą poprzez popełnianie błędów? 


Spędziłam miłe chwile z tą książką i mam nadzieję, że jeżeli znajdzie się ktoś, kto „Ogona Kici” nie czytał, to dzięki mnie te braki nadrobi ;)


Obserwatorzy