sobota, 31 stycznia 2015

Podsumowanie stycznia

Dajecie wiarę, że minął pierwszy miesiąc roku? Ja zupełnie w to nie wierzę, serio. Dopiero co wracałam na uczelnię po długiej przerwie, a aktualnie biorę udział w biegu zwanym sesja. Ale spoczko, za mną jeden egzamin, przede mną jeszcze dwa... cóż.

Ale nie o sesji przecież będę mówić :) W styczniu udało mi się przeczytać cztery książki, z czego jestem w sumie zadowolona, biorąc pod uwagę aktywny czas na uczelni. Mam nadzieję, że w lutym, tak jak i w kolejnych miesiącach będzie tylko lepiej ;)

Od początku roku zdecydowałam się także wziąć w akcji 52 Book Challenge, i mam już na swoim koncie cztery książki - do końca roku zostało mi ich tylko 48 - mam nadzieję, że się uda :)

A o to książki i recenzje, które ukazały się na Myślach w tymże miesiącu:


W najbliższym czasie planuję napisać kilka słów o ekranizacji książki Zygmunta Miłoszewskiego "Ziarno Prawdy" i serialu, który zajął dużo miejsca w moim serduchu - "The Newsroom" :)

Pozdrawiam!

poniedziałek, 26 stycznia 2015

„Wybawiciel” Jo Nesbø

„Wybawiciel” Jo Nesbø

To już się staje nudne, gdy z każdą kolejną recenzją jakiegoś szwedzkiego kryminału zapewniam, że jest moim ulubionym. I nawet jeśli chciałabym zapewnić, że nie, tak nie jest – po cóż mam kłamać? Wiadomo, że Jo Nesbø swoim stylem pisania zauroczył mnie już na tyle, że po kolejne części przygód Harry’ego Hole’a sięgam z zamkniętymi oczami wiedząc, że i tym razem się nie zawiodę.

Żeby rozwikłać zagadkę w „Wybawicielu” Harry po raz kolejny musi stawić czoło demonom przeszłości. Czasem okazuje się, że mimo jakiegoś upływu czasu, rzeczy się nie zmieniają, a czas nie leczy ran, a tylko je pogłębia. Przekonuje się o tym na własnej skórze. Rakel odchodzi, zabierając Olega. Szef odchodzi na emeryturę, a w wyniku dążenia do odkrycia prawdy znów ginie ktoś, kto zginąć nie powinien.

Czasem okazuje się, że prawda nie jest pożądana w pewnych środowiskach. Pod ułudą kłamstwa, mydlenia oczu toczy się ‘normalne’ życie. Wystarczy jednak by jedno kłamstwo wyszło na jaw, później – zupełnie jak kostki domina – lecą kolejne. I wtedy nie da się już zatrzymać tej machiny, powiedzieć ‘stop’. Wszystko się już zaczęło dziać.

Harry Hole w pogoni za płatnym zabójcą z dawnej Jugosławii przeczesuje Armię Zbawienia, odkrywa karty, o których istnieniu nie miał pojęcia i koniec końców osiąga to, co chciał. Sprawiedliwość. Nie przychodzi mu to łatwo, zupełnie nie tak, jak tego oczekiwał. Koniec końców jednak na tyle może liczyć. Na sprawiedliwość, która dokonuje się sama. A on jest tylko widzem.

„Ale jeśli tak, to chcę, żebyś wiedziała, że nie zrobiłem tego dla twojego zbawienia, Beate.[…] Tylko dla swojego.”

Dlatego, cóż, jedyne co mogę w tym miejscu zrobić, to sięgnąć po kolejną część przygód naszego policjanta, jednak zanim to nastąpi – Bram Stoker i „Dracula” ładnie się na mnie patrzą.


wtorek, 20 stycznia 2015

„Jaskiniowiec” Jørn Lier Horst

„Jaskiniowiec” Jørn Lier Horst

Tyle, ile zastanawiałam się nad zakupem „Jaskiniowca”, tyle spędzam na napisaniu o nim. W głowie kłębi mi się wiele myśli, jednak za każdą próbą przelania ich na kartkę, popadam się w coraz większy dół. Nie mogę myśli ubrać w słowa, te, które napiszę, szybko kasuję patrząc z nienawiścią, że to nie to, czego oczekiwałam.  Zupełnie jakby „Jaskiniowiec” mi się nie podobał, co byłoby wierutnym kłamstwem, gdyż przecież bardzo mi się spodobał!

Jak na dobry kryminał przystaje, mamy dwa ciała i zarazem dwie zagadki do rozwiązania. Co z tymi „fantami” zrobić, kiedy okazuje się, że w obydwu przypadkach śmierci nastąpiły przed kilkoma miesiącami, w czasie których nikt nie zauważył braku tychże osób? Możemy starać się rozwiązać zagadkę przed śledczymi, jednak to marne zadanie. Nie uda się nam. Za każdym razem, gdy zakładałam sobie jakieś wyjście, jakąś minimalną możliwość tego, że jednak mam rację, okazywało się, że szłam jeszcze bardziej w pole.  No to odpuściłam i dałam się ponieść śledztwu prowadzonemu przez Williama Wistinga, który to wydaje się mieć fach w ręku.  Podobnie jak jego córka Line, dziennikarka, która pragnie dowiedzieć się czegoś więcej o śmierci sąsiada, jednocześnie – zupełnie nieświadomie – wplątując się w większą aferę, którą to mogła przypłacić własnym życiem.

W niektórych recenzjach na Lubimy Czytać spotkałam się z zarzutem, że akcja toczy się wolniej od ślimaka, i nie ma kosmicznych zwrotów akcji, wybuchu adrenaliny za każdym rogiem. Może to i racja, ja jednak nie odbierałabym tego jako zarzutu, a.. po prostu przyjęła godnie na klatę. Przyzwyczajeni jesteśmy chyba do kryminałów, w których ciągle pojawiają się nowe ślady, a pomysł, kto to zrobił pojawia się już na pierwszych stronach. Tutaj tego nie spotkacie. Śledczy szukają sami nie wiedzą kogo, błądzą, prześcigają się w pomysłach, domniemywaniach jednak prawda okazuje się zupełnie inna. Zadziwiająca dla mnie, czytelnika i dla śledczego, który jest w epicentrum sytuacji.

Nie zdradzając jednak przebiegu akcji, jedyne, na co mogę zwrócić uwagę to samotność, która to wlokła się za mną przez cały czas czytania „Jaskiniowca”.  Do tej pory nie mogę pojąć, jak można nie zauważyć czyjejś śmierci, jak bardzo ta osoba musi być… osamotniona, bez rodziny, bez przyjaciół, znajomych, którzy by go wsparli. I, zupełnie przez przypadek, nadal mając tą historię w głowie, okazało się, że w mojej okolicy zmarł jeden pan, który był wcześniej w sklepie i zmarł na wjazdku pod własnym domem. Jego śmierci też nikt nie zauważył, w międzyczasie trochę śniegu przysypało… i dopiero kurier, który swoim dostawczakiem chciał nawrócić natknął się na leżącego, od kilku dni nieżywego, mężczyznę.  I o ile zawsze staram się mieć jakieś wytłumaczenie dla wydarzającego się nieszczęścia, to tym razem chyba odjęło mi mowę. „Jaskiniowiec” to nie tylko dobry kryminał, który sprawia, że moje szare komórki zaczynają pracę na niemałych obrotach, ale również powieść, która skupia się na relacjach międzyludzkich, na społeczeństwie, które doprowadza do takich skrajnych sytuacji.


Z całego serca polecam ;)

wtorek, 13 stycznia 2015

„Coco i Igor” Chris Greenhalgh

„Coco i Igor” Chris Greenhalgh


Coco Chanel – któż jej nie zna? Sławne na całym świecie perfumy Chanel no 5, dzięki którym zdobyła fortunę, późniejszy dom mody, w którym zaczęła tworzyć ubrania z dżerzeju, materiale, który dotychczas kojarzony był z bielizną nocną… Czy trzeba mówić więcej?

Książka Chrisa Greenhalgh’a opowiada historię romansu Coco z Igorem Strawińskim, polskim kompozytorem zesłanym z Rosji wraz z całą swoją rodziną – żoną Katarzyną i czwórką dzieci. Romans, o istnieniu którego tylko mniemamy. 

Choć, jak sam autor zaznacza na okładce, nie ma potwierdzenia faktograficznego na istnienie listów, które przytacza na kartkach powieści, to muszę sama przyznać, że ja się wciągnęłam. Przeniosłam się do XX wiecznej Francji, świata perfum, mody, klasyki i zachowań, których teraz nie można niemal zaznać. Choroba Katarzyny, powstanie perfum Chanel no 5, czy przedstawienia, które komponował Strawiński przenoszą nas do niezwykłego świata. 

Świata, zdominowanego przez wojnę, przez pieniądze, których Chanel ma pod dostatkiem, a przede wszystkim do świata niespodziewanej miłości, takiej, która uskrzydla, a jednocześnie rani. 

Z całego serca polecam :)

sobota, 10 stycznia 2015

Liebster Blog Award ;)

Liebster Blog Award  ;)



Tak bardzo spodobały mi się pytania, które zaproponowała Booksofme World, że sama postanowiłam na nie odpowiedzieć. W sam raz przerywnik między kolejną recenzją, nad którą o dziwo, pracuję i pracuję, ale niedługo powinna się pojawić ;)

1. Dlaczego zdecydowałaś się na założenie bloga o tematyce książkowej?
Dużą rolę odegrało to, że lubię czytać i pisać. Zawsze zanim zdecydowałam się zakupić jakąś książkę, dokładnie czytałam o niej opinie. I stąd narodził się mój pomysł, że skoro inne osoby piszą o książkach, doradzają, polecają albo odradzają, to czy ja nie mogę spróbować? Pierwsze próby były daremne, dopiero od założenia Myśli-Zaczytanej wszystko idzie… tak, jakbym tego chciała :) Udało mi się bowiem połączyć dwie pasje – i pisanie i czytanie w jedno ;)

2. Czy często poprawiasz swoje wpisy, czy może pierwszy, który napiszesz od razu publikujesz?
Kieruję się zasadą, że to, co wyjdzie spod moich „palców” pierwsze, jest najlepsze. Późniejsza poprawa tego zmieniałaby ogólny zamysł, stawałoby się to – według mnie – sztywne. Idę więc za głosem serca, niekiedy poprawiając jedynie zwroty, czy literówki, które i mi się zdarzają.

3. Jak długo po przeczytaniu książki zwlekasz z napisaniem recenzji? Robisz to od razu po skończeniu książki czy musisz trochę odczekać?
Zależy. Jeśli mam czas, chęci i przede wszystkim pomysł, jak ubrać to, co siedzi mi w głowie w słowa, piszę od razu. Jeżeli nie, to przynajmniej spisuję sobie na kartce to, o czym chciałabym powiedzieć, i jak już mi coś wpadnie do głowy to piszę.

4. Ulubiona postać fikcyjna.
Severus Snape. Bezapelacyjnie. Już od pierwszej części mnie fascynował: taki trochę wycofany, zadufany. I choć większość osób wokół mnie raczej za nim nie przepadała, ja uwielbiałam te jego tłuste włosy, powłóczyste ruchy jego czarnej, tajemniczej szaty. Koniec końców okazało się, że to on był największym bohaterem, także…
 
5. Najlepsza książka, jaką do tej pory przeczytałaś.
Na pewno było ich kilka, pomijając Harry’ego jest to chyba „Gwiazd naszych wina”, która jako pierwsza książka wywołała u mnie takie emocje. Czytając miałam łzy w oczach, podobnie, gdy zobaczyłam film. Naprawdę dużo by wymieniać, więc wspomnę jeszcze o Millenium, czy książkach Miłoszewskiego.

6. Najgorsza książka, jaką do tej pory przeczytałaś.          
Najgorsza? „Powrót” Izabeli Sowy i „Zakochać się” Cecili Anhern.

7. Jaką książkę poleciłabyś innym blogerom i dlaczego akurat tę?
Trudno mi wybrać bo wiem, jak różnią się nasze gusta. Ostatnio jednak zwróciłam uwagę na kryminały Zygmunta Miłoszewskiego, więc właśnie je chciałabym polecić – Uwikłanie, Ziarno Prawdy i Gniew.

8. Czy czytasz książki po angielsku lub w innym języku?
Czytam, po angielsku. Do tej pory „The Fault in Our Stars”, „Fangirl” i „Love Letters to the Death”.Wcześniej obawiałam się, że nie dam sobie z tym rady, okazuje się jednak, że książki po angielsku w większości nie są pisane trudnym językiem.

9. Czy jest coś, czego nie lubisz w blogowaniu? Jeśli tak, co to jest?
Nie lubię i nie toleruję pisania na siłę czy pod publikę. Nie istnieje u mnie coś takiego jak „muszę napisać notkę”. Z prostej przyczyny – bo ja nie muszę a chcę. Dopóki coś jest dla mnie przyjemnością, dopóty sprawia mi frajdę.

10. Którą postacią fikcyjną chciałabyś być i dlaczego?
Chyba chciałabym być Hermioną Granger ale tylko dlatego, że przez moment, w trzeciej części „Więzień Azkabanu” miała możliwość cofania się w czasie i bycia w kilku miejscach jednocześnie.

11. Jaka książka zapoczątkowała Twoją miłość do książek?
Ha! Znów powrót do Harry’ego Pottera i do „Ani z Zielonego Wzgórza”.  Nic dodać, nic ująć, zakochałam się w tych a później samo poszło.

Do zabawy nominuję: 

Pytania: 
1. Czy Twoi znajomi wiedzą, że prowadzisz bloga? 
2. Masz jakieś przyzwyczajenia związane z czytaniem książek?
3. Masz jakiegoś ulubionego autora, dzieła którego czytasz z wypiekami na twarzy?
4. Twój ulubiony gatunek?
5. Wyobraź sobie, że masz możliwość przeniesienia się do świata z książki. Co byś wybrał/a?
6. Jeśli piszesz recenzję, wolisz robić to na kartce czy od razu wklepujesz w komputer?
7. Masz jakieś piosenki, które umilają Ci czytanie?
8. Kto zaraził Cię czytaniem?
9. Co studiujesz/zamierzasz studiować? Coś związanego z literaturą?
10. Książki są lekarstwem dla umysłu - też jesteście tego zdania?
11. Chciał/a byś kiedyś wydać swoją książkę?

Czekam na owocne odpowiedzi :)


środa, 7 stycznia 2015

„Lawendowy pokój.” Nina George

„Lawendowy pokój.” Nina George
zdjęcie mojego autorstwa

Zamknijcie swoje oczy i wyobraźcie sobie, że przenosicie się do Francji. Ale nie tej, znanej nam z wszelkich komedii romantycznych. Tym razem, oprócz niesamowitej miłości, która mrozi krew w żyłach, jest też miejsce na inną miłość – miłość do literatury. Słowa i książki są jak lekarstwa – odpowiednio dobrane mogą uleczyć duszę człowieka. Jean Perdu zaś jest książkowym farmaceutą , który, za pomocą odpowiednio dobranych pytań potrafi dostarczyć czytelnikowi tego, czego ten akurat potrzebuje. Na złamane serce, na trudny okres w pożyciu małżeńskim czy po prostu na dobry sen. Jean Perdu czerpie przyjemność z tego, że może pomóc. Że za pomocą książek, którymi się opiekuje, komuś może poprawić samopoczucie. 

„Książki uchronią panią przed głupotą. Przed fałszywą nadzieją. Przed niewłaściwymi mężczyznami. One otoczą panią miłością, ale i wiedzą. To życie wewnątrz.”

Dla siebie samego nie potrafi jednak znaleźć książki, która uleczyłaby jego rany. Wszak miłości, szczególnie tej, która trwała za krótko, nie da się wyleczyć. Nie da się wyrzucić z głowy osoby, która znaczyła dla nas tak dużo, a której nie ma u naszego boku. Pogodzenie się z czasem też nie wchodzi w grę. Od tamtej pory, gdy *** nie ma u jego boku, jego życie nie ma sensu. Jest jedynie wegetacją. Wyparcie się zdarzeń, tych, które bolą, może stać się jedynym wyjściem.

„Lawendowy pokój” przenosi nas do Francji, którą wszyscy znamy, jednak pokazuje nam ją z zupełnie innej strony. Nie znajdziesz tu, drogi czytelniku, zwrotów rodem z harlequinów. Miłość, której będziesz świadkiem, uskrzydla, a nie ocieka lukrem. Dodaje wiary, wręcz uskrzydla. 

Jean Perdu, Max, i inni bohaterowie, szczególnie ***, której imienia nie będę zdradzała, oraz inni sprawiają, że wraz z kolejnymi kartami powieści, przenoszę się w ten lepszy, bardziej wyjątkowy świat. Świat, w którym króluje literatura, w której króluje miłość i serdeczność.

Jeżeli wciąż ze mną jesteś i chcesz się wybrać na wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju rejs, mogę jedynie zaprosić i zapewnić, że czas spędzony na czytaniu „Lawendowego Pokoju” na pewno nie będzie czasem straconym.

Kolejna dobra książka w tym roku, czego chcieć więcej? :)

*książka przeczytana w ramach akcji „52 Book Challenge 2015”. Listę książek przeczytanych w ramach tejże akcji umieszczę w menu pod nagłówkiem.

niedziela, 4 stycznia 2015

„Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym.” Regina Brett

„Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym.” Regina Brett
zdjecie mojego autorstwa

Nawet w czytelnictwie są takie okresy, kiedy jakaś książka, bądź dany autor nie schodzi z tak zwanych „języków”. Wszyscy o nim mówią, wszyscy się nim zachwycają, a ty siedzisz i się zastanawiasz: czy warto? Z opinii innych, znajomych czy też nie, wnioskujesz, że tak: warto poświęcić chwilę tej książce. Czytasz. Ta historia ma dwa wyjścia. W pierwszym z nich, zakochujesz się w książce na tyle, że decydujesz się w najbliższej przyszłości sięgnąć po kolejne tej samej autorki/autora. Drugie wyjście to takie, w którym książka cię nie zachwyciła, i chyba podziękujesz. I ja te oba wyjścia rozumiem, bo nie zawsze coś, polecane przez wszystkich musi ci się spodobać. Polecam jednak by każdy, nawet ktoś, kto do tego sceptycznie podchodzi spróbował „Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym”, bo naprawdę – warto.

Nie jestem, i nigdy nie byłam fanką wszelakich poradników, po przeczytaniu których powinnam umieć „odnaleźć swoją drogę’, „znaleźć spokój ducha” czy bardzo oklepane już „żyć chwilą”. Wydawało mi się, że ludzie, którzy piszą takie książki, sami mają nie po kolei w głowie, albo najzwyczajniej w świecie chcą zarobić kasę, albo spełnić marzenie wydania książki. Bo poradniki przecież się sprzedają, każdy chce dostać receptę na to, jak szczęśliwie żyć, bez najmniejszego wkładu własnego.

 „Jesteś cudem” to zbiór inspirujących lekcji o tym, jak niewiele trzeba, by coś zmienić. To 50 felietonów, które obudzą w nas natchnienie. Choć każdy z nich jest zupełnie inną historią, zebrane w jednym tomie tworzą przewodnik pomagający dostrzec i docenić siłę zmian na lepsze – małych cudów. 

Rozpoczynając mój czytelniczy rok właśnie od tej książki, mam nadzieję, że o reszcie książek, które mi się uda w tym roku przeczytać, będę miała tak samo dobrą opinię. Bo, chcąc nie chcąc, muszę przyznać, że książka naprawdę mi się spodobała.

Nie jest to stereotypowy przewodnik/poradnik po życiu, który pokaże czytelnikowi ścieżki, które na poszczególnych etapach ma wybierać, którymi ma podążać. Wskaże te rzeczy, na które w pędzie życia nie zwracamy uwagi. Będzie trochę o pomocy tym, którzy jej potrzebują, o zdrowiu, które nadszarpujemy, a później, gdy je tracimy to nie wiemy, jak to możliwe, o tym, że w (znowu) w pędzie życia nie zwracamy uwagi na chwilę, która trwa, tylko myślimy o tym, co było albo o tym, co dopiero będzie.

Czasami, czytając miałam ochotę wyjąć notatnik i przepisać ważny cytat, ważną myśl, by mieć ją przy sobie i móc w nią spojrzeć, gdy nadejdzie taka potrzeba. Po chwili zrozumiałam jednak, że gdybym chciała to uczynić, niestety musiałabym przepisać… większość książki.

„Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym” polecam jako dobrą lekturę, dobrą mantrę na to, by w końcu otworzyć swoje oczy na ludzi, którzy nas otaczają. Otworzyć oczy na życie. Zatrzymać się w tym szaleńczym gnaniu przed siebie i zastanowić się nad tą chwilą, która właśnie trwa, a która – gdy przeminie – nie będzie taka wspaniała. Po prostu nauczmy się żyć wolniej, lepiej… A przecież to takie proste!

Rrzeczywiście otworzyło mi te oczy. Na wszystko i wszystkich. Dlatego też, z czystym sercem, mogę polecić. Naprawdę, i nawet tym, którzy podobnie do mnie podchodzili do tego typu książek sceptycznie. Warto ;)

*książka przeczytana w ramach akcji „52 Book Challenge 2015”. Listę książek przeczytanych w ramach tejże akcji umieszczę w menu pod nagłówkiem.

piątek, 2 stycznia 2015

„Pożądanie mieszka w szafie” Piotr Adamczyk

„Pożądanie mieszka w szafie” Piotr Adamczyk

Nazywa się tak samo, jak „ten polski aktor, który grał polskiego papieża. Cały naród kochał polskiego papieża, myślę, że sporo się z tego przeniosło na Piotra Adamczyka, tamtego aktora, a mnie ominęło […]”*. Aktor Adamczyk czaruje na ekranie, pisarz Adamczyk czaruje słowami, i według mnie jest to umiejętność o wiele bardziej pożądana. Bo w końcu pożądanie mieszka w szafie, prawda?

Przyznaj się ty, który za pierwszym razem myślałeś, drobny człowieku, że to chodzi o „tego” Adamczyka, i to był powód, dla którego sięgnąłeś po książkę. Nie martw się, nie jesteś sam – sama przez kilka chwil miałam takie wrażenie, jednak szybko z tego błędu zostałam wyprowadzona.

Piotr Adamczyk, bohater książki jest dziennikarzem i redaktorem naczelnym największego dziennika na Dolnym Śląsku. Prawdopodobnym jest, iż przeżywa kryzys wieku średniego; nadal poszukuje miłości swojego życia, tęskni do Marysi Jezus, która to była jego ukochaną, a której nie ma w jego życiu. Opowiada o swoim życiu, życiu samotnego człowieka, mężczyzny, tym, że nie lubi jak ktoś zagląda mu do sklepowego koszyka, a przede wszystkim całe swoje życie (a przynajmniej jego większą część) zmierza się ze sławą… cóż, ale nie ze swoją. Stawianie czoła życiu z tym właśnie imieniem i nazwiskiem staje się kłopotliwe, bo za każdym razem jego obecność jest rozczarowująca.

Czytało się bardzo przyjemnie. Naprawdę. Starając się znaleźć w tym wszystkim jakiś szkopuł… Nie potrafiłam. Lekka, przyjemna książka, pisana z męskiej perspektywy, pomagająca nam, kobietom, zajrzeć do świata mężczyzn, zobaczyć, jak postrzegają co poniektóre sprawy. Autor w ustach bohatera umieścił wiele prawd, tych, z których zdaje się sprawę, ale nie chcę się w je tak bardzo wierzyć. I tak samo, jak myśli pana Koelo krążą po Internecie, owite niezbyt dobrą sławą, to przyznam, że miałam momentami ochotę wypisać sobie kilka złotych myśli pana Adamczyka… ale czy byłby sens przepisywania całej książki? Chyba nie. Z „Pożądanie mieszka w szafie” spędziłam miłe popołudnia i miłe wieczory, więc jedyne, co w tym momencie mogę zrobić, to najzwyczajniej w świecie ją Wam, kochani czytelnicy, polecić.

Chciałam jeszcze przy okazji opowiedzieć o miłej sytuacji, która zdarzyła mi się w związku z tą książką. Kiedy ją przeczytałam, automatycznie zaznaczyłam ją na LubimyCzytać jako książkę przeczytaną, oznaczyłam gwiazdkami. Kilka dni później wchodząc na wymienioną stronę zobaczyłam, że otrzymałam wiadomość prywatną. Otóż napisał do mnie sam Piotr Adamczyk, dziękując za dobrą ocenę powieści. Przy okazji wymieniliśmy jeszcze kilka wiadomości, przez co sama książka zaczęła się mi jawić zupełnie inaczej i przyjaźniej. Jak to prosto poprawić człowiekowi humor, prawda? ;) Domyślam się, że nie każdy polski autor obserwuje poczynania swoich dzieł, dlatego tym bardziej jestem zadowolona :) 

*cytat zaczerpnięty z książki, okładka pochodzi z lubimyczytac.pl

Obserwatorzy