poniedziałek, 23 marca 2015

„Ostatnie historie” Olga Tokarczuk

„Ostatnie historie” Olga Tokarczuk
zdjęcie własne *tak bardzo ciekawe wykłady*

Trzy kobiety, babka, córka i wnuczka, spotykają na swojej drodze śmierć. Stają przed koniecznością spojrzenia na swoje życie od nowa.Każda z nich szuka dla siebie właściwego miejsca. Choć są przedstawicielkami różnych pokoleń tej samej rodziny, ich światy nie przystają do siebie."Ostatnie historie" to współczesna saga, w której na oczach bohaterów przemija ich świat.


Przed kilkoma chwilami stwierdziłam, iż wypada „Ostatnie historie” znaleźć na LubimyCzytać i dodać je do swojej wirtualnej biblioteczki, w której uporządkowuję książki przeczytane w ramach wyzwania #52BookChallenge. Wcześniej jeszcze, zaczęłam układać sobie w głowie co o tej książce powiem, bo toć to mam (wciąż) mieszane uczucia.

Wtedy jednakże weszłam na to LC, przeczytałam opis… i zdziwiłam się, bardzo, bardzo.  Wzięłam swoją książkę do rąk, obejrzałam z każdej możliwej strony, nie doszukując się nań żadnego opisu, który miałby mnie wcześniej w tym przekonaniu utwierdzić, przyznaję się z czystym sercem, że nie wiedziałam, że każda z trzech historii opowiadana jest przez matkę/babkę/wnuczkę. Ba, ja zupełnie ich ze sobą nie powiązałam, tych historii, i tak jakoś w ogóle średnio książkę jako całość, zrozumiałam.

Ale od początku. Cała książka podzielona jest na trzy części – „ Czysty Kraj”, „Parka” i „Sztukmistrz”. Wszystkie opowiadania łączy temat przewodni: śmierć .  Czy to dla Idy – śmierć matki, babki – śmierć męża , czy wnuczka – który to przeżywa śmierć sztukmistrza. Zupełnie nie pomyślałabym jednak, że ci bohaterowie są spokrewnieni, mogę zganić to jedynie na własne rozstrojenie, czy nieuważne czytanie.

Książka… Nie mogę sobie wyrobić o niej opinii, bo po części wydaje mi się, że jej nie zrozumiałam. Starałam się – wiadomo, jednak może nie jest to odpowiedni moment (dla mnie) i może koniecznym będzie sięgnięcie po nią za jakiś czas.

Olga Tokarczuk przenosi nas w świat trzech niezależnych kobiet. Które, może udają, że siebie nie potrzebują, jednak w rzeczywistości jest inaczej.  Znów stajemy się świadkami śmierci; choć temat ten jest niezwykle drażliwy, wydaje mi się, że pisarze cały czas szukają sposobu, by spojrzeć na nią z innej strony.
Książkę polecić mogę… sama kiedyś pokuszę się o ponowne przeczytanie.




środa, 11 marca 2015

„Ukrwienia” Janusz L. Wiśniewski

„Ukrwienia” Janusz L. Wiśniewski
empik.com

Nie trzeba wymyślać skomplikowanych fabuł – wystarczy słuchać, zachwycać się i wzruszać. Janusz Wiśniewski raz jeszcze przybliża nam prawdziwe historie przypadkowo napotkanych, zwykłych-niezwykłych ludzi. Ludzi, których zawsze łączy pragnienie miłości i bliskości innych. To każdy z nas – chociaż oddzielają nas mury niezrozumienia i niewiedzy – każdy nosi w sobie historię skrywającą głęboką prawdę o człowieku.


Są takie książki, które pochłania się za jednym razem. Są krótkie, chwytają za serce, a że ty, drogi książkoholiku, wiecznie cierpisz na niedobór książek we własnym życiu, nie masz wobec niej żadnych zahamowań. Takiego zahamowania nie miałam dzisiejszego dnia ja, lecąc do biblioteki po książki, książki, książki. Wczoraj bowiem doszło do czegoś strasznego: okazało się, że nie mam co czytać!! Na czytniku wszystko przeczytane, na regale pustki… No masakra! Popędziłam więc dziś (prawie) z samego rana, by te braki nadrobić i oto, co wpadło w moje spragnione łapczyska.

Książka „Ukrwienia” Janusza L. Wiśniewskiego składa się z piętnastu krótkich opowiadań, które zawładnęły moim sercem. Począwszy od „Mocnego postanowienia poprawy”, odnoszącego się do postanowień noworocznych, których i tak nigdy nie spełniamy, poprzez „Baby blues”, czyli starciem się z byciem matką kończąc na „Darii z Ukrainy”, smutnej historii kobiety, która pokładała swoje uczucia w niewłaściwych osobach.

Opowiadania to temat dosyć dla mnie sporny. Z jednej strony ich nie lubię, bo są za krótkie. Bo czytam je w ciągu jednego dnia, i nie ma tej miłosnej historii, że ja, książka, że wszędzie ją ze sobą biorę, bo siadam i czytam i jest koniec. Z drugiej zaś imponującym jest dla mnie to, że ktoś w tych kilku tysiącach znaków potrafi przekazać wszystko, co tylko się da w danej sytuacji. Że potrafi rozkochać w tym czytelnika, że potrafi wywoływać uśmiech na twarzy, czy łzy w oczach. To jest niesamowite.

„Ukrwienia” , chociaż przeczytałam je stanowczo za szybko, polecam z całego serca każdemu, kto wcześniej z Januszem L. Wiśniewskim miał do czynienia ;)


sobota, 7 marca 2015

„Zaginiony Symbol” Dan Brown

„Zaginiony Symbol” Dan Brown
w okolicznościach górskich ją pochłaniałam, pochłaniając jednocześnie i górski, zimowy klimat - stąd piękna chusta na stole, i pyszna czekolada w kubku ;)

Czytając „Inferno” słyszałam głosy, iż „Zaginiony Symbol” jest o niebo lepszy. Cóż, postanowiłam jej dać szanse, no bo skoro takie dobre opinie o niej krążą, to na pewno warto. Pominę fakt, że męczyłam ją niemal dwa tygodnie. Był czas, gdy czytałam i nie mogłam przestać, ale i czas, kiedy znudzona przesuwałam kolejne strony chcąc dobrnąć do końca.

Przywitajcie się z Robertem Langdonem, profesorem, który zawsze, zupełnie przez przypadek, znajduje się w epicentrum wszystkich ważnych wydarzeń. Tym razem Robert wyciąga pomocną dłoń ku swojemu wieloletniemu przyjacielowi, mentorowi – Peterowi Salomonowi. Cóż, przynajmniej tak mu się wydawało, kiedy wsiadał na pokład samolotu. Gdy przybył na wyznaczone miejsce okazało się, cóż, że zamiary wobec niego nie były takie znów bezinteresowne.

Przez całą książkę miałam wrażenie, jakby większość bohaterów cechowała się wielką bezmyślnością, która po prostu nieziemsko mnie denerwowała. Miałam ochotę krzyknąć nie raz i nie dwa „no weź się w garść, nie widzisz tego?!”, jednak okazywało się, że bohaterowie chyba nie mieli szansy mnie usłyszeć. A szkoda.

„Zaginiony Symbol” najzwyczajniej w świecie mi nie podszedł, co nie znaczy, że to zła książka. Wtedy musiałabym skłamać, wszak sam autor odwalił kupę dobrej roboty wymyślając intrygę za intrygą. Ja sama, by zrozumieć jakąś scenę, jakąś nowinkę historyczną (a takich było wiele) musiałam wytężyć swoje szare komórki, co jest dobre.

I o ile „Inferno” zachęciło mnie do przeczytania tej książki, tak po następną.. szybko chyba nie sięgnę ;) Przepraszam z całego serca za tak długą nieobecność, ale ponowne wtłoczenie się w uczelnianą rzeczywistość, jest, cóż... trudne ;) Ale obiecuję poprawę!

Obserwatorzy