wtorek, 28 kwietnia 2015

„Burza Słoneczna” Asa Larsson

„Burza Słoneczna” Asa Larsson
Mam słabość. Jedną, wielką, potężną. Raz za razem chowa się gdzieś, za kanapą, pod łóżkiem, nie mogę jej znaleźć. Kiedyś indziej znowu, zupełnie nieproszona, wyjawia się znikąd, napiera na mnie, atakuje, opatula swoimi ramionami i szepce do ucha „nie puszczę cię!”.  O co chodzi? O szwedzkie kryminały, o których już wielokrotnie wspominałam, iż są moją miłością. 

Asa Larsson urodziła się w Uppsali, wychowywała się jednak w Kirunie, miasteczku na północy Szwecji. Zanim została pełnoetatową pisarką, była prawniczką, zajmującą się podatkami. Zupełnie tak, jak bohaterka jej powieści, Rebeka Martinsson.

Drogi czytelniku! Wiem, że w tym momencie wyglądasz za okno, i jeśli pada u ciebie deszcz (u mnie niestety tak), myślisz sobie: u licha, wiosno, gdzież się podziewasz? Wiosna jak zwykle sobie robi z nas żarty, więc udajmy, że jesteśmy ponad to (ha-ha!). Zamknij teraz oczy, rozsiądź się wygodnie w fotelu (albo na stołku przy biurku, jeśli to jest wygodne) i pomyśl sobie, że jesteś mieszkańcem Kiruny. Przenosisz się, wraz ze mną, do świata Rebeki Martinsson. W rzeczy samej, przenosimy się tam akurat w zimie. Bo przecież jeśli kryminał szwedzki, to musi być zima, najlepiej sroga, dająca popalić. No ale okej. Chodźmy dalej. Nie, nie otwieraj oczu, tak jest najlepiej.

Rebeka Martinsson jest prawniczką, zajmującą się podatkami. Pewnego dnia dostaje telefon od swojej znajomej z Kiruny, która informuje ją o śmierci pastora Kościoła Źródła Mocy. Prawniczka rzuca więc swoje sprawy, i leci do Kiruny, by pomóc. I wtedy wszystko się zaczyna.

Stęskniłam się! Za kryminałami, rzecz jasna, za świeżą, niepoznaną dotychczas krwią, za morderstwami i tropieniem, kto to zrobił. Jednocześnie zła jestem na swoją osobę za to, że tyle zwlekałam z zapoznaniem się z książkami Asy Larsson (jeśli mogę tak odmienić). Wykreowana przez nią bohaterka, Rebeka, poświęcając się tej sprawie, odkrywa demony przeszłości, które udało jej się zakopać. Odkrywając je, jeden po drugim, musi stawiać  czoła także temu, co dzieje się w teraźniejszości.  Musi stawić czoła ludziom, którzy nic nie wiedzą, nie chcą wiedzieć, albo wiedzą, ale dobrze grają.

Najbardziej w takich kryminałach cenię sobie niepowtarzalność. Nie chcę, by cokolwiek mi się z czymś „kojarzyło”, zawsze liczę na twórczą inwencję, pomysł, zdolność ubrania myśli w słowa. Ubóstwiam też bohaterów, którzy są nietuzinkowi, których nie da się określić jednym słowem: o, ona jest dobra, albo ona jest zła. Kiedy te wszystkie elementy zbierze się w jedno, może powstać albo coś dobrego, albo coś kompletnie beznadziejnego.

Asa Larsson „Burzą słoneczną” mnie zachwyciła. Tematyką, słowem, każdą kolejną literką, która śmigała mi przed oczami. Zachwyciła mnie dobrze wykreowaną Rebeką jak i pozostałymi bohaterami, którzy wpasowali się w klimat zimowej Kiruny idealnie, zachwyciła tak bardzo, że już od razu sięgam po drugą część.

Książka wkracza na temat wiary. Nie w typowy, polski sposób (bo przecież w Polsce nie można mieć w tym wypadku swojego zdania), ale w dość specyficzny. Kościół Źródła Mocy, jego pastorzy i wierni stanowią zamkniętą (poniekąd) społeczność i w takich warunkach praca takiej osoby jak Rebeka, jest utrudniona, jednak nasza bohaterka dała sobie radę.

Jeśli chcesz wiedzieć, Drogi Czytelniku, kto zabił pastora Kościoła Źródła Mocy (a wiem, że ciekawość powoli zżera cię od środka!), nie pozostaje nic innego jak sięgnąć po „Burzę Słoneczną”. A później, rzecz jasna, podzielić się ze mną swoimi odczuciami.

A teraz spokojnie otwórz oczy i pomyśl… było warto odbyć taką podroż?

sobota, 25 kwietnia 2015

Pierwsze urodziny!

Pierwsze urodziny!
Rok temu zakładając bloga, nie myślałam, że uda mi się ‘wytrzymać’ rok. Mój słomiany zapał kończył się gdzieś po miesiącu, no, może dwóch kiedy albo mi się nic nie chciało, albo zapominałam, albo nie miałam czasu. Rok temu miałam myśl, gdzieś się w głowie kołatającą, że może tym razem, może tym razem się uda. Jak widać, jestem tu, jesteście Wy, więc jakoś chyba idzie!

W ciągu tego roku poznałam wiele ludzi, którzy mają tak samo zakręcone w głowie od książek, jak ja. Jest to niezwykle miłe uczucie, bo zawsze wydawało mi się, że tu w moim otoczeniu tylko ja jestem takim szaleńcem, który potrafi czytać książkę do czwartej w nocy wiedząc, że następnego dnia ma się coś do roboty. Cóż, skoro jest nas więcej na tym ziemskim padole,  mam nadzieję, że magia czytania nie zniknie nigdy.

Prawdę mówiąc, notkę miałam opublikować w Światowy Dzień Książki, znowuż jednak pomyślałam, że dwa dni mnie nie zbawią, a uda mi się wszystko za jednym razem połączyć. Wraz z nadejściem tego święta (o którym zapomniałam na śmierć i dopiero wpisy na facebooku mnie oświeciły) pomyślałam sobie o podsumowaniu tego, co lubię i cenię w książkach - za co je kocham, itp, itd. Temat maglowany przez wszystkich i wszędzie... ale czemuż nie zrobić sobie tej przyjemności raz jeszcze?

Za co więc cenię książki?  Za zapach - okej, nie patrzcie się tak na mnie, książki wspaniale pachną! Czy te świeże i dopiero co kupione, czy te przytachane z biblioteki, które gościły w niejednym domu i w niejednych dłoniach spędzały godziny. Każda książka przyniesiona z biblioteki ma swoją historię - jedną osobę doprowadziła do łez, kogoś innego do śmiechu. 



Za to, że łączą ludzi. Nie ma nic wspanialszego od tego, gdy w czasie rozmowy z jakąś osobą wychodzi na jaw, że ona też ją czytała, podobnie jak ty się w niej zakochała i co więcej - nie może pogodzić się z takim zakończeniem. W takich momentach nawet z osobą, z którą nie ma się zbyt dobrego kontaktu, można nawiązać nić porozumienia i kto wie, czy nie wyjdzie z tego coś więcej? ;) 

Za to, że dzięki nim poznałam wielu wspaniałych bohaterów, odwiedziłam wiele wspaniałych miejsc i przede wszystkim wyszkoliłam się w roli detektywa. Z każdym kolejnym przeczytanym kryminałem wydaje mi się, że tym razem poradziłabym sobie sama z rozwikłaniem zagadki (śmiech na sali), jednak oczywiście okazuje się, że bardzo się myliłam. 

Za to, że wywołują we mnie skrajne uczucia: potrafię na tyle zżyć się z bohaterem, że gdy coś nie dzieje się po jego myśli, jestem zdenerwowana i chodzę po domu sfrustrowana. Czasem też żałuję, że bohaterowie mnie nie słyszą, jak drę się w myślach: no nieróbże tego, no opanuj się, bo o wiele by im to niektóre sprawy ułatwiło! 


Jednak czasem ich nie lubię. Najbardziej wtedy, kiedy ukazują wyidealizowanych mężczyzn, którzy po świecie nie chodzą (a jeśli chodzą, to nie po Krakowie), a człowiek tak się nastawi, tak się w tym bohaterze zakocha, że po prostu szkoda gadać. Ja wiem, że już się na to powinnam uodpornić, no ale naprawdę! Tak być nie powinno. Nawet czarni bohaterowie, ci źli, ci niedobrzy, mają coś takiego w sobie, że chętnie by się z nim kilka słów zamieniło. W towarzystwie innych, rzecz jasna, żeby nie doszło do niemiłych incydentów. włącza mi się myślenie detektywa, stanowczo za dużo kryminałów w moim życiu, stanowczo. 

Nie lubię ich też za to, że czasem za bardzo przeżywam. Że gdy książka skończy się nie tak, jak miała, jak ktoś umrze, jak komuś coś się nie uda, to przechodzę wewnętrzną żałobę narodową i mam ochotę napisać litanię do danego autora, jakże on śmiał zrobić takiego psikusa. Czyż ty człowieku serca nie masz? Do swoich bohaterów i nas, drogich czytelników?

A no, najgorszym jest jednak to, że te książki się kończą. W danym momencie historia się kończy i już nie ma nic. Są domniemywania, domyślania.. I jest ta potworna tęsknota, że to już nie wróci. Pierwszy raz, pierwsze czytanie - to se ne vrati. 

Jednak, chcąc nie chcąc, jestem bibliofilem i dobrze mi z tym. 

A Wam? ;) 

/ to co, mam nadzieję, że zobaczymy się tu za rok, co nie? :) 

obrazki pochodzą z weheartit.com








wtorek, 14 kwietnia 2015

„Milion Małych Kawałków” James Frey

„Milion Małych Kawałków” James Frey

lubimyczytac.
James budzi się na pokładzie samolotu z wybitymi zębami, złamanym nosem i rozciętym policzkiem. Nie wie, dokąd leci ani co się z nim działo przez ostatnie dwa tygodnie. Ma dwadzieścia trzy lata, od dziesięciu lat jest uzależniony od alkoholu, a od trzech – od narkotyków. Kiedy zgłasza się na odwyk do najstarszego ośrodka w Stanach, chlubiącego się rekordowo wysoką skutecznością siedemnastu procent wyleczonych, lekarze nie wiedzą, jakim cudem wciąż żyje.

Szczerze, to nie miałam pojęcia, że „Milion małych kawałków” niesie ze sobą tyle kontrowersji. Z czystej ciekawości wpisałam w Google ‘James Frey’ i pokazało mi się mnóstwo informacji odnośnie twórczości tego pana, ale i właśnie książki, o której dziś chcę kilka słów powiedzieć.

„Milion małych kawałków” to swojego rodzaju autobiografia autora Jamesa Freya, który podobnie jak bohater książki, uzależniony od alkoholu i innych używek przeszedł odwyk, co jakoś zainspirowało go do podzielenia się tym z czytelnikami. Jak sam pisze we wstępie książki „… w trakcie pisania książki ubarwiłem wiele szczegółów swoich doświadczeń i zmieniłem inne, aby, jak mi się wydawało, zrealizować nadrzędne przesłanie książki.”  Wiadomo, literatura rządzi się własnymi prawami, musi ‘zachwycać’, musi ‘łapać za serce’ a przede wszystkim musi zainteresować tak, by potencjalny czytelnik w daną opowiadaną historię wsiąkł. 

Temat uzależnień jest szeroki i głęboki, przemierzenie go chociaż w najmniejszym stopniu wydaje mi się niesamowicie trudnym zadaniem, dlatego nie będę tego robiła. Każdy z nas coś o tym wie: człowiek może uzależnić się od wszystkiego: od kawy, od papierosów, od telefonu, internetu… Ze wszystkich stron grzmią nagłówki mówiące, jak to wszystko jest dla nas krzywdzące. Niebezpieczne. Że nam zagraża. O alkoholu nikt nic nie mówi. O narkotykach też nie. Tu  się milczy. Bo to niewygodne.  Wstydliwe. Bo pokazuje człowieka, człowieka, który upada, któremu wydaje się, że niżej upaść już nie może. O takich rzeczach się nie mówi. Gani się, potępia, ale nie pomaga.

moje

„Milion małych kawałków” pokazuje bohaterów, którzy mają problem. Ze sobą. Ze swoim nałogiem. Który to nałóg wyniszcza – nie tylko ich samych, bo powiedzmy, to jeszcze można znieść. Gorzej, kiedy nałóg ten wyniszcza bliskich, gorzej, gdy przez wódkę, inny alkohol, narkotyki, własną głupotę, traci się tych bliskich, bo później, w czasie rekonwalescencji, to oni dają siłę do tego, by walczyć. By każdego dnia budzić się, i wiedzieć, że jest o co walczyć. Że jest ktoś, tam,  po drugiej stronie, komu na nas zależy. Od razu łatwiej.


James Frey trafia do Ośrodka Odwykowego w momencie, kiedy gorzej już być nie może. Pobity, z wybitymi zębami, uzależniony od alkoholu, od narkotyków.  W stanie proszącym o litość. Jest zupełnie bezradny. Jednocześnie ma w sobie pokłady nienawiści, nienawiści do samego siebie, do ludzi, do rodziny: do każdego. Jest nienawiścią. Chodzącą nienawiścią. Nie może sobie ze sobą poradzić, dlatego jego bliscy (rodzice, brat) postanawiają mu pomóc. 

Jak sobie z tym poradzić? Jak spróbować ułożyć życie od nowa, kiedy to takie trudne? Kiedy każda komórka naszego ciała domaga się dopingu. Domaga się kolejnego łyka alkoholu, kolejnej dawki narkotyków, która „pomaga”, a później dławi, dusi, zabija. Kiedy wydaje się, że wszystko sprzeniewierza się przeciw nam. Kiedy najchętniej rzucilibyśmy wszystko w cholerę, cały odwyk, wszystko to, co nam się do tej pory udało osiągnąć. 

Boję się swojego snu, boje się ranka, boję się tego miejsca i Ludzi tutaj, boję się życia bez narkotyków i alkoholu, boję się samego siebie, boję się radzenia sobie ze sobą, boję się następnego dnia, robię w portki ze strachu, tracę zmysły ze strachu. Boję się i jestem sam i jest wcześnie rano i nikt się jeszcze nie obudził. 

Wszechogarniający strach obezwładnia James’a. Jak sobie z tym radzić? Jak się podnieść, raz a skutecznie? James, poznając ludzi „podobnych do siebie” zaczyna powoli iść przed siebie. Choć się buntuje, choć momentami ‘wie lepiej’, choć czasami ‘chce to rzucić i iść się upić’ walczy. Bo walka jest jedynym, co może go ocalić.

Zaczynam płakać. Łzy lecą mi po twarzy i wydobywa się ze mnie cichy szloch. Nie wiem, co robię, i nie wiem, dlaczego tu jestem, i nie wiem, jak sprawy mogły się tak posypać. Próbuję znaleźć odpowiedzi, ale ich nie ma. Jestem zbyt rozjebany na odpowiedzi. Jestem zbyt rozjebany na cokolwiek. Łzy płyną  szybciej i szlocham głośniej i kulę się na zimnych kafelkach podłogi i obejmuję się. Obejmuję się i wyję i jest rano i jestem gdzieś w Minnesocie i od pięciu dni nie piłem i nie wiem, co się ze mną kurwa dzieje.  ~Milion Małych Kawałków, str. 66-67

„Milion Małych Kawałków” opowiada o tym, jak żyć. O przyjaźni, która może pomóc. O rodzicach, którzy myślą, że znają swoje dzieci, a jest zupełnie inaczej. O miłości, która uskrzydla. O bólu, niesamowitej samotności, która nie daje żyć, o strachu, o walce. Przede wszystkim o walce. O walce z samym sobą (to najcięższy rodzaj walki) i o walce ze światem, by ten nie skreślał tych, którym idzie w życiu gorzej.

A przede wszystkim opowiada o każdym z nas. O tym, że tyle razy ile upadamy, tyle razy się podnosimy. 

Po raz kolejny brakuje mi słów by powiedzieć, jak bardzo książka mi się podobała. Egzemplarz, który czytałam, był wypożyczony, jednak  coraz bardziej skłaniam się ku kupieniu sobie tej książki, by mieć ją dla siebie, by móc czytać ją kiedy tylko zechcę, ba, by przeczytać ja sobie raz jeszcze i popodkreślać te momenty, te cytaty, które najbardziej zapadły mi w pamięć. 

Obok niektórych książek nie da się przejść obojętnie. Byłabym zaszczycona, jeżeli udałoby mi się Was zachęcić do przeczytania „Miliona małych kawałków”, bo naprawdę, naprawdę, warto…

James Frey jakiś czas później wydał książkę „Mój przyjaciel Leonard”, która to jest kontynuacją „Miliona Małych Kawałków”. Mam nadzieję, że będzie równie dobra jak ta. 

sobota, 11 kwietnia 2015

„Ostatnie rozdanie” Wiesław Myśliwski

„Ostatnie rozdanie” Wiesław Myśliwski
Niektóre książki czyta się szybko; pochłania się je w tempie natychmiastowym, nie zauważając tego, jak przemijają. Jest początek, w środku nic i nadchodzi koniec i nadchodzi on zawsze zupełnie niespodziewanie. W przypadku „Ostatniego rozdania”, które to czytałam ponad dwa tygodnie, tekst, spisany na kartach powieści się po prostu spija. Delikatnie, niby nieśmiale, trochę szalenie, trochę spokojnie. Przede wszystkim powoli i z czcią, bo wie się, że zaraz się skończy i nie będzie już do czego wracać.

Wstyd przyznać, ale „Ostatnie rozdanie” zauważyłam na facebook’u na pewnej stronie z cytatami, które warto znać. Tak mnie zauroczyły, że postanowiłam książkę wziąć w swoje ramiona, zaopiekować się nią… I oczywiście, nie żałuję.

Wszystko zaczyna się od notesu, dość opasłego, w którym to Myśliwski przechowuje adresy i numery telefonów osób, które spotkał w swoim życiu. „Ostatnie rozdanie” opowiada o życiu prawdziwym, o sukcesach, które się zdarzają, o smutkach i tragediach, które jakoś nas formują. O popełnianiu błędów, i o uczeniu się na nich. O tym, jaką rolę w naszym życiu odgrywają ludzie nawet, jeśli po kilkudziesięciu latach niezupełnie potrafimy te osoby nazwać imieniem i nazwiskiem. O tym, że wszystko ma swoje dobre i złe strony, o miłości, tej spełnionej i niekoniecznie udanej, o samotności, że człowiek może z nią żyć, albo może starać się jej unikać…

… tak naprawdę o wszystkim, o czym możemy tylko pomyśleć.

Młodość nie jest tak pociągająca, jak się panu może wydaje. Młodość to zmarnowany czas. Zmarnowany na złudzenia. Jakby życie ofiarowując nam młodość, zadrwiło z nas, aby tym dotkliwiej nas potem doświadczyć.

Jak pisałam wyżej, nieśmiało pochłaniając kolejne stronnice miałam uczucie, że wchodzę w ten świat coraz bardziej, coraz chętniej, coraz bardziej ‘z głową’, a kiedy wydawało mi się, że wsiąknęłam na dobre, ujrzałam tylną okładkę.

Jestem jak najbardziej ‘na tak’. Po tym niebywałym sukcesie „Ostatniego rozdania” sięgam po „Traktat o łuskaniu fasoli”, o którym to słyszałam jeszcze lepsze opinie. A Wy mieliście już okazję spotkać się z twórczością Myśliwskiego? ;)

Obserwatorzy