sobota, 23 maja 2015

„Psy gończe” Jørn Lier Horst

„Psy gończe” Jørn Lier Horst

Pamiętacie Jørna Liera Horsta, autora „Jaskiniowca”, która to książka wywarła na mnie w styczniu ogromne wrażenie? Jeśli nie, wystarczy kliknąć tu, by przenieść się do tamtej recenzji. Tych jednak, którzy z Jaskiniowcem się już zapoznali, chciałam zapewnić, że kolejna część przygód Williama Wistinga jest równie dobra, co poprzednia – ba, powiedziałabym może, że nawet i lepsza. Ale od początku.

Jørn Lier Horst, urodzony w 1970 roku to norweski pisarz i dramaturg. Oprócz pisania kryminałów, pracuje dla Teater Ibsen. W przeszłości szef wydziału śledczego Okręgu Policji Vesfold. Studiował między innymi filozofię, psychologię i kryminologię, wobec czego dobrze zna się na tym, o czym pisze. Zadebiutował w 2004 roku powieścią „Nøkkelvitnet” („Świadek koronny”). Stworzył cykl powieści kryminalnych, w których głównym bohaterem jest William Wisting. Ponadto, od dwóch lat ukazują się jego powieści kryminalne w serii CLUE, dla młodszych czytelników. 

Biorąc w ręce „Psy gończe” bałam się zawodu. „Jaskiniowiec” był fajny, nakręciłam się na kolejną część, wyczekiwałam jej, a kiedy w końcu ją mam, to okaże się, że nie spełnia moich oczekiwań, i moja wyidealizowana wizja pryśnie niczym bańka mydlana. Jednak po kilku minutach czytania stwierdziłam, iż… 
… moja intuicja mnie nie zawiodła. Podskórnie czułam, że „to będzie dobre!” , i tak właśnie jest. Tak, to ja się mogę zawsze mylić! 

W „Psach gończych” nasz bohater i wybitny śledczy William Wistig zostaje podejrzany o  fabrykowania dowodów w sprawie brutalnego zabójstwa sprzed niemal dwudziestu lat. Pozycja Wistiga zmienia się diametralnie – dotąd oskarżający, sam staje się oskarżony. Jego córka, Line, którą tak samo mieliśmy przyjemność poznać w „Jaskiniowcu”, dziennikarka gazety „VG” ostrzega ojca przed burzą medialną, jaka wybuchnie po ukazaniu się oskarżającego artykułu. Główny bohater się jednak nie poddaje. Choć nie czuje się winny, będzie chciał swoją niewinność udowodnić. Line przyjdzie mu z pomocą. We dwoje będą przedzierać się przez miliony dokumentów, papierów, które powstawały w czasie tamtego śledztwa, a które mogą wnieść coś nowego do tej sprawy. Oczywiście, w międzyczasie dochodzi do innego zabójstwa, w które Line się wplątuje, przez co niejednokrotnie wpada w tarapaty. Ale czy to jeszcze kogoś dziwi?

Książka wywołuje wiele emocji. Na początku byłam zażenowana sytuacją, że jak to tak, dlaczego Wistig zostaje oskarżony? Z jakiej, u licha, racji? Później dopingowałam go, krzepiąco krzycząc: „walcz o swoje, nie daj się!” przez co współlokatorka mieszkająca za ścianą myślała, że już mam nie po kolei w głowie. (Cóż, może to i prawda?), aż w końcu – by nie zdradzić końcówki – biłam brawo, że dzielnie sobie z tym poradził.



Jestem wyjadaczem kryminałów. Ci z Was, którzy mnie tu od jakiegoś czasu śledzą, pewnie zdążyli to zauważyć. Wszyscy wokół mnie dziwią się jednak, i patrzą na mnie wielkimi oczami, kiedy przyznaję, że „tak, uwielbiam kryminały”, a nie romanse. To zdziwienie w ich oczach, kiedy patrzą na taką drobną kobietkę i słyszą, że lubi jak przelewa się krew! Magia!

Jørn Lier Horst i tym razem mnie nie zawiódł. Biorąc pod uwagę jego doświadczenie w kryminalistyce, nie mam się do czego przyczepić. Każdy element śledztwa jest jasno wytłumaczony, a cofanie się w czasie idealnie wplątane w to, co dzieje się w teraźniejszości.  Dialogi, których obawiam się zawsze najbardziej, są idealne. Nie sztywne, jak to miałam czasem przyjemność spotkać się w innych kryminałach, kiedy autor bardziej skupiał się na akcji a nie na tym, jak tą akcję przedstawić.  Kreacje głównych bohaterów, wątki psychologiczne, rozmyślania nad życiem – wszystko łączy się ze sobą tak perfekcyjnie, że wydaje mi się, iż Williama i Linę znam lepiej, niż oni znają siebie nawzajem. Co, z innej strony, może być trochę psychiczne, bo to tak jakbym siedziała im w głowach. Jestem zua, do szpiku kości. 

Jak zwykle sama od pierwszych stron bawiłam się w śledczego, niejako konkurowałam z Wistigiem. Chociaż raz chciałam być tą lepszą, tą, która ej!, mimo braku doświadczenia w kryminalistyce, da radę przechytrzyć całą rzeszę śledczych. Nie udało mi się. Jestem tym faktem niezwykle zasmucona. Tak samo jak tym, iż kiedy postanowiłam, że nie pójdę spać, dopóki nie poznam  tego, kto wplątał naszego Williama w to gówno, nie wiedziałam że na drugi dzień będę miała taki problem ze wstaniem.

Oczywiście – warto było. Warto było później wstać, warto było zarwać nockę i przede wszystkim – warto było podjąć się przeczytania „Psów gończych”. Bo książka naprawdę pieści moje kryminalistyczne zmysły, dlatego też z całego serca mogę ją polecić. Nie zwlekajcie tak, jak ja, tylko łapcie ją w swoje rączki. ;) 

Książka otrzymana dzięki uprzejmości wydawnictwa Smak Słowa. 


poniedziałek, 18 maja 2015

„Tak trudno być mną” Dagmara Półtorak

„Tak trudno być mną” Dagmara Półtorak

Kończąc szkołę średnią żyłam w przekonaniu (dość fantastycznym), że to już koniec z książkami, które będę musiała czytać (albo i nie) pod presją. Serio, o ile czytać ubóstwiam, to jeżeli ktoś mnie do tego zmusza, ktoś albo coś, to jestem tym faktem niezwykle zbulwersowana. W ostatnich dniach musiałam siąść do napisania pracy na zajęciach o książce, która niezbyt przypadła mi do gustu. Och, jaka ja jestem dyplomatyczna. Wysyłając ją dzisiaj (pracę, nie książkę, ta niestety wciąż pomieszkiwuje na moim regale) poczułam chwilową ulgę, która zmotywowała mnie do napisania kilku słów o „Tak trudno być mną” Dagmary Półtorak. 

Jeszcze wczoraj, kończąc swoją pracę pisałam o tym, że książki dzielą się na te, które zmuszają nas do myślenia oraz te, których głównym zadaniem jest zapewnienie nam mile spędzonego czasu. Często w Internecie spotykam się z komentarzami, iż jakaś książka jest „zwykła”, „nic nie wnosząca”, „bez sensu” i „nie warto jej czytać bo nie niesie ze sobą żadnego przesłania”. Pukam się wtedy w czoło i myślę sobie, dlaczego ludzie tak mówią. Dlaczego utarło się w naszym życiu stwierdzenie, że jeżeli czytać książki, to tylko te „mondre”? Ja wiem, każdy z nas, czytelników, dąży do tego by być mądrzejszym. By poznawać coraz to innych autorów, którzy swoim pisaniem zmieniają nasze widzenie świata, jednak czy to nie jest męczące? Czy nie warto czasem wrzucić na luz, wziąć do ręki książkę, która nie wymaga od nas nie wiadomo jakiego wysiłku, a dzięki niej się trochę pośmiejemy? Moja odpowiedź brzmi – pewnie, że warto! 

„Tak trudno być mną” opowiada o dosyć szalonej rodzince, w której główne skrzypce gra… no właśnie, kto? Dwudziestodwuletnia główna bohaterka, czy jej nienormalna rodzina, ze Smarkiem w roli głównej, Matką, która czasem wpada na dziwne pomysły, Włodzimierzem, który czasem wydaje się być ponadto, czy może z Michałem, który… no właśnie. Nie mogę jednoznacznie stwierdzić, kto rządzi tym wszystkim, skoro jednak narratorką jest studentka, przyjmijmy takie rozwiązanie.

Książka jest z gatunku tych lekkich. Przeczytałam ją w kilka dni, zapewne gdybym nie musiała wylewać siódmych potów nad wordem, z pewnością poszłoby mi to szybciej. Spodobała mi się nie tylko ze względu na śmieszne dialogi albo język, jakim posługiwali się bohaterowie, ale dlatego, że niejako utożsamiłam się z nimi, a właściwie z nią – ze studentką, która ma rąbniętą rodzinę i ten ciężar – chcąc nie chcąc – musi na swoich barkach nosić. Jedno jest pewne; nudy nie ma. Smark, młodszy brat i syn Włodzimierza (wszak ten jest ojczymem bohaterki) nie pozwoli, by rodzina chociaż przez chwilę się nudziła, czego Matka nie może już wytrzymać. Hmm.. może nie ona jedna? Bohaterka podejmuje walkę z systemem a właściwie z rodziną, której ma potąd. Nic to jednak, bo przecież rodzina, niczym bumerang, wraca.

W zdenerwowaniu zapalamy lampkę, oczekując dantejskich scen. W zamian znajdujemy Matkę leżącą na łóżku, w papilotach i maseczce na twarzy, chrapiącą na całe gardło. Łup, łup, łup dobywa się z gardzieli. Smark proponuje pobicie Matki miotłą; Tata i Włodzimierz protestują – chcą użyć tłuczka. Jako kobieta muszę zgłosić sprzeciw. Każę im przynieść elektryczny nóż. str. 75

Historia opowiedziana przez panią Dagmarę Półtorak jest przyjemną lekturą na letnie wieczory spędzone na tarasie. Może niczego nie uczy, nie niesie przesłania (chyba, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach), ale jest po prostu przyjemna. Przy okazji można się trochę pośmiać: z pomysłowości Smarka, zbiegów okoliczności czy zwykłego pecha, jaki bohaterkę spotyka. W sumie dlatego się z nią utożsamiam, bo ja każdego dnia sobie zdaję sprawę z tego, że naprawdę trudno być mną. Nie polecam – potykam się o własne nogi, czasem myślenie jest mi zupełnie obce, czasem zastanawiam się, czy w ogóle posiadam coś takiego jak mózg… Wiecie, jest ciekawie. Cieszę się wiec, że w końcu ktoś ukazał bohaterkę nieidealną, której do tego „ideału” brakuje wiele, a jednak w sobie się nie załamuje tylko leci dalej. 

Szału nie ma, tragedii również, dlatego książkę, jako niezobowiązującą lekturę, polecić z całego serca mogę ;)

piątek, 15 maja 2015

„Krew, która nasiąkła” Asa Larsson

„Krew, która nasiąkła” Asa Larsson
Stęskniliście się za Rebeką Martinsson? Tak? Chcecie znać jej losy po drastycznym zakończeniu „Burzy słonecznej”? To dobrze, że tu jesteście. Nadchodzę dziś z „Krwią, która nasiąkła”, ciągiem dalszym losów naszej nieustraszonej pani prawnik, która jak zwykle znajduje się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Zupełnie przypadkowo, rzecz jasna, ale tak to już w tych kryminałach bywa.

W Jukkasjärvi dochodzi do tragicznego zabójstwa. „Celem” okazuje się pani pastor, dosyć znienawidzona przez męską część tamtejszego społeczeństwa. Z każdym kolejnym dniem śledztwa okazuje się, że chętnych, by pozbyć się Mildred było wielu. Tylko kto naprawdę mógł to zrobić? Kto miałby tyle odwagi? Poszlaki mówią niewiele – nie ma odcisków palców, nie ma świadków, którzy mogliby coś powiedzieć. 

Åsa Larsson i tym razem nas nie oszczędza. Kiedy brałam tą książkę do ręki, zastanawiałam się, czy uda się mnie, wyjadacza kryminałów, jeszcze czymś zadziwić. W końcu niejedno się już czytało, niejedno morderstwo się śledziło. Otóż, i tym razem udało się mnie zaskoczyć. Wartka akcja, skreślanie kolejnych podejrzanych i przy okazji odkrywanie coraz to nowych przewinień sprawia, że nie ma sposobu by się, mówiąc kolokwialnie, „zanudzić”.  Bohaterowie, których znamy z poprzedniej części jak i ci, którzy dopiero się pojawiają nie tracą rezonu - nadal dociekliwi, nadal pragnący sprawiedliwości. Obawiałam się, że pani Larsson osiądzie na laurach, jednak jestem niezwykle zadowolona, iż tak się nie stało.

Samo zakończenie wbiło mnie w osłupienie; mówiąc szczerze obstawiałam wszystkich, tylko nie tego, kto to zrobił. Żal mi było równocześnie Rebeki, która niefortunnie znalazła się w centrum wydarzeń, bo naprawdę nie zdążyła jeszcze dojść do siebie a tu proszę. 

Jak widać, znalazłam kolejną szwedzką faworytkę, której karierę i wydawane powieści będę śledzić zachłannie. Podobnie jak „Burzę słoneczną”, „Krew, która nasiąkła” mogę polecić z całego serducha. Bo jeśli raz przeczyta się książkę pani Åsy, nie można ot tak przestać. 

środa, 13 maja 2015

Stosikowo

Stosikowo

Miała dziś pojawić się recenzja, która, napisana, spoczywa na dysku mojego komputera. Pomyślałam jednak, że może czas zrobić mały odpoczynek od kryminałów, bo ileż można? (Okej, to było pytanie retoryczne, bo można i to dużo i długo – wiem na swoim przykładzie). 

Dzisiaj nadchodzę więc z wczorajszym stosikiem, który to przywlekłam z biblioteki. Nieco inny, niż zamierzałam, chciałam dorwać trzecią część przygód o Rebece Martinsson, ale oczywiście jej nie było na stanie. Może się doczekam J

W moje łapki wpadły jednak „Zbliżenia” Janusza L. Wiśniewskiego („Intymna Teoria Względności, „Ukrwienia”) , które zauroczyły mnie swoją okładką i pewnie zauroczą mnie swoją zawartością. Po drodze zebrałam „samotni.pl” Barbary Kosmowskiej, która  to ponoć książka jest  bardziej dla młodzieży, może jednak spróbuję. I jako wisienka na torcie, „Tak trudno być mną” autorstwa Dagmary Półtorak. Czyli książka o mnie, bo często zadaję sobie właśnie takie pytanie: jak to być mną?

Domyślacie się pewnie, że ciężko? Czasem wydaje mi się, że dzień bez zrobienia sobie krzywdy jest dniem niemożliwym, bo a to spadam z krzesła, potykam się o własne nogi, albo prawie wpadam pod rozpędzony tramwaj/samochód, niepotrzebne skreślić. Książka zapowiada się na bardzo ciekawą, więc nie mogę się doczekać, aż się za nią wezmę.

Chwilowo też czekam na pewną przesyłkę, która – mam nadzieję – dotrze do mnie w tym tygodniu, więc wiecie, siedzę jak na szpilkach i wypatruję listonosza ;)


A Wy macie obecnie jakieś książki, na które czyhacie, a one jakoś nie wpadają w Wasze dłonie? ;)

Obserwatorzy