niedziela, 28 czerwca 2015

„Angielskie lato” Małgorzata Mroczkowska

„Angielskie lato” Małgorzata Mroczkowska

Jestem zaniepokojona swoim zachowaniem. Od czterech dni pełnoprawnie mam wakacje (ach te ostatnie egzaminy, które przyprawiają nas o zawał serca!), i jakoś nadal tego nie czuję. Pogoda beznadziejna, z jednej strony w miarę ciepło, ale znowuż pochmurno jakoś i tak szaro-buro, nic się ciekawego nie dzieje i… Dlaczego zawsze tak się wyczekuje tych wakacji, a kiedy w końcu nadchodzą, to w głowie czarna dziura odnośnie tego, co by można robić? Mam nadzieję, że w końcu się ogarnę, napiszę to, co chciałabym napisać i przeczytam to wszystko, co czekało na moją uwagę ;)

Tym razem nie będzie o kryminale. Tak. Dobrze czytacie. Sama jestem niesamowicie zaskoczona. Jednak gdy przeczytałam kilka słów o „Angielskim lecie” stwierdziłam, że to może odpowiednia pora by zafundować sobie takąż przerwę. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, iż nie żałuję. Serio.

Anna od ponad dwudziestu lat mieszka w Londynie u boku swojego męża, Waltera. Wiodą, zdawałoby się, szczęśliwe życie. Można powiedzieć, że są dla siebie stworzeni. Pewnego dnia kobieta odbiera jednak telefon z Polski, od swojej dawnej znajomej. Ta zaś szuka pracy dla swojego syna, który dopiero co ukończył liceum i chciałby sobie zarobić. Anna zatrudnia chłopaka do pomocy przy remontowaniu starego domu, który należał do rodziny Waltera.

Anna zastanawiała się dlaczego nasza pamięć w tak okrutny sposób okazuje swoje przywiązanie do chwil, o których wolelibyśmy zapomnieć.

Lato, wakacje… Czujecie to? Człowiek czeka na ten okres już od początku września, odlicza dni, skreśla kolejne dni w kalendarzu, robi plany, spodziewa się czegoś… A zawsze wychodzi, jak wychodzi. Tak, to prawda. Dlaczego jednak poruszam ten temat?

„Angielskie lato” jest bowiem historią idealnie wpasowującą się w wakacyjny klimat. Jest trochę o tym, że warto sięgnąć w głąb siebie, zdecydować się, kogo chcemy uszczęśliwiać, siebie, czy kogoś innego (nawet, jeśli nam na nim zależy). Opowiada o uczuciach, o miłości, o różnych jej odcieniach. O tym, że nawet po wielu latach można kogoś darzyć tak samo mocnym uczuciem, jak kiedyś. O tym, że czasem ta miłość jest, a czasem pojawia się znikąd. O tym, że życie jest nieprzewidywalne, że los nigdy nas nie słucha, ale przede wszystkim o tym, że życie, jakie by nie było, jest wspaniałe.  Jest podróżą, jest przezywaniem każdego dnia tak, jakby miał być tym ostatnim (choć patetycznie to brzmi), i cieszeniem się z tego, co przynosi. Nawet, jeśli się tego nie spodziewaliśmy (a może przede wszystkim?).

Czy można się nie dać uwieść pokusie, gdy o życiu wie się tyle, co o własnej kieszeni, czyli że jest i że wyjmie się z niej tyle, ile się do niej włożyło?

Przy tym wszystkim „Angielskie lato” wcale nie jest napisane patetycznym językiem. Nie ma przecukrzonego języka, wydumanych dialogów, czy rzeczy, które w normalnym życiu się nie wydarzają. Wszystko jest idealnie wyważone – nadzieja, miłość, lato, piękna pogoda, morze i ta wyjątkowa osoba przy boku.


Jestem na siebie zła, że tak się swojego czasu uparłam na te kryminały, tylko dlatego, że raz czy dwa się sparzyłam czytając jakąś obyczajówkę. Czas poszerzać swoje horyzonty, więc jeśli udało mi się kogokolwiek z Was zachęcić do przeczytania „Angielskiego lata” będzie mi niezwykle milo ;)

wtorek, 23 czerwca 2015

„Morderstwo to nic trudnego” , „Tajemnice Siedmiu Zegarów” Agata Christie

„Morderstwo to nic trudnego”  , „Tajemnice Siedmiu Zegarów” Agata Christie
Oznaki końca sesji widać na kilometr.  Skończyłam w końcu „Morderstwo to nic trudnego” Agaty Christie i  przeczytałam „Tajemnicę Siedmiu Zegarów” tej samej autorki. Obie książki patrzyły się na mnie złowrogo od dobrych dwóch tygodni, ale po kilkugodzinnym gapieniu się w notatki, czytać szczerze powiedziawszy mi się nie chciało.  Ale jestem, dotrwałam do tego momentu, o którym marzyłam od początku semestru… I cóż, książki zgrane na czytniku czekają, więc można w końcu oddać się słodkiemu lenistwu ;)
Tymczasem.

„Morderstwo to nic trudnego”


Luke Fitzwilliam wybiera się do Londynu. W pociągu ma (nie)przyjemność poznać starszą panią, która z racji, iż lubi sobie poplotkować, wdaje się z nim w  rozmowę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, a sam bohater z pewnością kilka dni później zapomniałby o całej sytuacji, gdyby nie pewien szczegół. Starsza pani oznajmiła mu, iż wybiera się do Scotland Yard by złożyć doniesienie o zamierzonym morderstwie. Chwilę później rozstają się, a młody mężczyzna zyskuję szansę na to, by o wszystkim zapomnieć. Nie na długo. Jakiś czas później Luke dowiaduje się o śmierci kobiety, a zaraz potem o śmierci osoby, którą staruszka wymieniła jako następną ofiarę przebiegłego mordercy.

Luke nie może usiedzieć na miejscu. Zastanawia się, jak to możliwe, że staruszka wiedziała, kto umrze następny. A może właśnie dlatego zginęła, że rozgryzła, kim jest zabójca? Nic to. Nasz bohater jest przecież dociekliwy, więc z pewnością coś wymyśli. Na efekty długo czekać nie trzeba. Gdy pojawia się na miejscu, robi ‘wywiad’, spisuje na kartce potencjalnych zabójców, a następnie każdego dokładnie prześwietla.

W czasie śledztwa, jakie na własną kieszeń prowadzi Luke, na jaw wychodzi wiele ciekawych faktów. Powiązania między bohaterami w książkach Agaty Christie jednakowo mnie zaskakują – wszystko, dosłownie wszystko dopracowane jest do ostatniej kropki. Wszystko się ze sobą łączy, wszystko z siebie wynika. Autorka od pierwszej do ostatniej strony (a jest ich zaledwie dwieście trzydzieści) sprawia, że bawię się w detektywa. Jak zwykle błądzę po omacku i jak zwykle biję gromkie brawa dla pani Christie ciesząc się, że wciąż przede mną tak wiele książek jej autorstwa do przeczytania.

Rozwiązanie zagadki oczywiście mnie zdziwiło, zabijał (bo w międzyczasie okazało się, że nie o jedno zabójstwo chodzi) ktoś, kogo bym zupełnie o to nie podejrzewała, a jeszcze w „międzyczasie” wybuchł gorący romans. Czy mogę chcieć czegoś więcej? ;)

„Tajemnice Siedmiu Zegarów”


Elegancki Jimmy Thesiger wraz ze swoją śliczną przyjaciółką postanawiają rozwikłać ponurą tajemnicę siedmiu zegarów tykających złowieszczo w pokoju samobójcy i ostatnich słów umierającego przyjaciela.
Trop wiedzie do jednego z klubów w Soho, gdzie siedmiu zamaskowanych konspiratorów spotyka się z nocami, by planować następne morderstwa...

Jak zwykle zaczyna się zupełnie niewinnie. Jimmy Thesiger spóźnia się na śniadanie („W końcu kto słyszał, żeby podawać śniadanie punktualnie o dziewiątej trzydzieści? I to mają być wywczasy w uroczej wiejskiej rezydencji?” str. 5).  Śpioch? Niewychowany jakiś? Niee! Są gorsi od niego. Taki Wade na przykład śpi do jedenastej trzydzieści, i to od niego wszystko się zaczyna. Kolejny dzień, kiedy zaspał. Służba zdążyła posprzątać po śniadaniu, towarzystwo zdążyło zacząć „zbijać” bąki nad jeziorem, a ten nadal śpi. Znajomi, jak to na dobrych znajomych przystało (nawet w tamtych czasach) chcieli wymyślić mu porządną pobudkę. Stwierdzili jednak zgodnie, że kubeł zimnej wody byłby ciosem poniżej pasa – wymyślą coś lepszego. W tym celu jadą i kupują osiem zegarów, które nastawiają co jakiś czas po sobie, by następnego dnia Wade wstał bez problemu. Nadchodzi następny ranek, raban budzików budzi połowę hotelu, lecz nie Wade’a. Co się dzieje?

Zaczyna się zabawa. Gonienie za przestępcą, za zagadką siedmiu zegarów i za ostatnimi słowami umierającego. Co to wszystko ma ze sobą wspólnego? Jimmy i jego śliczna przyjaciółka starają się rozwikłać zagadkę, ale jeżeli chcecie dowiedzieć się, co się stało, musicie sięgnąć i po tą powieść pani Christie, bo na pewno Wam się spodoba. Bohaterowie – idealni. Cała fabuła idealnie sklejona w jedno, wątki bohaterów, wszystko jest idealnie na swoim miejscu.

Agata Christie powiedziała kiedyś, że najbardziej nie lubi zmywać naczyń, dosyć to prozaiczne i nudne zajęcie, podczas którego wymyśliła większość swoich książek. Skoro mycie garów budziło w niej takie pokazy weny, może i ja powinnam zacząć wyręczać zmywarkę?

Obie książki serdecznie polecam, jeżeli nie mieliście jeszcze z nimi styczności ;))

sobota, 20 czerwca 2015

„Godziny” Michael Cunningham

„Godziny” Michael Cunningham

Książki do mnie mówią. A dokładniej okładki książek. Patrzą na mnie bezczelnie i krzyczą „dlaczego mnie jeszcze nie przeczytałaś?!” albo „weź mnie, i czytaj i się zachwycaj!”. Wobec tego biorę takie ‘cuda’, mniejsze czy większe do ręki i się, co jasne, zachwycam. Również – czasem bardziej a i czasem mniej.

Godziny Michael Cunningham’a splatają losy dwóch kobiet żyjących w różnych okresach XX wieku  - Laury Brown i Clarissy Vaughan. Ponadto w to wszystko wplątane są wątki z życia Virginii Woolf, osoby, którą dzięki tej książce zaczęłam się bardziej interesować. Książka została nagrodzona nagrodą Pulitzera w roku 1999.

Jest to pierwsza książka tego autora, która wpadła w me łapki, jestem jednak skłonna pokusić się o stwierdzenie, iż Michael Cunningham jest mistrzem pisanego słowa. Każda linijka, każda kolejna strona wprawiała mnie w zadumanie. Chłonęłam każde słowo niemalże z czcią, z taką samą przewracając kolejne strony. Których, jak to zwykle w takich wypadkach, za szybko ubywało.

Dzięki Niemu zainteresowałam się postacią Virginii Woolf, odkrywając w jaki sposób odebrała sobie życie. Niezbyt to pomysłowe – napchać kamieni w ubranie i utopić się w rzece, postawiłabym, w przypadku tak wybitnej osoby, na coś ‘mądrzejszego’, jeżeli o odbieraniu sobie życia można mówić w takich kategoriach.

Bohaterkami są dwie kobiety – Laura Brown żyjąca na początku XX wieku, przeżywająca w swoim życiu trudne chwile, posiadająca męża, i drugie dziecko w drodze, oraz Clarissa Vaughan, żyjąca w końcówce XX wieku, której „problemy” były już nieco inne. Córka, Przyjaciel przez wielkie „P”, zalążki niespełnionej miłości, choć bycie szczęśliwym u boku kogoś innego doprowadziły do takiego rozwoju wypadków, a nie innego. Gdzieś w tym wszystkim wstawki z końcówki życia Virginii Woolf – tego, jak nie radziła sobie ze swoją ‘chorobą’ , tego, z jaką perfekcją podchodziła do pisania swoich dzieł, a przede wszystkim – z jaką miłością, mimo fatalnego końca, podchodziła do życia własnego i innych.

Nie jest to może „ciężka” literatura, jednak warta przeczytania. Chociażby nawet i po to, by móc pozachwycać się postacią Virginii, albo chłonąć piękne słowa napisane przez autora. Niby niewiele, a jednak tak dużo ;)



środa, 17 czerwca 2015

„Umarli tańczą” Piotr Głuchowski

„Umarli tańczą” Piotr Głuchowski




















27 grudnia 1984 roku w Toruniu zaczyna się proces morderców ks. Jerzego Popiełuszki. W lasach wokół miasta zabijane są kolejne ofiary. Nieuchwytny sprawca katuje mężczyzn, odcina piersi kobietom i na „koniec” odprawia makabryczny rytuał.

Niemal 30 lat później, na biurko dziennikarza „Głosu Torunia”, Roberta Pruskiego trafia list, którego autorka prosi o pomoc w poszukiwaniu grobu  jej zamordowanych przed lat rodziców. Bo dokumenty, oczywiście w „magiczny” sposób albo zginęły, albo po prostu zostały zniszczone. 

Jestem. Wracam. Żyję .Wybaczcie, sesja pożera człowieka. Jednak mam już za sobą najgorszy egzamin w tym semestrze, więc prawie na legalu, wracam! Tak bardzo czekałam na ten moment, by „być już po”, bo egzaminy ustne naprawdę mnie stresują! Ale nie o tym.

Jest mi głupio, że po raz kolejny nie doceniłam należycie polskich autorów. Kiedy szukam jakiś książek sensacyjnych albo kryminalnych, automatycznie wkraczam na rynek amerykański albo szwedzki, zapominając o polskim podwórku. Które na to „zapominanie” nie zasługuje, tego jestem pewna po przeczytaniu „Umarli tańczą”.

Robert Pruski jest dziennikarzyną w „Głosie Torunia. Dorosłe dziecko chodzące  w koszulkach AC/DC, alkoholik (który nie pije), palacz (papieros za papierosem) i w dodatku jeszcze po rozwodzie. Czyżby kroił się nam portret idealnego śledczego?

LubimyCzytać podaje, iż jest to książka sensacyjna, a ja mam wątpliwości. Bo to trochę też kryminał, ze zwrotami akcji które mnie szokowały, z romansem, niby przypadkowym, z którego wyjdzie może coś więcej, a w końcu z wartką akcją, która – jak pisałam wyżej – może na początku nie była ‘szalona’ , ale później przybrała na sile.

Akcja osadzona w Toruniu pokazuje miasto z innej strony. Bardziej… może nie mrocznej, ale ludzkiej. Takiej, z której losy zwykłego człowieka nie są wydumane, ale po prostu normalne. Skazane na porażki, niekiedy na wygrane.  

Najbardziej jednak spodobało mi się to, iż Piotr Głuchowski sam jest dziennikarzem. Dlatego też mogę przynajmniej mieć nadzieję, że postać Roberta i jego pracy jest mniej-więcej rzeczywista choć wiadomo, że książka rządzi się swoimi prawami. Inną sprawą jest to, że samej marzy mi się bycie dziennikarką, z podwójnymi wypiekami na twarzy śledziłam więc losy bohaterów.

Autor zręcznie przeskakiwał między latami osiemdziesiątymi, a między tym, co dzieje się teraz. Takie przeskoki dają nam, czytelnikom, większą szansę by zrozumieć to, co działo się przed wieloma laty i co ma wpływ na teraźniejsze wydarzenia. 

Książkę mogę polecić każdemu, kto lubuje się w takim gatunku. Przede wszystkim akcja. Dużo się dzieje. Momentami mniej, momentami więcej, ale jednak. Jest gruba [książka]. Lubię grube książki, bo wiem, że jak się wczytam, wczuję to ona nie skończy się niespodziewanie. [Choć nawet przy nie wiadomo jakiej ilości stron okazuje się, że ‘koniec’ następuje za wcześnie, ale to już inna sprawa.]


Jeżeli więc nie mieliście styczności z książkami Piotra Głuchowskiego – najwyższa pora to zmienić. 

niedziela, 7 czerwca 2015

Social Media Book TAG

Social Media Book TAG

bannerek zapożyczony stąd 


Obrałam super taktykę. Jeśli wena, wredota jedna, chowa się przede mną, i za żadne skarby świata nie da się przekupić, by z powrotem wrócić do współpracy, wyszperałam gdzieś w czeluściach Internetu, a dokładnie TU, Social Media Book Tag, który mnie zauroczył. W związku z czym stwierdziłam, że hej!, nic nie stoi na przeszkodzie by się zabawić! Nawet to, że powinnam siedzieć i uczyć się do sesji, a nie zabawiać się w Internetach. Ale ciiii.

Twitter Twoja ulubiona książka niemająca 200 stron.

Na początku pomyślałam, oczywiście o „Małym Księciu”. Jednak, ileż można trwać w tym samym? Ruszyłam więc swoje szanowne litery by sprawdzić, czy książka, która chodzi mi po głowie mieści się w przedziale stron. Typuję więc  „Szczęście w Cichą Noc” Anny Ficner-Ogonowskiej. Piękna, krzepiąca serca książka, która zamieszkała w moim sercu na dobre.

Facebook Książka, którą czytał każdy i poczułeś/aś presję, by ją przeczytać



Pomyślałam o „Trafnym Wyborze” J.K. Rowling. Presja wynikała z tego, że byłam ciekawa jak idzie Autorce pisanie „normalnych” książek. Nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam, bo książka jest… dobra, tyle, że chyba wolę Rowling w bardziej magicznym wydaniu ;)

TumblrKsiążka, którą czytałeś/aś zanim stała się popularna.

Mogę tak chyba powiedzieć o kryminałach z Teodorem Szackim w roli głównej. Wszystkie te książki przeczytałam zanim jeszcze film trafił do kin (swoją drogą, nieźle musiałam się naczekać), bo to właśnie wtedy rozpoczął się wielki BOOOM na Zygmunta Miłoszewskiego. Tutaj kilka słów o Ziarnie Prawdy, tutaj o Gniewie

MySpace Książka, którą lubiłeś/aś będąc dzieckiem, a teraz niekoniecznie by ci się podobała

Domyślam się, iż mogłabym tak powiedzieć o większości młodzieżowych książek, które dane mi było czytać, będąc smarkaczem. Nie mówię, że były one głupie, czy coś – jednak gusta się zmieniają i z pewnością teraz nie pałałabym do nich zbyt wielką miłością. Darzę je sentymentem ;)

Instagram  Książka, która ma najpiękniejszą okładkę.

Mam wielki dylemat! Czy to „Księgarenka w Big Stone Gap” autorstwa Wendy Welch z przepięknym stosem książek i filiżanką herbaty, czy „Jeden Dzień” Davida Nichollsa, okładka przypominająca obklejoną kopertę. Niech więc będzie, że te obie okładki podobają mi się z mojego zbioru najbardziej.

klikając w obrazek przeniesiesz się do mojej recenzji.

Youtube  Książka, której chciałbyś zobaczyć ekranizację

„Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego, bezapelacyjnie! Jednak tylko wtedy, kiedy główną rolę zgodzi się odegrać Robert Więckiewicz, który jak dla mnie jest idealnym odzwierciedleniem Szackiego. Nie tylko z wyglądu, bo to w sumie najmniej się liczy (jednak jak szedł w tym płaszczu czarnym, to moje serce aż chciało wyjść na zewnątrz), ale wydaje mi się, że na czas kręcenia zdjęć on po prostu stał się Szackim. I za to wielki szacun. (Moim marzeniem byłoby również, gdyby za ten film ‘wziął’ się Borys Lankosz bo wiem, że wtedy nie czekałby nas zawód).

Goodreads Książka, którą poleciłbyś wszystkim.

Czy zabrzmię tandetnie, jeśli powiem że „Gwiazd naszych wina”? Książka może i przeznaczona dla młodzieży, wydaje mi się jednak, że każdy powinien ją przeczytać choćby raz. Bo my, ludzie zdrowi, powinniśmy się nauczyć takiej pokory do życia, jaką to mają bohaterowie tej książki. Kto jeszcze „Gwiazd naszych wina” nie miał w swoich łapkach, powinien to nadrobić ;)  

Do zabawy nominuję każdego, kto chciałby się zabawić :) 

Obserwatorzy