wtorek, 28 lipca 2015

TOP 10: ULUBIONE SERIALE

TOP 10: ULUBIONE SERIALE
TOP 10: ULUBIONE SERIALE

Serialomaniacy, jesteście ze mną? Jesteście? Na pewno? Nie chowacie się gdzieś po kątach? Oby! Dzisiaj bowiem nadciągam z Top 10, które przez większość czasu podglądałam u Kreatywy, a teraz postanowiłam, że może sama spróbuję. Zaczynam od seriali z prostej przyczyny. Są wakacje, w związku z czym gospodarujemy większą (chociażby minimalnie) ilością czasu wolnego, który możemy poświęcić na gapienie się w ekran komputera. Bo przecież trzeba być na bieżąco z ulubionymi bohaterami, prawda? ;)

Sama jestem typowym serialoholikiem, który (według współlokatorki) napierdziela seriale dniem i nocą, przez co (podobno) nie mam czasu na życie. Podejrzewam, że te plotki są prawdziwe. Nic jednak nie poradzę na to, że za bardzo żyję życiami bohaterów, przez co zapominam o swoim XD

Najbardziej lubię oglądać seriale sezonami, bo oczekiwanie na kolejne odcinki jest męczące. Przecież odcinek zawsze kończy się tak, że serduszko podpowiada „oboshe, co będzie dalej?!”, a tu bum – czekaj człowieku cały tydzień. To jednak wymaga zupełnego odizolowania się od danego serialu… co, powiedzmy sobie szczerze, w dobie Internetu jest niesamowicie trudne. Z każdej strony bowiem atakują nas spoilery, nawet, jeśli świadomie ich unikamy. Jeśli więc nie mam możliwości oglądania ‘zbiorowo’, oglądam tydzień po tygodniu, aż w końcu robię sobie maraton i od nowa oglądam, by wszystkie braki i luki w wiedzy wypełnić.

Kolejność  seriali starałam się poprzeć czasem i kolejnością, według której je oglądałam. Mniej-więcej mi się udało, bo moja pamięć jednak płata mi figle. 

1.  Desperate Housewifes / Gotowe na wszystko




Pierwszy serial, w którego oglądanie wkręciłam się tak bardzo mocno. Zżyłam się z bohaterami, którzy wiedli normalne, szare życia, okraszone przygodami, wielkimi tragediami, bohaterami, na których (jak czasem miałam wrażenie) los po prostu się uwziął i rzucał im kłody pod nogi, a oni – zupełnie naturalnie – brali się w garść i nigdy się nie poddawali. Chyba tego się nauczyłam – walczyć z każdą przeciwnością losu nawet wtedy, gdyby wszyscy mieli mnie wyśmiać. Warto – i walczyć, i obejrzeć ten serial, choć od jego zakończenia minęło kilka dobrych lat.

2. Grey’s Anatomy / Chirurdzy 



Tym serialem zaraził mnie Tata. Choć przedmiotów ścisłych jest ze mnie wieczna noga, tak serial pokochałam. Pewnie dlatego, że bohaterowie na początku swej lekarskiej przygody byli głupi, mieli zbyt wielkie ego, a życie samo ich utemperował.Choć nie raz i nie dwa było mi ich żal, choć nie raz i nie dwa miałam ochotę rzucić serial w cholerę (nawet i ostatnio), bo mnie wszystko denerwowało i wkurzało i było ponad moje siły, Chirurgów nadal kocham pełnią serca. Nawet, jeśli wszystko idzie nie tak, jakbym tego chciała. Kocham ten serial jeszcze ze względu na narrację, na słowa bohaterów, które chce się spisać na kartce, i mieć je przy sobie, kiedy najdzie taka potrzeba. Tu chwała reżyserom i scenarzystom, że w to wszystko potrafili wplątać i to.

3. Brothers&Sisters / Bracia i siostry



Kolejny ulubiony serial.  Los Angeles i siedmioosobowa rodzina. Pięcioro dorosłych dzieci, dwoje rodziców i tajemnicza kobieta, która pojawia się znikąd i sieje spustoszenie. Ciepły, rodzinny serial przekazujący wiele wartości: począwszy od miłości do drugiej osoby, akceptacji człowieka takim, jakim jest naprawdę, dążeniu do celu nawet, jeśli los podrzuca pod nogi kłody, a wszyscy śmieją się z naszych wyborów. O tym, że rodzina jest najważniejsza, a rodzeństwo zawsze stanie za nami murem. Też minęło kilka lat od zakończenia, a ja nadal uwielbiam.




Tutaj odnośnik do notki, którą poświęciłam serialowi. 




Serialowy majstersztyk ostatnich lat. Kolejny hit stacji HBO, która to [stacja] idzie jak burza. Kevin Spacey jako niezrównany Francis Underwood, który mknie do celu po trupach (wielu, wielu trupach), idealnie dopasowana muzyka, ujęcia, fabuła… Mogłabym wymieniać godzinami. I choć nie jestem fanką polityki, szczerze mnie to nie interesuje, tak serial po prostu mnie rozkochał. Przy okazji premiery trzeciego sezonu okazało się, że jestem… cóż, ciapą, jakby ktoś nie wiedział. Wzruszona i przekonana, że odcinki pojawiają się co tydzień, obejrzałam tylko dwa pierwsze. Zaś na uczelni, koleżanka wiedząca, że wyczekiwałam na tą premierę jak na nic innego ostatnimi czasy, spytała mi się, „co myślę o trzecim sezonie”. Ja – nie wiem o co jej chodzi, patrzę na nią jak na wariatkę (odwdzięczyła się), i odpowiadam zgodnie z prawdą, że „eee, dopiero dwa odcinki były, nie wyrobiłam sobie jeszcze opinii”. Cóż. Wszyscy wokół wybuchli śmiechem. Brawo, Aleksandro, odpowiedziała, przecież HBO rzuciło wszystkie odcinki na raz. Nie wiedziałaś? Nie wiedziałam… Nawet nie wiecie, jak szybko mknęłam do mieszkania, prosto z zajęć, by nadrobić braki ;)

6. The Big Bang Theory / Teoria Wielkiego Podrywu



Leonard i Sheldon są mózgowcami. Nauki ścisłe nie mają przed nimi żadnych tajemnic; im samym zaś wydaje się czasem, że postradali wszystkie zmysły świata, co w sumie nie jest (w ich wypadku) dziwne, gdy mają do czynienia z taką Penny, która w początkowych sezonach jest karykaturalną wręcz blondynką. I początkującą aktorką, która chodzili na miliony przesłuchań, i cóż, jedyną reakcją, odpowiednią do stanu rzeczy jest: „następnym razem, Penny, na pewno pójdzie lepiej”. Choć czasem gubię się w tych ścisłych terminologiach, które dla mnie brzmią jak jeden wielki bełkot, to naprawdę uśmiałam się co niemiara, więc polecam. #teamsheldon !

7. Friends / Przyjaciele



Tu chyba zbędne jest przedstawianie, o czym jest serial, bo chyba każdy miał z nim większą czy mniejszą styczność. Sama od deski do deski obejrzałam serial zeszłej jesieni, kiedy nie miałam jak długich wieczorów spożytkować. Jestem jak najbardziej na tak – młodzi, zagubieni ludzie, śmieszne sytuacje, śmieszne dialogi, a w tle Nowy Jork. Chyba nie było bohatera, z którym choć przez chwilę nie mogłam się utożsamić. Na łopatki rozkładał mnie Joey, ilekroć wymyślał  coś durnego. Zastraszająco często. Czy to jadł wszystko, co było w lodówce, gdyż ta się zepsuła, a może próbował wmówić komuś, że ją zepsuł, by odzyskać kasę na jej naprawę. Serial o przyjaźni, o życiu, o wszystkim.

8. Chasing life / Pojedynek na życie



April Carver jest dwudziestoczteroletnią dziennikarką, można by rzec – u progu swej kariery. Kiedy wydaje jej się, że ma idealne życie – chłopaka, pracę, kochającą się rodzinę, okazuje się, że los zaplanował dla niej coś innego. Zaczyna zmagać się z chorobą, która raz po razie niweluje jej plany. Swoje dotychczasowe życie musi podporządkować chorobie, ale nie jest w tym sama – ma rodzinę, przyjaciół, którzy w tych trudnych momentach jej nie opuszczą. Choć serial dotyka smutnej „dziedziny”, wszak śmierć nigdy nie była neutralnym tematem, jest bardzo przyjemny do oglądania. Bezbłędna Italia Ricci w roli April, czy reszta obsady są wprost idealni do ról, jakie grają. Słodko-gorzki serial o tym, jak to los nie pyta nas o zdanie, tylko wkracza do naszych żyć o tak, z buta.

9. Modern family / Współczesna rodzina



Mamy tu trzy spokrewnione ze sobą rodziny, serial opowiada więc o ich codziennych perypetiach. Tym, co bardzo spodobało mi się w tym serialu to to, iż co parę scen bohaterowie zostają jakby postawieni przed kamerą i opowiadają, co zrobili źle/ co powinni zrobić inaczej w danej sytuacji. Nie wiem jak innym, ale mi bardzo podoba się taka forma kontaktu z widzem, który poczuwa z nimi jakąś więź. Bardzo spodobało mi się poczucie humoru bohaterów, czy też podejście do niektórych spraw, z którymi musieli sobie jakoś poradzić. Są rozwiezione dzieci, pyskujące, wprowadzające starszych do szału; są też ci starsi, którzy chcą być „cool”, a niestety często wychodzi zupełnie odwrotnie. Odcinki trwają coś około dwudziestu minut, więc wiecie, oglądajcie!

10. How I Met Your Mother / Jak poznałem Waszą matkę



Ileż ja się o tym serialu dobrego nasłuchałam! Ileż mi wszyscy polecali, zachęcali, w ogóle i w ogóle. A ja byłam nieugięta, powtarzając, że ‘niepotrzebny mi zupełnie nowy serial, a fuj’, bo jeszcze wtedy myślałam, że nie jestem serialoholiczką. Cóż, w porę się opamiętałam, zaczęłam oglądać… I przepadłam. Na moją korzyść było to, że serial się skończył, więc nie było żadnego niepotrzebnego czekania. Okej, raz było, ale to z własnej głupoty.  Strasznie podobała mi się więź, jaka była między bohaterami, to, ze nie mieli przed sobą nic do ukrycia, że ich problemy, z którymi się zmagali, były odpowiednie do wieku i sytuacji, w której się znajdowali. Barney ze swoimi genialnymi tekstami (‘It’s gonna be legen… *wait for it*.. dary!’), Lilypod i Marshmallow, czy w końcu Ted, tytułowy ojciec opowiadający swoim dzieciom, jak to wszystko kiedyś było i Robin, która… no właśnie. Niby była gdzieś tam z boku, a wydaje mi się, że grała niemal główne skrzypce. Nevermind. Podsumowując, serial fantastyczny. Nieco nie zgadzam się z zakończeniem, jakie nam zaserwowano, jednak jestem skłonna przyjąć to na klatę wiedząc, że pewnie taki był zamysł.

Uff, udało mi się. Na początku biadoliłam, że nie uzbieram dziesięć seriali, a gdy zaczęłam je spisywać na kartce, cóż… wpierw byłam dumna, że się zmieściłam, później okazało się, że tego mam drugie tyle, jednak się ograniczyłam.

Cóż, seriale to z jednej strony trochę marnowanie czasu, który można by poświęcić na przykład na czytanie czy pisanie, jednak ja wychodzę z założenia, że to też świetny sposób na naukę języków. Każdy z powyższych seriali oglądałam z angielskimi napisami (nie licząc Gotowych na wszystko), więc dużo nowych słów znalazło się w moim słowniku. Na początku miałam opory co do Chirurgów, ze względu na typowo lekarskie słownictwo, jednak stwierdziłam po czasie, że nawet po polsku nazwy chorób czy zabiegów niewiele mi mówią, więc chyba jestem skłonna dać sobie radę bez.


No to teraz kolej na Was, oglądaliście któryś z wymienionych przeze mnie seriali, a może polecacie coś fajniejszego? ;)   

*klikając na angielski tytuł serialu, przeniesiesz się na stronę filmweb; wszystkie obrazki zaczerpnięte z Google. 

czwartek, 23 lipca 2015

„Zaczaruj mnie” Karolina Frankowska

„Zaczaruj mnie” Karolina Frankowska
Na „Zaczaruj mnie” wpadłam jakiś czas temu; spodobała mi się okładka, stwierdziłam jednak, że „chwilowo męczę kryminały, więc może kiedyś…” , aż w końcu to kiedyś nadeszło. Książkę zamówiłam, stwierdziwszy, że to będzie idealna lektura na letnie wieczory i… to był strzał w dziesiątkę.



Główną bohaterką jest Zośka, dwudziestopięcioletnia absolwentka psychologii. Mieszka w Warszawie ze swoimi przyjaciółmi – Kaśką, która ma udaną pracę, i Bartkiem, który… no cóż, chłopak wiecznie ma pod górę, w większości na własne życzenie. Zośka ma również (czasem) niewyparzony język,  niemożebny talent wchodzenia w kłopoty, ale przede wszystkim – ma przyjaciół, co na przestrzeni całej książki jest najważniejszym mottem.

Przyjaźń i to, jak powinniśmy się wobec własnych przyjaciół zachowywać. Cała trójka przechodzi przez wiele śmiesznych, momentami tragicznych w skutkach perypetii. Kłócą się ze sobą nie raz i nie dwa, za każdym razem znajdują jednak nić porozumienia. Są dwudziestoparolatkami, którzy powoli wkraczają w dorosłe życie, i nie potrafią się w tym (momentami) odnaleźć.  Czy to poszukiwanie nowej pracy, unikanie „idealnego”, który musiał się przecież pojawić, aż w końcu uczucia, które krążą między nimi wszystkimi gdzieś w powietrzu i tylko czekają na odpowiedni moment, by się ujawnić.

To wszystko, plus odrobinka dobrego humoru, zawziętość bohaterów, skuteczne intrygi, dogadywanki, a przede wszystkim los, który założenia bohaterów ma szeroko gdzieś – to wszystko składa się na „Zaczaruj mnie”, które serdecznie polecam.

Na plus jest to, że autorką jest reżyserka "Prawa Agaty", wobec czego nie ma się co przyczepić ani do akcji, która leci przed siebie w odpowiednim tempie, ani do bohaterów, którzy są wykreowani akurat w sam raz.


Nie jest to może nic ambitnego na miarę Żulczyka, który wciąż góruje w moim sercu, sądzę jednak, że jak na letnią, niezobowiązującą lekturę, książka sprawi się wręcz bezbłędnie.  

Mam nadzieję, że o tej porze jestem już w nadmorskiej miejscowości, i że spokojnie udało się nam tam dojechać. Wzięłam ze sobą kilka książek, które mam nadzieję przeczytać - choćby nie wszystkie. Trzymajcie się gorąco! ;) 

Ps. Zdradźcie, jakie są Wasze ulubione typy książek w wakacyjną porę ;)

wtorek, 21 lipca 2015

Czasopismo "Książki" wydanie wakacyjne

Czasopismo "Książki" wydanie wakacyjne
Przywykłam do tego, że większość gazet, które spotykamy na sklepowych półkach opowiadają o „ciekawym” życiu gwiazd różnego pokroju. W większości są to zwykłe szmatławce, które nie mają żadnego przesłania, a ich głównym celem jest – jak zwykle – trzepanie kasy. Na sensacji bowiem łatwo się zarabia – wystarczy podchwytliwy tytuł, zdjęcie zrobione w odpowiedniej chwili, i krótka gadka na temat tego, że kolejnej gwieździe poprzewracało się w głowie od nadmiaru pieniędzy. Są oczywiście perełki, w których można znaleźć ciekawie przeprowadzone wywiady okraszone wyjątkowymi sesjami fotograficznymi, jednak to wciąż nie przeważa.



Tymczasem na swojej drodze spotkałam czasopismo… o książkach i jestem w siódmym niebie. Co prawda nie jest to nasze ‘pierwsze spotkanie’, bo czytałam  ją już parę razy, jednak dopiero teraz przeczytałam ją niemal od początku do końca.

W tym wakacyjnym wydaniu znajdziemy artykuł o trudzie urlopowania, i takimż samym trudnym powrocie do rzeczywistości, o potędze Coca-Coli , o tym, jaki kult niosła ze sobą w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych.  

Pojawia się też trochę gratki dla kryminałożerców – wywiad z Jørnem Lierem Horstem, tym od „Jaskiniowca” i „Psów gończych”. Rozmowa o byciu policjantem, tym, jak to wpływa na pisanie kryminałów a przede wszystkim o ludzkiej psychice. Mądry, rzetelny wywiad – Jørna polubiłam jeszcze bardziej!  Jest również wywiad z Camillą Läckberg, tą od „Pogromcy lwów” która wyszła ostatnio na polski rynek. Bardzo to przyjemna rozmowa, pokazuje, jaką Camilla jest ciepłą i miłą kobietą, choć jej książki mówią coś zupełnie innego. Jest również wzmianka o czwartej części Millenium, która ukaże się nakładem wydawnictwa Czarna Owca z dniem 27 sierpnia bieżącego roku.

Pojawia się również artykuł o Johnie Greenie, którego książki pokochały miliony ludzi. Rozczulające „Gwiazd naszych wina” czy „Papierowe miasta”, które niedługo mają swoją ekranizację. 
Jest Szczygło, Dzika Kossakówna, kanon na plażę, czyli książki, które można ze sobą wziąć na wakacje, jest wszystko to, co może nas, potencjalnych czytelników zainteresować.


Gazeta do tanich nie należy – kosztuje 9.99 polskich złotych, jednak tym razem wydaje mi się, że „Książki” – magazyn do czytania, wart jest swojej ceny. Polecam, łapcie, póki jeszcze gdzieś w kiosku dostaniecie ;) 

sobota, 18 lipca 2015

„Ślepnąc od świateł” Jakub Żulczyk

„Ślepnąc od świateł” Jakub Żulczyk

Zdarzają się czasem tacy autorzy, których może się nie zna, ale wie się o nich, że są „dobrzy”.  Tak też było w przypadku moim i Jakuba Żulczyka, o którym to nasłuchałam się tylu dobrych słów, że w końcu postanowiłam na własnej skórze przekonać się, czy rzeczywiście warto.

Głównym bohaterem jest „Jacuś”, który przyjechał do Warszawy z Olsztyna w poszukiwaniu lepszego życia. Prawie skończył ASP, i sam dokonał wyboru odnośnie tego, jak będzie jego życie wyglądało w przyszłości. Czym się zajmuje? Waży narkotyki i je sprzedaje; później zaś, gdy ktoś nie kwapi się do oddania długu, delikatnie o sobie przypomina.

Gdzieś, nie pamiętam już nawet gdzie dokładnie, natknęłam się na porównanie „Ślepnąc od świateł” do „Pokolenia Ikea”, które to prawie zaczęłam czytać, ale odradziła mi Koleżanka. Nie wiem więc, na ile to porównanie jest możliwe. Ktoś czytał obie książki i może powiedzieć na ten temat kilka słów?

By zrozumieć przesłanie książki, musimy oswoić się z myślą, że wszyscy biorą. Czy to gwiazda popularnego telewizyjnego show, gwiazda rynku muzycznego, czy zwykły doktor, prawnik czy nawet policjant. Wszyscy biorą, niezależnie od tego, ile to pochłania ich pieniędzy. Które to, oczywiście mają i jest im ich nie żal.

„Ślepnąc od świateł” uświadamia nam, że światem rządzi pieniądz. Nie jest to bynajmniej odkrycie na skalę światową, bo chyba zdajemy sobie z tego sprawę. Opatuleni żądzą pieniądza myślimy, że możemy sobie za nie wszystko kupić, począwszy właśnie od narkotyków, które mają nam pomóc w przetrwaniu kolejnego dnia, miłości, i innych rzeczy, które nas otaczają i których – jak się nam wydaje – potrzebujemy. Prawda jednak jest nieco inna: pieniądz ma potęgę, ale nie załatwi wszystkiego. Możemy być piękni, odnosić sukcesy i mieć pieniądze. Może się nam wydawać, że taki stan będzie trwał wiecznie.

Co ja mogę więcej powiedzieć, oprócz zachwytów, które są tu jak najbardziej na miejscu? Wystarczy spojrzeć na mój egzemplarz książki, z którego to wystaje multum karteczek, którymi zaznaczałam słowa, do których zechcę jeszcze wrócić. Trudno jest mi sprecyzować główne przesłanie książki, bo jest ich – na przestrzeni ponad pięciuset stron – multum. Życiowe prawdy, które spisane na kartce brzmią poważniej i realniej. Odbicie życia zwykłego chodzącego po ziemi człowieka, borykającego się z problemami. Wiele spojrzeń na ludzkie emocje – od miłości, która oszałamia, do samotności, która robi z życiem człowieka co tylko zechce.

Przy okazji książka jest skarbnicą mądrości, mądrości, które starałam zaznaczać, by móc do nich wrócić. Jest ich stanowczo za dużo, bym zacytowała tu wszystkie (tym samym sprawiłabym, że mielibyście wszystko podane na tacy!), jednak nie mogę się powstrzymać, by wypisać chociaż kilka z nich.

Ludzie uwielbiają być ranieni. Odruchowo i posłusznie idą tam, gdzie jest ból. Kojarzą go z 
bezpieczeństwem. Mylą z miłością. To nawet nie jest smutne, to banalne jak cykl dobowy i prawie wszyscy są do tego przyzwyczajeni.

Może za często do niej dzwoniłem. Może powiedziałem jej za wiele o sobie. Może popełniłem ten błąd, koszmarny błąd, przytulania się do niej w środku nocy i słuchania, jak oddycha. Może pozwoliłem sobie za bardzo przy niej odpoczywać. Może po raz pierwszy w życiu od czegoś się uzależniłem. 

Pozwala ci być obok. A nie ma lepszego miejsca, niż obok.

Chciałabym kiedykolwiek posiąść umiejętność takiego władania słowem, jaką posiada autor, Jakub Żulczyk. Chciałabym móc się nim bawić, lawirować krętymi drogami i tworzyć coś, z czego wszyscy zdają sobie sprawę, ale dopiero podane na tacy sprawia, że pukamy się w głowę i mówimy „rzeczywiście tak jest”.

Polecam najgoręcej jak potrafię. Obok takich książek nie można przejść obojętnie. Naprawdę ;)


 P.S : I jeszcze ta okładka. Po lewej stronie z papierową nakładką, po prawej bez. Tak i tak prezentuje się wręcz fenomenalnie. Co o książce sądzicie? 

poniedziałek, 6 lipca 2015

„Głębokie rany” Nele Neuhaus

„Głębokie rany” Nele Neuhaus
lubimyczytac.pl
Siedzę nad pustą kartką od kilku godzin, raz po raz czytam opis z okładki książki, a mimo to nadal nie wiem, jak wiarygodnie i rzetelnie powiedzieć (w zasadzie ‘napisać’) kilka słów o książce, która na swój sposób mnie zauroczyła ;)

„Głębokie rany” to trzecia część z cyklu o Oliverze von Bodensteinie i Pii Kirchoff jednak w Polsce została wydana jako druga (z dniem 6 czerwca 2013 roku), zaś część czwarta „Śnieżka musi umrzeć” wydana została miesiąc wcześniej, dlatego też ktoś, kto o tym wiedział, przeczytał najpierw „Śnieżkę…” później zaś „Głębokie rany” gdzie akcja cofa się o trzy lata wstecz. No ale, mogę powiedzieć że polski rynek książki nie jest mnie chyba w stanie zaskoczyć – począwszy od tłumaczeń tytułów, okładek, które wołają o pomstę do nieba, a teraz takim banalnym niedopatrzeniom związanym z ciągiem serii. 

Na szczęście jednak książka broni się sama. Wszystko zaczyna się od śmierci milionera Davida Goldberga, który został zamordowany w swoim podfrankfurckim domu. Jedna śmierć  doprowadza do dwóch kolejnych morderstw, w związku z czym „mamy” już trzy ofiary. Które, jak to się zawsze w takich książkach okazuje, są ze sobą powiązane, a mianowicie: skrywają pewną tajemnicę, która nie może ujrzeć światła dziennego. Nie powinna, znaczy się.

Pierwsze śledztwo zostaje im odebrane: ktoś bardzo się zatroszczył, by owa tajemnica nie ujrzała światła dziennego, w związku z czym policja nie może maczać w tym palców. Nieszczęśliwie jednak dochodzi do dwóch kolejnych zabójstw, które same doprowadzają śledczych do podejrzanego. A trzeba przyznać, że trochę tych przeszkód przed nimi staje, jednak oczywiste jest, iż niemiecka policja da sobie radę.

Przyznaję, na początku, z powodu natłoku bohaterów, natłoku skomplikowanych nazwisk, imion i dziwnych (wtedy) powiązań, trochę się gubiłam. Kilkukrotnie wracałam do pierwszych stron, czytałam jeszcze raz; jednak po przeczytaniu ok. pięćdziesięciu stron już się w tym wszystkim powoli odnajdowałam, aż w końcu – nim się spostrzegłam, zobaczyłam tylko tylnią okładkę.

Wszystko ze sobą współgra: jedno wydarzenie wynika z drugiego; przeszłość – niby zapomniana (bo odległa), daje o sobie znać, a śledczy (i inni bohaterowie) próbują to wszystko poukładać w całość.

Akcja w większości odwołuje się do historii, do tego, co wydarzyło się w latach 40, jeden z zamordowanych jest żydem ocalonym z Oświęcimia, dlatego też śledczy, szukając poszlak, udają się do Polski.

Książka zafascynowała mnie na tyle, iż na pewno sięgnę po „Śnieżka musi umrzeć”, jeśli tylko uda mi się na nią ‘wpaść’ w bibliotece. A Wam „Głębokie rany” najserdeczniej polecam ;-)

P.S Jak radzicie sobie z upałami? Podoba się Wam taka pogoda, czy jesteście raczej zwolennikami innych pór roku? ;) I jak mijają Wam wakacje, jeśli takowe posiadacie? ;)

czwartek, 2 lipca 2015

„Pogromca lwów Camilla Lӓckberg

„Pogromca lwów Camilla Lӓckberg
zdjęcie: empik.com

Skandynawskich kryminałów ciąg dalszy. Tym razem pod ostrzał idzie „Pogromca lwów”, czyli dziewiąta książka z serii o Fjӓllbace autorstwa Camilli Lӓckberg. Kurcze, jak zobaczyłam (dopiero na lubimyczytać!), że to już dziewiąta część z kolei o Erice i Patriku, wydałam z siebie odgłos zdziwienia. Wydawało mi się bowiem, że dopiero co zachwycałam się nad „Księżniczką z lodu”, a tu taki psikus! Czy to już aby na pewno nie starość?

Pamiętacie Erikę? Tą, która wściubia nos zawsze tam, gdzie jej nie chcą i Patrika, który jakoś z nią wytrzymuje? Tak? To dobrze!

W Fjӓllbace jak zwykle zimno. Styczeń i sroga zima nie pomagają w prowadzeniu śledztwa. Takiego śledztwa. Bowiem jednego z tych mroźnych, zimowych dni, na ulicę wybiega półnaga dziewczyna. Wybiega tak niespodziewanie, że jadący akurat samochód nie ma szans ani jej ominąć, ani tym bardziej zahamować.  Można powiedzieć, ‘tragedia’. Nie! Tą dziewczyną, która wyskakuje zza krzaków jest Victoria, która zaginęła przed czteroma miesiącami. Jej stan jest tragiczny – nie dlatego, że wpadła pod samochód, tylko dlatego, że ktoś ją skrzywdził, tak porządnie, mogłabym powiedzieć. Tym zajmuje się Patrick.

Tymczasem Erika znowu pisze książkę. Tym razem o rodzinnej tragedii, w wyniku której zabity zostaje mężczyzna, ‘głowa rodziny’, a jego małżonka skazana za morderstwo siedzi w więzieniu. Nie jest zbyt rozmowna, bo kiedy Erika zadaje jej jakieś konkretne pytania, ta odpowiada wymijająco, albo w ogóle milczy. Koniec końców okazuje się, że kobieta coś ukrywa, a przyszłość (jak to ma w zwyczaju) wpływa na teraźniejszość.

Zawsze, gdy myślę o kryminałach, gdy trzymam je w rękach, jestem pełna szacunku dla autora, który to napisał. Te wszystkie intrygi, wątki wynikające jeden z drugiego, najczęściej odniesienia do przeszłości, spamiętanie imion wszystkich bohaterów, idealne kreacje bohaterów… ja, i moja pamięć pozdrawiamy. Gdy już zdarzało mi się coś napisać, to gdzieś w połowie zapominałam imiona bohaterów, mieszałam fakty, i w ogóle okazywało się, że nic z niczego nie wynika. Także wiecie. Zazdraszczam mocno.

Pani Lӓckberg jak zwykle zachwyca. W sposób idealny łączy dwa wątki, które w pewnym momencie się splatają. Oddaje charakter mroźnej Fjӓllbacki, pokazuje bohaterów, policjantów, takimi, jakimi naprawdę są – po prostu ludźmi. Ze swoimi dobrymi i złymi cechami, z lepszymi i gorszymi dniami. W szczęściu i w nieszczęściu. Z rodziną, czy bez niej.

Pytanie, czy polecam. Ależ oczywiście. Przecież musicie się dowiedzieć kto zabił, prawda? Porzućcie jednak nadzieję – sami na trop TEGO kogoś nie wpadniecie. Próbowałam. Doszczętna porażka. Marny ze mnie Detektyw Monk.

Obserwatorzy