poniedziałek, 28 września 2015

„Chłopcy” Andrzej Saramonowicz

„Chłopcy” Andrzej Saramonowicz

Mam mieszane odczucia odnośnie tej książki, przez co prawdopodobnie nie mogę ubrać żadnej myśli w słowa.

Nie lubię, bardzo nie lubię, gdy za pisanie książki biorą się osoby, które są znane. Może to być aktor, piosenkarz, czy właśnie scenarzysta, który – dzięki swojemu nazwisku jest w stanie wydać największy… chłam, powiedzmy, a ktoś, kto ma ten talent, ma predyspozycje, ale nie ma nazwiska (/pieniędzy) może sobie tylko o wydaniu książki pomarzyć (a i to niekoniecznie). Niemniej nie chciałam się jakoś negatywnie nastawiać, więc zaczęłam czytać.

Głównym bohaterem jest czterdziestoletni neurochirurg, Jakub Solański. Mężczyzna dopiero co się rozwiódł, jednak z racji na syna utrzymuje z byłą żoną kontakt. Na okładce pisze, iż bohater przeżywa drugą młodość, ja – choć do oceniania czy osądzania naprawdę mi daleko – powiedziałabym, że bohater cierpi, cóż, na kryzys wieku średniego. Wiecie, kim to ja nie jestem, czego ja nie mogę. Um, paru rzeczy wypadałoby nie robić, jeśli ma się jedenastoletniego syna, który – dorastając – poszukuje jakiś autorytetów. Niestety Mateusz, bo tak się ten syn nazywa, ma ojca, któremu daleko do stawiania go jako przykład.

Czemu? Bo Jakub Solański oprócz tego, że jest trochę samolubny, to też lubi seks. I tak jakby trochę nie zważa na to, z kim go uprawia i na to, że to, co on robi z własnym życiem, wpływać może na życie jego syna. Otóż, pan Solański spotyka się, zalicza, matki kolegów Mateuszka. A dzieci, jak to dzieci – jeszcze w czasie dorastania – słuch mają dobry, głupie już nie są i nie wszystko im się da wmówić. Dochodzi więc do wielu nieprzyjemnych sytuacji tylko z powodu, że „Kazik powiedział, że…” ale ojciec nadal nie widzi winy w sobie. Albo przynajmniej nie przyjmuje tego do wiadomości.

Mateusz więc nie ma wzorców, którymi mógłby się kierować w życiu. Nie bez przyczyny mówi się, że jaki ojciec taki syn. Próbując się doszukać tego, o czym tak naprawdę jest ta książka, bo przecież o wielu rzeczach jest, ale o niczym sensownym, doszłam do wniosku, że nie jestem w stanie tego określić.

Tytuł „Chłopcy” skłania mnie ku temu, że mówi o płci męskiej. Jeśli tak, to wyszło dość prostacko, bo Jakub i jego przyjaciel Paweł szczycą się tym, że są po rozwodzie i mogą robić TO na prawo i lewo. Nie muszę mówić, co w wypadku, jeśli synowie obydwóch słyszą to i wydaje im się, że tatusiowie mają rację.

Nie mogę powiedzieć, że książka jest zła – kłamałabym. Nie jest też dobra, ani tym bardziej nie jest arcydziełem. Trafi się tam co mądrzejsze zdanie, jednak… Dupy nie urywa. I jeśli ktoś wpadnie, o czym ona tak naprawdę jest, to podzielcie się tym spostrzeżeniem ;)

P.S: Zupełnie nie może do mnie dojść, że już październik. Gdzie ten czas tak sobie o, minął, przeleciał?

piątek, 25 września 2015

11 problemów książkoholika

11 problemów książkoholika
Dzięki uprzejmości Caroline Livre nadchodzę do Was z tymi jedenastoma pytaniami, które tak mi się spodobały, że zechciałam na nie odpowiedzieć sama, choć nikt mnie do tego nie otagował.

Szczerze powiedziawszy ostatnimi czasy straszna u mnie czytelnicza posucha. Przeczytałam w ciągu… dwóch tygodni jedną książkę, która w dodatku średnio mi przypadła do gustu i czytałam ją raczej z przymusu, żeby ją skończyć. Rok akademicki jednak za pasem i łudzę się, że jak nagle zacznę mieć coś do roboty to i wena się znajdzie na czytanie. Pewnie wtedy, kiedy będę musiała zacząć pisać pracę licencjacką… ale to oczywiste, nie?

Nie przedłużając…




1. Masz 20 tysięcy nieprzeczytanych książek na swoich półkach. Czym kierujesz się przy wyborze tej, którą będziesz czytać w następnej kolejności?

Chciałabym mieć tyle książek! Jednak tu pojawia się główny problem – gdzieżbym ja je trzymała? Pewnie popatrzyłabym, w swoim zwyczaju, na okładkę, i jeśli poczułabym jakąś rodzącą się więź (a co!) to pewnie bym zaczęła czytać.

2. Jesteś w połowie książki, która ci się nie podoba. Odkładasz ją, czy mimo wszystko czytasz dalej?

Niestety, jestem takim człekiem, któremu jak coś się nie podoba, to nie jest w stanie tego czytać. Męczę się tylko, wzdycham i wzdycham… Nie, to nie dla mnie. Nie podoba mi się – odkładam.

3. Zbliża się koniec roku, a ty jesteś tak blisko, lecz tak daleko spełnienia swojego postanowienia odnośnie ilości przeczytanych lektur. Starasz się szybko nadrobić zaległości? Jeśli tak, to w jaki sposób.

Liczy się jakość, a nie ilość. Co z tego, że dobiegnę do tych pięćdziesięciu dwóch, skoro połowy swoich lektur pamiętać nie będę? Ile się uda, tyle się uda, i tak czy siak będzie to mój mały sukces.

4. Okładki książkowej serii, którą kochasz, nie pasują do siebie. Co robisz?

Tnę się plastikowym nożykiem :< Tak mam z trylogią Larssona – z racji, że pierwszą część pożyczyłam swojego czasu od koleżanki i po przeczytaniu oddałam, dokupiłam na własną rękę drugą i trzecią część, a pierwszą mam z gazet, rozdzieloną na dwie części w małym formacie. Nie widzę sensu w dokupywaniu nowej tylko po to, by ładnie się na półce prezentowała.

5. Wszyscy kochają książkę, za którą osobiście nie przepadasz. Z kim podzielisz się swoimi prawdziwymi uczuciami?

A po co mam się z tym kimś dzielić? ;) Nie podobają mi się „Igrzyska śmierci”, jednak szanuję każdego, kto to czyta i lubi, tego samego spodziewam się ze strony tych, którzy Zmierzchu nie lubią, bo ja lubię. To osobista sprawa każdego z nas ;)

6. Czytając książkę w miejscu publicznym, zbiera ci się na płacz. Co robisz?

Zaciskam zęby najmocniej jak się da! Choć swoją drogą, skoro jestem w stanie popłakać się na filmie w kinie przy ludziach, to czy płakanie nad książką jest jakimś obciachem?

7. Właśnie zostaje wydany dalszy ciąg książki, którą pokochałeś/aś. Okazuje się jednak, że wiele rzeczy zdążyłeś/aś już zapomnieć. Czy będziesz chciał/a przeczytać pierwszy tom jeszcze raz? Co zrobisz?

Zależy od odstępu czasu pomiędzy wydaniem kolejnej części. Jeśli niedługo – pewnie nie, jeżeli to kwestia lat, z pewnością sięgnęłabym po lekturę tej książki, by przypomnieć sobie niektóre rzeczy.

8. Nie chcesz, aby ktokolwiek pożyczał twoje książki. Co mówisz osobie, która cię o to prosi?

NIENAWIDZĘ pożyczać komuś moich książek. W obawie, że moje kochanie do mnie nie wróci, większość książek mam potraktowanych pieczątkami z tym, do kogo ona należy. Chwilowo czekam na zwrot pewnej serii książek, a matula patrzy na mnie spode łba, kiedy mam ochotę się upomnieć. Sorry.

9. W ostatnim miesiącu zbierałeś/aś się za czytanie pięciu różnych książek, ale nie udało ci się ich dokończyć. Co robisz, aby przezwyciężyć kryzys czytelniczy?

Niestety nie mam na to recepty, a chciałabym bo aktualnie u mnie czytelnicza posucha, dlatego takie tu pustki. Chyba najlepsza jest – moim zdaniem- mała przerwa, która pozwoli z powrotem do czytania zatęsknić i wtedy znów się temu oddam ;)

10. Wydanych zostaje mnóstwo nowych książek, które bardzo chcesz przeczytać. Ile z nich naprawdę kupisz?

Pewnie niewiele. Albo te, na których najbardziej mi zależy. Może zdecyduję się na ebooka, albo poczekam, aż będą tańsze. Bo nowości to chyba w bibliotece nie ma co szukać.

11. Jak długo po zakupie książki, którą bardzo chciałeś/aś przeczytać, może ona przeleżeć na twojej półce nietknięta?

Hah, najczęściej czytam ją już w drodze powrotnej do domu, chyba że aktualnie coś kończę i nie chcę psuć sobie niespodzianki z rozpoczynaniem kolejnej ;)


Myślę nad zrobieniem, zebraniem filmów/seriali/płyt idealnych na jesienne wieczory. Co Wy na to?

P.S. W końcu wgrałam na bloga Disqus, który powinien ułatwić i usprawnić komentowanie. Mam nadzieję, że nie jest to dla Was żadną przeszkodą :)

wtorek, 15 września 2015

„Ogon Kici” Ewa Nowak

„Ogon Kici” Ewa Nowak

lubimyczytac.pl


Recenzja napisana w ramach wyzwania  Poczuj miętę do czytania.










Na początku przyznać muszę, iż książka trafiła w moje łapki w idealnym momencie: kilka godzin wcześniej brakło Internetu i w zasadzie nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Do biblioteki nie miałam szans się wybrać, więc tak chodziłam od ściany do ściany, kiedy… pod domem zobaczyłam kuriera. Jak się ucieszyłam! Oczywiście od razu zaczęłam czytać i…

Życie to jest jednak przewrotne, co nie? Ania „Kicia” Sawicka przekonuje się tym na własnej skórze. Już ma jechać na obóz harcerski, który poniekąd organizuje, kiedy w splocie innych, dziwnych wydarzeń ląduje na obozie survivalowym. W zasadzie żadnych dziwnych, czy skomplikowanych. Prostych. Miłość. Zakochała się biedocinka. Niezbyt dobrze swe uczucia ulokowała, bo w koledze swojego ojca, otóż – trochę starszego. Z jednej strony  wiek nie ma znaczenia, z drugiej pewne rzeczy  po prostu nie mają miejsca bytu.

Kicia nie jest naiwna. Kicia nie jest też głupia. Kicia się zakochała. Miota nią tak wiele emocji, że sama nie wie, kim jest i jak się nazywa. Lokuje swoje uczucia nieodpowiednio, jednak ja nie wiem do końca, czy to na pewno miłość. Może fascynacja, którą każdy przynajmniej raz  w swoim życiu przeżył? Nie wiem jak Wy, ale ja miałam w gimnazjum bardzo fajnego nauczyciela od angielskiego. Mówiąc „bardzo fajnego” mam na myśli naprawdęnaprawdę bardzo fajnego. Miał piękny, brytyjski akcent choć był Polakiem, i przypominał młodego Hugh Grant’a.  Marzenie. Więc może to Kicia czuła? W pewnym momencie uczucia przysłaniają jej zdolność racjonalnego myślenia i przez całą książkę bidocinka błądzi po omacku, próbując wyjść z tego z twarzą.

Kicia była po prostu spragniona czyjejś uwagi. A że zyskała ją ze strony atrakcyjnego, dojrzałego mężczyzny – czyż możemy ją za to winić? A skąd!

„Ogon Kici” to bardzo przyjemna książka dla osób w każdym wieku. Pani Ewa Nowak tak ładnie manewruje słowem, tak idealnie wciska gdzieś w zdania bohaterów prawdy życiowe, które każdy z nas powinien sobie przyswoić, że nim się spostrzegłam, a przywitała mnie tylnia okładka. Perypetie bohaterów, poza tym, że mają odniesienie w rzeczywistości, pokazują że każdy z nas ma prawo do podejmowania błędnych decyzji. Nie tylko jesteśmy ludźmi, ale i jesteśmy ludźmi młodymi, a czy zna ktoś lepszą naukę niż tą poprzez popełnianie błędów? 


Spędziłam miłe chwile z tą książką i mam nadzieję, że jeżeli znajdzie się ktoś, kto „Ogona Kici” nie czytał, to dzięki mnie te braki nadrobi ;)


sobota, 12 września 2015

„Maybe Someday” Colleen Hoover

„Maybe Someday” Colleen Hoover


Ja jak zwykle jestem milion kroków za wszystkimi. Kiedy „Maybe Someday” przeżywało swoją świetność w Internecie, ja byłam ponad to. A przynajmniej tak mi się wydawało. Byłam bowiem przekonana – teraz mi wstyd – że to książka raczej dla szesnastolatek, które wierzą jeszcze w jakiejś bajdurzenia. Biję się jednak w pierś jak najmocniej potrafię i przyznaję rację – książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Inaczej w dwa dni bym jej nie pochłonęła, ale to ciii.

Znacie takie powiedzenie, jakoby telefon komórkowy był przedłużeniem ręki? Do tej pory kojarzyło mi się to tylko z nudnawymi zajęciami na uczelni, które rzekomo miały być ciekawe, a było jak zwykle. Przy lekturze tej książki zupełnie zmieniłam do tego podejście. Okazało się, że telefon komórkowy ‘przypięty’ do ręki nie służy wiecznemu surfowaniu po Internecie, ale… Wiedzą, o czym mówię Ci, którzy lekturę książki mają już za sobą.

Kim są główni bohaterowie? Ona – Sydney – wiedzie niby spokojne i ustatkowane życie. Mieszka z przyjaciółką, ma chłopaka którego kocha, i pracę, dzięki której się utrzymuje. Ma również sąsiada. On – Ridge – na początku jest dla niej kimś tajemniczym, kimś, o kim nie wie za wiele oprócz tego, że codziennie o tej samej porze wychodzi na swój balkon i gra na gitarze.  Z biegiem czasu okazuje się, że mają wiele wspólnego – on gra na gitarze, ona pisze teksty do melodii, które tworzy Ridge.

(Przy okazji, to pewnie zboczenie, że gdy zobaczyłam imię Ridge jak nic skojarzyło mi się to z ‘Modą na Sukces’.)

Książka zapowiadała się przeciętnie -  jest ona, jest on i jest miłość, która między nimi w pewnym momencie rozkwita. Opowieść jakich wiele, prawda? Trochę cukru, trochę słodyczy i jest typowa opowiastka dla dziewcząt. Ale nie. To nie jest opowieść przesączona cukrem. Bowiem tam nie miłość jest najważniejsza, lecz  muzyka, która łączy ze sobą ludzi. Muzyka, która łamie bariery – możnaby powiedzieć – nie do przejścia. Miłość jest, owszem, ale gdzieś z boku. Rozkwita powoli, nieśmiało, niespodziewanie dla obydwu stron. Trochę ich przeraża, trochę nie wiedzą co z tym fartem zrobić. Wszak Sydney została skrzywdzona niesamowicie i ani jej w głowie miłosne błahostki. Czasem jednak uczucie, jak już się pojawia, to nie da się go ot tak, za machnięciem ręki, pozbyć.

Byłam uprzedzona do Maybe Someday zupełnie niepotrzebnie. Spodziewałam się disnejowskiego tworu, dostałam piękną, spokojną, idealnie wyważoną historię o muzyce w miłości, miłości w muzyce. Zakochałam się w bohaterach, w świecie, który stworzyła autorka. Zakochałam się w języku i tym, jak ze sobą rozmawiali, pomimo barier. Zakochałam się… tak po prostu. Ja to jednak głupia jestem, że czasem nie daję się ponieść fali uwielbienia, no nie? Jednak według znanego polskiego powiedzenia lepiej późno niż wcale.

A Wy macie już lekturę tej książki za sobą? Jeśli macie, co sądzicie? Jeśli jednak ta przygoda przed Wami, to życzę mile spędzonego czasu z „Maybe Someday” w ręku ;)

(To też odkryłam dopiero po przeczytaniu książki. Klikając tutaj zyskacie dostęp do piosenek, których teksty przewijały się w książce. Melodia, słowa - wszystko układa się idealnie. Kolejny plus dla książki :))

środa, 9 września 2015

Broadchurch, reż. James Strong

Broadchurch, reż. James Strong
http://netflixlife.com/2014/11/30/broadchurch-whats/



Wszystko zaczęło się od książki, o której swojego czasu było w blogosferze głośno. Gdzie nie weszłam, tam raziła po oczach okładka książki napisanej przez Erin Kelly. Czytałam recenzje, w których autorzy tychże podkreślali, że książka na podstawie serialu, że radzą nie popełniać tego samego błędu i zacząć od serialu. Trochę moje serce zapłakało, no bo jak to tak, przedkładać serial nad książkę? Niewyobrażalne! No ale dobrze, pomyślałam, że skoro wszyscy tak radzą, to pewnie coś w tym jest. I nie zawiodłam się.

Przenieśmy się do małego, nadmorskiego miasteczka w Wielkiej Brytanii, zwanego Broadchurch. Lokalna społeczność z racji, że jest jej niewiele, jest ze sobą związana. Ludzie nie mają przed sobą tajemnic, znają się na wylot, dobrze się dogadują. Wiodą tu spokojne życia, prowadzone zdala od wielkomiejskiego zgiełku czy wyścigu szczurów. Wydaje się, że nic nie może im zaszkodzić. Wydaje się. Bowiem pewnego dnia, ranka raczej, na plaży odnalezione zostaje ciało jedenastoletniego Danny’ego Latimera. Chłopiec został zamordowany. Broadchurch trzęsie się w posadach. Nikt nie wierzy w to, co się stało. I wtedy właśnie zaczyna się piekło. Okazuje się, że podejrzanym może być każdy. Zaufanie, jakim ludzie wzajemnie się obdarzali lega w gruzach. Mordercą może być każdy. W dodatku w policji pojawia się nowy detektyw Alec Hardy (w tej roli David Tennant), który za cel daje sobie rozwiązanie zagadki, co nie podoba się sierżant Ellie Miller (Olivia Colman) bo przecież to ona zna najlepiej całą społeczność, więzi, jakie łączą co poniektórych, a tu jej się – przepraszam za wyrażenie – wtranżala jakiś obcy człowiek i, olaboga, mówi jej, co ma robić!

W mojej ocenie mogę być nieobiektywna, bo serial od pierwszej minuty mnie sobą oczarował. Na sukces serialu składa się – moim zdaniem – wiele czynników, począwszy od muzyki, dobranej idealnie do poszczególnych scen, ujęć, które ukazywały z jednej strony piękne krajobrazy, a z drugiej oddawały milion emocji związanych z tragedią, bohaterów i aktorów się w nich wcielających, którzy żyli życiem bohaterów, aż w końcu scenariusza, który tylko dopełnił dzieła.

Motywem przewodnim pierwszego, ośmioodcinkowego sezonu, jest śledztwo prowadzone przez choleryka Aleca Hardy’ego i sierżant Ellie Miller. Aby dotrzeć do prawdy, znaleźć tego, kto zabił chłopca, muszą przedrzeć się przez małomiasteczkową mentalność ludzi tu mieszkających. Przy okazji tego widać, jak ta społeczność z każdym kolejnym dniem śledztwa się zmienia. Najpierw, gdy na celowniku pojawia się jakiś oskarżony, wszyscy powtarzają jak mantrę, że on/ona by tego nie zrobił/a. Z biegiem czasu okazuje się, że każdy ma coś na swoim sumieniu, każdy chce coś ukryć, aż w końcu – każdy może być mordercą. Ludzie, którzy do tej pory utrzymywali ze sobą dobre konflikty naraz stają się sobie obcy. Boją się wychodzić z domów, czekają na kolejny atak. A potencjalnych oskarżonych, nowych tropów, przybywa z każdym dniem. Jednocześnie, gdy wydaje się nam, że o, to już na pewno ta osoba, śledztwo w końcu się zakończy, rodzina w końcu odzyska „spokój”, okazuje się, że jednak jesteśmy w błędzie. Przysięgam, jak kocham happysad i książki, tak zakończenie, poznanie mordercy, jest / było dla mnie takim szokiem, że siedziałam przez kilka minut zagapiona w ekran komputera nie wierząc, że tak mogło się stać. Scenę, w której Alec Hardy odkrył mordercę oglądałam chyba z dziesięć razy, zanim zrozumiałam, co się właśnie stało. Życie drugiej rodziny się rozpadło…

Takim akcentem zakończony został sezon pierwszy. Drugi, by wiele nie zdradzić, skupiony jest na dwóch sprawach. Z jednej strony do sądu trafia sprawa zamordowania Danny’ego Latimera, z drugiej Alec Hardy cofa się do przeszłości, by zakończyć pewną, nie dającą mu spokoju sprawę. Z każdym kolejnym odcinkiem w obydwu sprawach na jaw wychodzą nowe aspekty, i choć wydawać by się mogło, że skoro zabójca Danny’ego został oskarżony, to na pewno zostanie ukarany, wszystko idzie nie tak, jak trzeba.

W internecie pojawiały się komentarze, jakoby drugi sezon powstał zupełnie niepotrzebnie. Po obejrzeniu ostatniego odcinka pierwszej serii miałam podobne myśli, jednak w trakcie oglądania zmieniłam zdanie. Nieczęsto bowiem wskazanie mordercy kończy całą sprawę. To, co się stało, zapadło mieszkańcom w pamięć. Tragedia, która się wydarzyła nie sprawiła, że czas zatrzymał się w miejscu. Bohaterowie w jej obliczu musieli żyć dalej, musieli układać sobie życia – mimo wszystko. Dlatego uważam, że choć drugi sezon jest o wiele spokojniejszy, tak dobrze, że powstał.

David Tennant w roli Aleca Hardy’ego skradł moje serce nie tylko tym boskim, brytyjskim akcentem, ale i sposobem bycia. Ellie, która na początku mnie denerwowała, okazała się idealna jako towarzyszka tego, którego zbyt często ponosiły emocje, i który mimo wszystko chciał kogoś postawić do odpowiedzialności. Osobno – dziwni, razem stworzyli idealny śledzczy duet, który shippuję z całego serca.

Moje serce płacze w tymże momencie, bo trzeci sezon – który podobno ma powstać – zawita na ekrany dopiero w 2017. Chyba serducho do tego czasu mi pęknie.


Każdego, kto lubuje się w takich klimatach, chcę zachęcić do obejrzenia serialu, bo naprawdę warto.

poniedziałek, 7 września 2015

„Co nas nie zabije” David Lagercrantz

„Co nas nie zabije” David Lagercrantz

Kontynuacja Millennium niesie ze sobą wiele sprzeczności. Z jednej strony jest niezwykle wyczekaną książką (bo któżby nie chciał wiedzieć, co tam u naszej Salander), z drugiej wprost znienawidzoną tylko dlatego, że ktoś śmiał się ją napisać.  Komentarze, które przewijają się na różnych serwisach wołają o pomstę do nieba. Ci jednak, którzy mają najwięcej do powiedzenia okazuje się, nie mają w ogóle ochoty sięgać po tą książkę twierdząc, że to nie powinno się wydarzyć. Smutno mi, że autor jest oceniany nie przez pryzmat tego, jak poradził sobie z dopisaniem kontynuacji tak cudownej serii, ale przez pryzmat własnej decyzji, podjęcia której nikt nie mógł mu zabronić. Jeśli więc czytasz moje wypociny, i nadal zastanawiasz się czy warto po „Co nas nie zabije” sięgnąć odpowiadam – tak. Nawet, jeśli Ci się, drogi czytelniku, nie spodoba, to Twoje zdanie i opinia będzie w pełni uzasadniona.

Co by nie powiedzieć, David Lagercrantz jest doświadczonym dziennikarzem i pisarzem. Karierę rozpoczął od wydania historii szwedzkiego poszukiwacza przygód Görana Kroppa. Największą popularność przyniosła mu biografia Zlatana Ibrahamović’a, „Ja, Ibra” która nie tylko stała się bestsellerem ale znakiem rozpoznawczym autora. W końcu przyszedł czas na Millennium, do kontynuacji którego – poniekąd – namówiła czy zachęciła go jego własna agentka.

Po przeczytaniu „Co nas nie zabije” jednogłośnie mogę stwierdzić, iż para naszych bohaterów ma niezwykły talent do wplątywania się w kłopoty na własne życzenie.  Mikael Blomkvist zastanawia się nad porzuceniem kariery dziennikarza śledczego. A wszystko za sprawą udziałowców, którzy wykupili „Millennium” i chcą je coraz bardziej zmieniać. To, co się tam dzieje, przebija jego najśmielsze koszmary. Przydałoby się coś, jakiś temat, który by wszystko ruszył – jego karierę, gazetę stojącą w miejscu. Wtem, jakby na zawołanie, do zmartwionego Mikaela dzwoni Frans Balder, ekspert w dziedzinie badań nad sztuczną inteligencją. Chce powierzyć mu jakieś tajemnice, dzięki którym Blomkvist mógłby z powrotem wrócić na szczyt. Od tego momentu wszystko idzie nie tak. Do czego, mniej lub bardziej przyczynia się Lisbeth Salander, biorąca udział w zorganizowanym ataku hakerów. Drogi bohaterów znów się przecinają.

Czytałam książkę ponad tydzień. Tylko dlatego, że jestem śmierdzącym leniem, który większość swojego czasu spędza przed komputerem, a później dziwi się, że jak bierze książkę do ręki to oczy samoistnie się zamykają. Ale my nie o tym. Nie wiem, czy książka spodobała mi się dlatego, że byłam stęskniona za Lisbeth i Mikaelem. Czy dlatego, że autor - czego by nie powiedzieć – naprawdę do pracy się przyłożył, a spod jego pióra wyszła bardzo przyjemna powieść sensacyjna, którą, jak zacznie się czytać, to nie można przestać. Od pierwszych stron jesteśmy wplątani w dobrze skonstruowaną intrygę – tam, w roli głównej amerykańskie służby specjalne. Książkę czytało się szybko, choć czasem niektóre fragmenty, ze względu na zawiłość, czytałam dwukrotnie, ale to tylko dlatego, że pewne terminy były dla mnie za trudne i do przeczytania, tym bardziej do zrozumienia. Momentami zadawałam sobie pytanie, czy autor nie poszedł przypadkiem w kierunku naukowym – ot wiecie, walnę trochę skomplikowanego słownictwa, opowiem o trudnych i zawiłych procedurach i wszyscy będą szczęśliwi. To uczucie na szczęście gościło mi przez niewielką ilość czasu spędzonego nad „Co nas nie zabije”, więc jestem zupełnie na tak.

Zasmucona jestem faktem, że książka jest taka krótka. Larsson trochę nas rozbestwił, dając do ręki takie wielkie tomiszcza. To, co zobaczyłam w księgarni trochę mnie zasmuciło. Tylko czterysta stron?? Dlaczego? Z drugiej strony wiem, jestem tego świadoma, że rozpisywanie się na siłę nie ma zupełnego sensu i co gorsza – mogłoby tylko zaszkodzić.

 Wiadomo, że nie ośmielę się porównać pracy Davida Lagercrantza z tym, co stworzył Larsson, jednak książka, wbrew tym wszystkim komentarzom, za które mi wstyd, jest naprawdę na wysokim poziomie. Może nie jakieś arcydzieło czy bestseller roku, ale – biorąc pod uwagę moje przywiązanie do bohaterów i chęć poznania „co dalej” – „Co nas nie zabije” jak najbardziej mnie zadowoliło.  


­­­

Więc, drogi czytelniku, jeśli jeszcze zastanawiasz się, czy warto „Co nas nie zabije” przeczytać, powiadam – tak. Okażcie autorowi trochę zrozumienia, odsuńcie od siebie myśl, że „to na pewno nie to samo” i dajcie się ponieść historii, a tego naprawdę nie pożałujecie.

Obserwatorzy