niedziela, 25 października 2015

# 19 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

# 19 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

Targi, targi… i po targach. Cztery dni minęły jak z bicza strzelił. I choć na początku żałowałam, że uda mi się być tylko w jednym dniu, po czasie doszłam do wniosku, zważając na tłum, że była to dobra decyzja. Niezależnie jednak od tego, ile czasu tam spędziłam (a starałam się w czwartek czerpać z Targów jak najwięcej się da) jestem – jak co roku – niezwykle zadowolona. Wystarczy popatrzyć na powyższy stosik ;)

Wydaje mi się tym samym, że Targi Książki przyciągają brzydką pogodę – w zeszłym roku deszcz padał tak przeokropnie, że przez dobrą chwilę po dotarciu na halę chodziłam w kółko tylko po to, by się zagrzać. W tym roku udało się bez deszczu, ale aura była taka nieprzyjemna, że jedynie książki, morze książek stanowiło motywację, by wyjść na dwór ;)

No ale może teraz o moim stosiku, który – ilekroć się na niego spojrzę – wywołuje uśmiech na twarzy ;)

Od lewej: 

  • „Wszystko zależy od przyimka” Jerzy Bralczyk, Jan Miodek, Andrzej Markowski i Jerzy Sosnowski. Ach, ile ja się dobrego o tej książce naczytałam. Ile ochów i achów! Zakochałam się w niej zanim jeszcze wzięłam ją do rąk – bo wtedy przepadłam. Nic tylko czytać! (Poza tym, ten zakup tłumaczę sobie tym, że jestem na wydziale filologii polskiej, że ten wydział i ten mój kierunek zobowiązują… a tak serio, no nie mogłam wobec tego przejść obojętnie!).
  • Kolejną zdobyczą jest Antystresowa kolorowanka dla dorosłych. Kolorowanki zwariowały świat, i ja nie mogłam się im oprzeć, choć jeszcze chwilę temu sceptycznie na to patrzyłam. Jeszcze tylko muszę wejść w posiadanie kredek i będzie się  bawiło, o!
  • Dziewczyna z pociągu” Paula Hawkins to podobno bestseller, tak przynajmniej mówią Internety. Z racji, że lubię te klimaty mam nadzieję, że się nie zawiodę. Czytał już ktoś? 
  • „Stuhrmówka. Maciej Stuhr w rozmowie z Beatą Nowicką”  Tytuł książki mówi sam za siebie. Maciej Stuhr. Stuhrmówka. Wywiad rzeka z osobą, której nie da się nie lubić. Uwielbiam felietony pana Maćka, mam nadzieję, że i w książce się zakocham.
  • I na sam koniec „Mężczyźni bez kobiet” Haruki Murakamiego. Wstyd przyznać, że to nasze pierwsze spotkanie. Dotychczas o Murakamim czytałam na innych blogach, w końcu przyszła pora i na mnie. Ciekawa jestem, czy zachwycę się nim tak samo, jak inni ;) 


Stosik trochę pokaźniejszy niż w zeszłym roku; wydaje mi się nawet, że jest bardziej sprecyzowany, bo poprzednim razem (przynajmniej mam takie wrażenie) błądziłam po tych targach po omacku, chcąc kupić sobie... cokolwiek, byleby tylko nie wyjść z pustymi rękami. Teraz nie tylko spełniłam swoje zachcianki, ale również dałam się zaskoczyć czy to kolorowance czy Stuhrmówce.  Teraz nie pozostaje mi nic innego jak wzięcie się za czytanie... i, naturalnie, wyczekiwanie kolejnych, bo dwudziestych już targów. Ach! 

A co z Wami? Byliście na targach? Upolowaliście coś ciekawego? ;) 

wtorek, 20 października 2015

„Jak oddech” Małgorzata Warda

„Jak oddech” Małgorzata Warda

Ostatnio mam niebywałe szczęście do trafiania na książki, które poważnie mną wstrząsają. Myślałam, że w końcu wypożyczyłam jakąś spokojną lekturę, a tu się myliłam. Jestem chyba tym gatunkiem człowieka, który mając słabe samopoczucie zamiast sięgnąć po coś wesołego, lubi się dobić. Zagłębiam się więc w tym swoim smutku coraz głębiej, jesień mnie zajada, nie pokonuje, ale pochłania, a ja cóż… wciąż czytam!

Tym razem padło na „Jak oddech” Małgorzaty Wardy. Znów moją uwagę przykuła okładka, znów się skusiłam i znów… nie pożałowałam.

Jasmin i Staszek znają się od zawsze, podobnie jak ich mamy, które mogły na sobie polegać niezależnie od pory dnia i nocy. Momentami mogłoby się wydawać, jakoby dzieci były rodzeństwem, bo w takim duchu były wychowywane, choć nie łączyły ich żadne więzi krwi. Jednak młodych coś do siebie ciągnęło. Już wtedy wiedzieli, że nie są sobie obojętni. Wiedzieli, że w przyszłości chcą ze sobą być, że chcą razem założyć rodzinę. Wówczas byli dziećmi, jednak to, co sobie postanowili, miało szansę się spełnić – tuż po ukończeniu szkoły średniej ze sobą zamieszkali. Ta sielanka, to spełnienie marzeń nie trwa jednak długo, bo kilka dni po tym Staszek… po prostu przepada niczym kamień w wodę.

Nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy jesień tak na mnie działa, ale na samą myśl tego, co tam się w tej książce działo, mam łzy w oczach i ciarki na całym ciele. Zanim zabrałam się za pisanie dla Was, przejrzałam Internety by zobaczyć, czy ktoś ma podobne odczucia do moich. Czy kimś, tak samo jak mną ta książka wstrząsnęła na tyle, że nie jest się w stanie pozbierać. Że gapi się w okładkę i zadaje sobie pytanie: „u licha, czemu” i „dlaczego ten los jest taki parszywy”. Okazało się, że jest nas więcej. Nie da się bowiem przejść obok takich emocjo obojętnie. Nie da się udać, że jest się ponad to, że skoro mnie to nie dotyczy to nie będę się przejmował.

Historia opowiadana jest z dwóch perspektyw. Raz czytamy to, co dzieje się w chwili obecnej; gorączkowe poszukiwania, zadawanie sobie pytań „dlaczego”, niedowierzanie, smutek, rozgoryczenie. Z drugiej wracamy do przeszłości, do chwil, które ich łączyły, do dobrych chwil, dobrych i złych wspomnień, zapewnień miłości, oddania, tego, że „kiedyś” kiedyś nadejdzie. Czy jednak tego chcieli? Czy jednak tego wyczekiwali? Dlaczego w momencie, kiedy miała się zacząć ich wspólna przyszłość, wszystko pękło niczym bańka mydlana?

Serce krajało mi się nie raz i nie dwa. Oczy zachodziły łzami, a ja przerzucałam kartki jedna po drugiej licząc, że to przecież na pewno tak nie może być. Domyślam się, że gdybym czytała książkę w domowym zaciszu, z herbatą w ręku, reagowałabym o wiele gorzej. Przy ludziach, w zapełnionej sali… może i dobrze, że niejako odcięłam się od uczuć, żeby nie zwariować?

Całej tej historii towarzyszy jedna przewodnia myśl, a przynajmniej tak mi się zdaje. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Inaczej przyjmuje się informacje o czyichś zaginięciach, inaczej takie przeżywa się na własnej skórze. Grunt, by w tych sytuacjach, trudnych, smutnych i zupełnie wyrwanych z kontekstu mieć przy swoim boku kogoś, kto pomoże. Wtedy można wytrwać.

Ach, chciałabym mówić o tej książce w kółko i w kółko, by do jej przeczytania zachęcić jak najlepiej tylko potrafię. Mam nadzieję, że mi się to udało. Pierwsze spotkanie z prozą pani Wardy jak najbardziej udane. Choć niezmiernie smutne…

A w tym tygodniu krakowskie Targi Książki! Nie mogę się doczekać! Biorąc pod uwagę fakt, że dam radę być tylko w czwartek, mam zamiar wykorzystać ten czas jak najlepiej tylko potrafię. Mam upatrzonych kilka książek i mam nadzieję, że uda mi się je złowić ;)



poniedziałek, 12 października 2015

„Cichy Wielbiciel” Olga Rudnicka

„Cichy Wielbiciel” Olga Rudnicka

Jesień jest zła, okrutna, podstępna i wredna. To tak w skrócie o tym, co działo się u mnie w ciągu poprzedniego tygodnia i co było przyczyną tego, iż milczałam. A tak zupełnie na serio, znikąd dopadło mnie przeziębienie, które wyssało ze mnie (serio!) chęci do czegokolwiek. Wypełzałam rano, szłam na uczelnię, przypełzałam z powrotem, przebierałam się, robiłam herbatę i wsjo do łóżka, patrzyć na białe ściany. Podobno, tak słyszałam, to był wstęp do tego, że jak kiedyś wyląduje w wariatkowie, to już w gapieniu się na ściany będę miała doświadczenie. Niemniej – wracam!

W ogóle wydaje mi się, że jakoś to rozpoczęcie studiów, rozpoczęcie nowego semestru mnie jakoś przytłoczyło. Gdyby to chociaż był pierwszy semestr, ale u licha, toż to piąty! Rutyna dawno powinna wejść w krew, kolejne problemy i niedogadania z uczelnią nie powinny mnie dziwić i w ogóle… powinnam do tego jakoś bardziej na luzie podejść, a widzę, że jest zupełnie na odwrót. W dodatku praca licencjacka, do pisania której trwają przygotowania, to jest coś nowego, coś zupełnie obcego, choć wszyscy zapewniają, że nie ma tragedii to ilość przypisów, bibliografii i tym podobnych po prostu mnie przeraża. Nic to jednak – da się radę, co nie?

Dzisiaj jednak przychodzę z recenzją książki, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Spodobała mi się, choć nie wiem czy o tego typu książce można tak mówić. Chodzi mi o „Cichego Wielbiciela” Olgi Rudnickiej. Doprawdy nie wiedziałam, że książka, niby zwykła, może wywołać we mnie takie emocje.

Julka wiodła dotychczas dobre, spokojne życie. Miała chłopaka, dobrą pracę i kilku znajomych, z którymi spędzała wolny czas. Miała też poczucie bezpieczeństwa, które pewnego dnia ktoś postanowił nadszarpnąć. Zaczęło się od bukietu kwiatów, który został przysłany na firmowy adres. Julii to w jakiś sposób imponowało, tak samo jak jej współpracownicy, Marioli. Po jakimś czasie jednak to, co było „miłe” przerodziło się w jakąś beznadziejną farsę.

Julia miała stalkera. Stalkera, który z każdym dniem pozwalał sobie na coraz więcej, naruszając sferę bezpieczeństwa nie tylko Julii ale i jej znajomych, jej rodziny. Tak naprawdę nikt nie czuł się bezpiecznie. Julia zaczęła bać się ludzi. W każdym widziała swojego oprawcę, choć do pewnego czasu nie miała wiedzy, kim on jest.

Wiecie, skończyłam czytać książkę i po prostu trzęsłam się ze strachu. Nie wiedziałam, nie byłam świadoma, jakie to wszystko jest straszne. Inaczej czyta się o takich przypadkach w mediach, gdy kolejna ‘gwiazda’ opowiada o byciu szykanowaną, byciu obserwowaną i tym podobne. Przyznaję się – zawsze wydawało mi się to przekoloryzowane mocno. No bo pewnie na własne życzenie tak mają, skoro wiodą publiczne życia. Otóż to moje rozumowanie to błąd – tak naprawdę każdy z nas może znaleźć się w sytuacji Julii.

To moja pierwsza przygoda z Olgą Rudnicką. Od razu taka udana. Choć nie jest to temat przyjemny, choć nie jest to temat, przy którym można się śmiać – choć bohaterowie starali się trochę humoru wykrzesać – książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pokazała, że nie trzeba być sławnym, żeby mieć stalkera. Że te osoby, które to robią, maja problem ze sobą. Że to w zupełności nie jest nasza wina, że dajemy się podejść – te osoby dokładnie wiedzą, co robią. Mają wszystko zaplanowane. Mają wyidealizowaną wizję życia. Wydaje im się, że każdy do nich lgnie, że to oni mają dobre intencje, a świat się ku nim sprzeciwił.

Książka wywołała na mnie ogromne wrażenie. Przez kilka dni po przeczytaniu, przemykając się nocą do toalety wydawało mi się, że każde skrzypnięcie podłogi oznacza, że ktoś za mną idzie. A chyba właśnie takie książki powinno się cenić, takie, o których nie zapomina się wraz z przeczytaniem ostatniej kartki.

Jeszcze raz przepraszam za taką nieobecność i obiecuję poprawę ;)


poniedziałek, 5 października 2015

„Tworząc historię - wspomnienia Hillary Rodham Clinton”

„Tworząc historię - wspomnienia Hillary Rodham Clinton”

Z biografiami to jest tak, że albo nas zainteresują albo zanudzą na śmierć. Biorąc do ręki Tworząc historię miałam wielkie obawy co do tego drugiego, bowiem nie lubię porzucać książek wpół. Książka jednak tak się na mnie patrzyła, tak błagała o to, by ją przeczytać, że nie byłam w stanie odmówić.

Co więcej, autorką książki jest sama Hillary Clinton, dzięki czemu książka nabiera  intymności, między nami, czytelnikami a autorką wywiązuje się jakaś więź. Słowa płyną z jednego serca, poruszają tych, którzy to czytają, ale przede wszystkim coś ze sobą niosą. Przesłanie, historię, wiarę w to, że dzięki odrobinie pracy i poświęceniu można osiągnąć wszystko, czego w skrytości serca się pragnie.

I taka właśnie jest historia Hillary Rodham Clinton. Hillary wychowała się w prostej rodzinie metodystów. Tata prowadził zakład tekstyliów, mama była gospodynią domową pilnującą ogniska domowego. Obraz życia, jakie prowadziła przyszła pani Clinton pokazuje, że nie od razu rodzimy się zwycięzcami. Żeby coś osiągnąć – czy tego chcemy czy nie – musimy włożyć w to trochę wysiłku.

Ten jednak się opłacił. W 1975 roku Hillary Rodham poślubiła Billa Clintona. Niecałe dwadzieścia lat później, bo w styczniu roku 1993 William Clinton został wybrany czterdziestym drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze zastanawiałam się co robi Prezydent, gdy wszystkie kamery gasną, dziennikarze wsiadają do swoich aut i odjeżdżają, a BOR-owcy stają na swoich miejscach i strzegą Białego Domu.  Przecież piastowanie tego urzędu nie opiera się tylko na staniu przed kamerami, podpisywaniu super-ważnych dokumentów, prawda?

I o tym właśnie jest ta książka. Hillary Clinton z wielkim zaangażowaniem, a jednocześnie garstką poczucia humoru opowiada, jak bardzo zmieniło się ich życie. Opowiada, jak wielka jest to odpowiedzialność wiedzieć, że ktoś na ciebie zagłosował, i że wszystko jest w twoich rękach. Z miłością opowiada o swoim mężu, córce, o tym, że życie nie jest kolorowe nawet, jeśli stoi się u szczytu władzy, ale przede wszystkim mówi o tym, że jak się chce, to można wszystko.

Bo taka jest prawda, a my tego nie dostrzegamy. Wydaje się nam, że ktoś kto osiągnął więcej od nas, na pewno się z tym urodził. Niestety świat tak został skonstruowany, że nie ma niczego za darmo. Tylko wielkim wysiłkiem, zaparciem się jesteśmy w stanie… podbić świat?

Hillary Clinton pokazała, że życie prezydenta i jego rodziny nie jest usłane różami. Że mimo tej odpowiedzialności wciąż byli – i są – normalną, kochającą się rodziną, która przeżywała wzloty ale i upadki.

Może nie jest to lektura wysokich lotów, ale mogę Wam ją polecić. Dodam jeszcze, że oprócz samego aspektu rodziny w polityce i polityki w rodzinie, dowiedziałam się z niej kilku rzeczy, które przy okazji lekcji historii w szkole zupełnie mi nie mogły wejść do głowy. Za to duży plus ;) 

Obserwatorzy