poniedziałek, 23 listopada 2015

„Feblik” Małgorzata Musierowicz

„Feblik” Małgorzata Musierowicz


„Feblik” wpadł w moje ręce… w dniu premiery, chociaż wydawało mi się że jestem ponad to i kupię „kiedyś tam”, jak przyjdzie taka ochota. Niestety pociąg mój do Jeżycjady trwa nadal, chociaż – jak wszyscy zgodnie przyznamy – to już nie to samo co ‘Ida’ na przykład.

Pomimo tego małego niuansu wiedziałam, że prędzej czy później trafi to w moje łapiszcza, no bo przecież Poznań, przecież Borejkowie kochani, no rozstać się z nimi tak okrutnie? A gdzieżby!

Książka niejako jest kontynuacją „wnuczki do orzechów” bo nadal rozgrywa się w bardzo przyjemnej, wiejskiej przestrzeni. Bohaterowie na czas upałów opuszczają duszny Poznań, jedni z przymusu, inni niby dla przyjemności i lepszego samopoczucia. W „Febliku”  główne skrzypce grają młodzi, taki na przykład Ignacy Grzegorz, który jak zwykle ukazuje niezwykle szlachetne wychowanie. Istny dżentelmen, chciałoby się powiedzieć i dodać: a gdzież tacy istnieją? W książkach!  Młody staje na rozdrożu. Z jednej strony zaczyna przeżywać kolejny zawód, z drugiej strony los – ach ten los! – zaczyna sobie z niego kpić, podstawiając – napiszę nieładnie – pod jego nos kolejną dziewoję, która to zawraca mu w głowie. Niespokojne zachowanie tyczy się też Idy, która – niby zawsze taaka rozważna! – wpada na dziki pomysł. I nawet Mareczkowi się podoba! Wpada również Laura, w odwiedziny do ciotki Patrycji niby na obiad. Niby. Pamiętajcie: nic nie dzieje się bez przyczyny!

Zanim otworzyłam edytor i to napisałam, parokrotnie przeanalizowałam w głowie to, co chciałabym napisać. Zapoznałam się też z wieloma recenzjami, które nie zostawiły na „Febliku” suchej nitki. A ja jestem, stoję, na rozdrożu. I tak sobie myślę teraz właśnie, że jeżeli brać by to za fikcję, coś, co jest jedynie wymysłem pani Musierowicz to ja to kupuję nawet z zamkniętymi oczami. W momencie kiedy przestaję rozliczać świat przez panią Musierowicz stworzony, biorę Feblika i kolejne części z zamkniętymi oczami. Bo za to pokochałam serię: że jest ponadczasowa… i jest jedynie fikcją. Świat, w którym żyją Borejkowie sprawdza się tylko u nich. Tam mi się podoba, tam mnie zachwyca i doprowadza do uśmiechów. Gdy patrzę na ten sam świat przez pryzmat rzeczywistości, w której żyję, jest słabiej.

Ale, jak słusznie to ktoś zauważył, literatura od tego jest. By przenosić nas do świata, który nie istnieje, który nie ma prawa bytu.

Tak jest w wypadku „Feblika”. Podobał mi się, przeczytałam w dwa dni. Tęsknota za Borejkami jest straszna, tak samo jak za tym poznańskim mieszkaniem, do którego – mam nadzieję! – w kolejnej części wrócą.

Zakochanym w Jeżycjadzie polecam. Innym, niekoniecznie. Jeśli tego nie czujecie, nie czytajcie, nie psujcie sobie nastrojów, nie psujcie pierwszego wrażenia innym. Ja jestem kupiona ;)


piątek, 13 listopada 2015

„Mężczyźni bez kobiet” Haruki Murakami

„Mężczyźni bez kobiet” Haruki Murakami

Cuda niewidy. Ola sięgnęła w końcu po Murakamiego. Ileż czasu musiało minąć! Jednak – lepiej późno niż wcale, prawda?

Bałam się, że moje zetknięcie z japońskim pisarzem nie będzie takie, jakim je sobie wyobrażałam – może inni zachwalają, a mi się nie spodoba? Oczywiście to żaden koniec świata, a jednak.

„Mężczyźni bez kobiet” to zbiór siedmiu opowiadań poświęconych mężczyznom, którzy… żyją bez kobiet. Albo nigdy ich nie mieli, albo gdzieś „po drodze” zwanej życiem je stracili.  Jak się odnaleźć w nowej rzeczywistości? Jak nie dać się pokonać przygnębieniu, smutkowi? Czy można żyć bez ukochanej? Czy takie życie ma jeszcze sens? Te pytania zadawał sobie każdy tytułowy mężczyzna. By poznać odpowiedzi, wystarczy sięgnąć po książkę!

Wiem, wiem, jestem okrutna.

Wybaczycie?

 Każde opowiadanie przepełnione jest taką gamą uczuć, że momentami albo chciałam wejść tam do tej książki, by przytulić jednego czy drugiego i powiedzieć, że „będzie dobrze” choć do końca nie miałam pewnoś, jak to się skończy.

Nie wiem, czy odnosicie takie samo wrażenie jak ja, ale po lekturze tej książki doszłam do wniosku jak bardzo magluje się temat porzuconych przez mężczyzn kobiet. Wiele uwagi poświęca się ich cierpieniu, tej pustce, która następuje gdy ukochany partner odchodzi z naszego życia.

A mężczyźni? Oni przecież – tak przynajmniej słyszałam – mają uczucia, podobnie jak my, kobiety. Może odbieramy je mocniej, ale hej!, panowie też przeżywają rozstania. Podobno.

Bohaterowie są osamotnieni. Zgubieni. Próbują odnaleźć się w nowym dla siebie życiu. Ogarniają wszystko na nowo, przynajmniej starają się. Każdego dnia podejmują walkę o miłość, o zapomnienie, o szczęście. Wychodzi różnie, bo przecież życie płata figle w najbardziej nieodpowiednich momentach.


„Mężczyźni bez kobiet” to zbiór bardzo szczerych, smutnych opowiadań. Mężczyźni, jako główni bohaterowie pokazują, że też coś czują, chociaż ktoś może sądzić inaczej. Pan Murakami oczarował mnie sobą niezmiernie, więc chyba czas wziąć się za jego twórczość na poważnie ;)

poniedziałek, 9 listopada 2015

„Wszystko zależy od przyimka” Bralczyk, Miodek, Markowski i Sosnowski

„Wszystko zależy od przyimka” Bralczyk, Miodek, Markowski i Sosnowski




Profesora Bralczyka polubiłam po tym wystąpieniu na Blog Forum Gdańsk 2015. Nie, żebym nie znała go wcześniej – będąc humanistą z krwi i kości (podobno) trzeba ogarniać rzeczywistość wokół. Niemniej dopiero gdy Paulina Mikuła i Arlena Witt zaczęły zadawać panu profesorowi dość „normalne” pytania poczułam, że hej!, ten profesor, nie dość że zna się na rzeczy to jeszcze umie się tą swoją wiedzą dobrze dzielić.

Specjalne i wyjątkowe trio – Bralczyk, Miodek i Markowski pod wodzą Jerzego Sosnowskiego zaczęli rozmawiać o języku polskim, o jego zagadkach, wyjątkach, przytaczając przy tym wiele ciepłych anegdot związanych właśnie z językiem polskim, czy z samym jego nauczaniem.

Bralczyk:  Mówienie wprost o „tych” dniach, kiedy chcesz się czuć pewnie. Okres mam! Miesiączkę mam! – to znaczy ja akurat nie mam, zresztą mężczyźni rzadko takie rzeczy miewają.
Markowski: Ale akurat tych słów się nie używa. Nigdy nie słyszałem w reklamie o okresie ani o miesiączce.
Bralczyk: Tak samo biegunka – raczej nie występuje.

Bralczyka nie sposób zagadać. Nie sposób go też zaskoczyć jakąś trafną hipotezą, bo albo sam wpadł na nią wcześniej, albo już dawno ma ją za sobą.

Bo to tak naprawdę nie jest typowa książka, w której tekst momentami zlewa się w jedno. To bardzo miłe i szczere rozmowy, z których możemy wynieść wiele więcej niż z lekcji języka polskiego, gdzie panie nauczycielki skupiają się na tym, co autor miał na myśli.  Jest mowa o odmianie nazwisk,  o obraźliwych momentami reklamach (np. margarynie Kasi), o tym, za co każdy z profesorów bardziej lubi swój język ojczysty.

Czytałam, śmiejąc się. Śmiałam się – czytając. Śmieszne anegdotki, przedrzeźniania się i dobrze spędzony wspólnie czas – tak będę wspominać „Wszystko zależy od przyimka”.

Kto nie miał jeszcze do czynienia, polecam. Obawiam się jednak,  że ja jak zwykle w tyle i większość z Was tą pozycję już zna, no ale niech będzie ;)


niedziela, 1 listopada 2015

„Notebook” Tomasz Lipko

„Notebook” Tomasz Lipko
Znacie taką akcję jak CzytajPL?  To taka cudowna akcja przeprowadzana w Krakowie, Gdańsku, Katowicach, Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu,  która polega na tym, że na przystankach autobusowych wyżej wymienionych miast pojawiły się nośniki e-booków pod postacią plakatów z kodami QR. Wystarczyło ściągnąć na swojego smartfona aplikację (Czytaj PL), zeskanować kod QR i cieszyć się wybraną książką przez okres trzydziestu dni.


Wiadomo, nie mogłam przejść obojętnie obok takiej – ewidentnie – reklamy czytelnictwa! Chwilę zajęło mi zastanowienie się, co tak naprawdę chcę przeczytać i co może mnie zaskoczyć, jednak gdy w końcu wybrałam, swojej decyzji nie pożałowałam.

„Notebook” Tomasza Lipko jest książką interaktywną. Za pomocą specjalnej aplikacji, której nazwy teraz nie pamiętam, można skanować zdjęcia czy filmiki, które zostały umieszczone na poszczególnych stronach powieści. Udogodnienie? Czy ja wiem, sama z tego nie korzystałam bo było to niemożliwe, skoro czytałam ją na własnym smartfonie potrzebowałabym drugiego, który by mi to kopiowanie kodu umożliwił.

Niemniej.

Punktem wyjścia dla całej książki jest wypadek drogowy pod Piotrkowem Mazowieckim, w którym ginie młoda kobieta Dagmara Frost. Wypadek – nic specjalnego, zbyt duża prędkość, niebezpieczny manewr wyprzedzania, można powiedzieć: samo życie. Tym bardziej przygnębia fakt, że młoda kobieta nie ma żadnej rodziny, a przynajmniej śledczy nie mogą dotrzeć do nikogo, kto chciałby wiedzieć o jej odejściu.  Prokurator, w tej roli główny bohater, Radek, w procesie przeszukiwania miejsca wypadku znajduje laptop. I w zasadzie to od niego wszystko się zaczyna.

Przyznam się bez bicia – nie spodziewałam się, że polski thriller może mnie tak pozytywnie zaskoczyć. Do podobnej tematyki udało mi się przekonać dzięki Zygmuntowi Miłoszewskiemu, jednak sądziłam że to już wszystko, przeczytałam trylogię o Szackim i już nic mnie nie zaskoczy. A tu sięgnęłam po debiut pana Lipko i jestem… oczarowana, choć w kontekście tej książki może to nie jest odpowiednie słowo. 
Akcja prężnie rozwija się na przestrzeni całej powieści. Czyny bohaterów poparte są wcześniejszymi wyjaśnieniami, każda kolejna sytuacja, każde kolejne zdarzenie z czegoś wynika, ma sens.  Świat wykreowany przez autora widzimy z kilku perspektyw, czy to Radosława, jego przyjaciela Igora czy księdza Bartłomieja, który wyciąga pomocną dłoń do przyjaciół wtedy, kiedy oni tego najbardziej potrzebują.  Zostajemy wrzuceni w świat brutalny, prawdziwy. Nie ma owijania w bawełnę, wymyślania czegoś, czego nie ma. Korupcja, zatajanie pewnych spraw – to wszystko jest na porządku dziennym. Nie zapomina się jednak w tym wszystkim o uczuciach bohaterów. Autorowi udało się pokazać ludzką twarz tych, których byśmy się nie spodziewali.


W czterystu czterdziestu czterech stronach powieści autorowi udało się zawrzeć istną karuzelę – od momentu wzbicia się w powietrze, kiedy bohaterom wydawało się, że są królami świata, i na pewno uda im się zagadkę komputera Dagmary Frost rozwikłać, do momentu powolnego opadania, kiedy wszystko wymykało się spod kontroli. Swoistego rodzaju gra w berka – kto kogoś zdemaskuje pierwszy – była urocza. Bo kiedy wydawało im się, że rzeczywiście są przed swoimi wrogami krok do przodu, szybciutko okazywało się, że są w błędzie.

Jak widać są przesłanki do tego, że polska literatura wcale nie upada, przynajmniej ta bardziej w gatunku thrillerów czy kryminałów. Każdego, kto słyszał o tej książce ale nie odważył się do niej sięgnąć – zachęcam, tych zaś, którzy czytają o niej pierwszy raz namawiam, by to zrobili ;)


Obserwatorzy