środa, 28 grudnia 2016

Slow life // Joanna Glogaza

Slow life // Joanna Glogaza

Termin slow fashion jest obecnie bardzo popularnym terminem, choć mam wrażenie, że nie do końca zrozumianym. Slow life, jak mówi autorka bloga Style Digger, Joanna Glogaza, to:

… życie w zgodzie ze sobą, a nie życie na pokaz. Presję i chęć doganiania „tych fajniejszych” zastępuje poznawaniem i akceptacją siebie. Zamiast […] niepewnych relacji z osobami, z którymi wypada się trzymać, podsuwa wartościowe znajomości oparte na wzajemnym zrozumieniu. Zamiast zagonienia […], rzetelną pracę i taki odpoczynek.

I właśnie o tym jest ta książka. O tym, jak nie zgubić swojego „ja”, jak cieszyć się z drobnych rzeczy, jak nie marnować wolnego czasu jeśli ten przydarza się tak rzadko. Jak nie robić czegoś wbrew sobie, jak nauczyć się odmawiać i przede wszystkim jak łatwo postawić swoje „ja” na piedestale, nie tracąc przy tym znajomych, a wręcz zdobywać ich szacunek.

Moje podejście do tego typu książek było troszkę olewnicze, bo przecież jak ktoś może mówić mi, jak mam żyć? Wydawało mi się to dosyć niedorzeczne. Ktoś wie lepiej ode mnie samej, co jest dla mnie lepsze? No chyba nie.  Okazuje się jednak, że to trochę bardziej skomplikowane. Z kolei jednak autorka, Asia Glogaza, która od lat prowadzi swojego bloga, zna się na rzeczy. Niczego nie narzuca, do niczego nie namawia, nie chce zmieniać nikogo na siłę, jedynie proponuje i pokazuje, jak może wyglądać życie każdego z nas, jeśli w końcu zaczniemy je doceniać i o nie dbać.

Co, jak się okazuje, nie jest ani takie trudne, ani takie ciężkie, a wymaga jedynie krzty zainteresowania i chęci. Nic więcej ;) 


niedziela, 25 grudnia 2016

Immunitet // Remigiusz Mróz

Immunitet // Remigiusz Mróz



Kiedy mogłoby się wydawać, że za Chyłką i Zordonem trudny czas, po lekturze Immunitetu mogę rzec jedynie: błahostki. Tu dopiero się dzieje! Choć do pewnego czasu wydawało mi się że jestem ponad to, i wytrzymam jeszcze zanim ją przeczytam, skusiłam się na potargowej promocji… No, nie żałuję.

Po raz kolejny przed moją ulubioną parą bohaterów nie lada wyzwanie. Oto bowiem najmłodszy w historii sędzia Trybunału Konstytucyjnego zostaje oskarżony o zabójstwo człowieka, z którym rzekomo nic go nie łączy. Ofiara pochodzi z innego miasta, nigdy nie spotkała swojego domniemanego oprawcy, a mimo to prokuratura zaczyna zabiegać o uchylenie immunitetu.  Oskarżony, nie mając zbytniego wyboru, zwraca się z pomocą do swojej znajomej ze studiów, Chyłki wiedząc, że ta na pewno mu się jakoś z tego bagna pomoże wydostać. Nie przewidział jednak, że prawniczka zmaga się z wieloma problemami, z czego ten alkoholowy jest chyba najbardziej do zniesienia.

Głównym zarzutem, odnośnie Immunitetu  z jakim spotkałam się, czytając kilka recenzji, było to, że jest trochę oderwana do rzeczywistości, a w porównaniu z poprzednimi częściami – wręcz słaba. Jak dla mnie pan Mróz wciąż utrzymuje stały poziom w swoich powieściach, ale może moja opinia wynika z tego, że  gdy czytam, nie analizuję. Skupiam się na historii, bohaterach, a nawet jeśli coś wydaje mi się być nierealne, to jednak wiem, że to ciągle – mimo wszystko – tylko książka. Historia opowiedziana czyimiś oczami, przez kogoś wymyślona. Więcej luzu ;)

A bohaterowie lekko nie mają. Okazuje się, że sprawa której się podjęli, wcale nie jest taka oczywista, jak mogłoby się wydawać, i co zapewnia sam oskarżony. Wszystko wskazuje na jego winę, a nawet jeśli nasz duet coś wymyśli, działa to raczej na zasadzie jednego kroku w przód i dwóch w tył. Chyłka ma też swoje problemy, od których nie może uciec, więc jeżeli połączyć wszystkie puzzle układanki, trudną sprawę, swoje problemy, nie tylko alkoholowe, Kordiana u boku, naprawdę może wyjść coś dobrego. I wychodzi. A zakończenie to już w ogóle. Powali Was na kolana, tak, jak mnie. Kilkukrotnie przecierałam oczy ze zdziwienia, jednak na nic się to zdało. Chcę kolejną część już i zaraz, bo chyba nie wytrzymam z ciekawości!

Jak zwykle – choć nie jest to zbyt pozytywne chyba określenie – nie zawiodłam się tym, co przeczytałam. Kolejne części przygód mojego ulubionego prawniczego duetu nie nudzą, nadal ciekawią, nadal pozostawiają nutkę niedopowiedzenia. Wszystko jest na swoim miejscu, bohaterowie nadal są tacy, jacy byli, trochę przejaskrawieni, trochę dziwni, ale widać że pan Mróz trzyma się ich konsekwentnie, co bardzo się ceni.


  A Wy jesteście fanami duetu Chyłka&Zordon czy wręcz przeciwnie? :) 

wtorek, 13 grudnia 2016

Małe życie // Hanya Yanagihara

Małe życie // Hanya Yanagihara


Wzbraniałam się przed lekturą Małego życia nauczona, że to co podoba się wszystkim, i co nagle, zupełnie bez zapowiedzi, staje się wielkim bestsellerem wychwalanym ponad niebiosy, niekoniecznie musi podobać się i mnie, i będę tylko czuła smutek z powodu mojego „dziwnego” gustu. Nadeszły jednak targi, no i co no… Uległam. Choć i tak odkładałam lekturę jak tylko się da.

Małe życie przytacza historię czwórki przyjaciół, których poznajemy w momencie, kiedy kończą studia i całe życie stoi przed nimi otworem. A przynajmniej tak im się wydaje, bo przecież wiadomo że marzenia, wielkie ideały są jedynie w naszej głowie, a najczęściej los i tak wie lepiej co dla nas dobre.  Niemniej oni chcą więcej, czują więcej, i więcej też od siebie oczekują. W Małym życiu towarzyszymy im cały czas, wtedy, kiedy są szczęśliwi, kiedy osiągają kolejne sukcesy, ale i wtedy kiedy los podkłada im nogę, i tak bardzo ciężko jest się im podnieść. Tak naprawdę jest tu wszystko, czego możemy chcieć. Osiemset stron, Nowy Jork na przełomie wielu, wielu lat choć tak naprawdę zakres czasu nie jest nam konkretnie znany – nie znamy roku, w którym rozpoczynamy przygodę, ani też roku, w którym ze smutkiem kończymy czytać, ale przede wszystkim bohaterowie, tak bardzo nieszablonowi, tak bardzo realni, prawdziwi, że momentami chce się ich naprawdę uściskać, wesprzeć i przytulić. Serio.

Czytało mi się ją bardzo długo, bo przecież prawie trzy tygodnie. Jeżeli liczysz na szybką lekturę, to nie jest książka dla ciebie. Mnogość historii, latanie w czasie, anegdotki, komentarze… Żeby naprawdę rozumieć to, co się czyta, trzeba temu poświęcić trochę czasu. Ja sama? Kilka stron dziennie, by się nie przesycić, by nie odkryć jakiejś skrywanej tajemnicy zbyt szybko, ale przede wszystkim dlatego, by nie pogubić się w natłoku wydarzeń.

Przyznałam wyżej, że się obawiałam, dosyć poważnie. Nie rozczarowałam się jednak, a zakochałam. Małe życie to wybitna książka, taka, jakiej nie było mi dane nigdy dotąd przeczytać. Kompendium losów człowieka. Przekrój całego życia. Od ideałów kłębiących się w głowie, po ich realizację. Od nadziei, miłości, poprzez cierpienie, smutek i niedowierzanie. Dużo się można z Małego życia dowiedzieć i dużo się można nauczyć. Przede wszystkim tego, że prawdziwi przyjaciele to ci, którzy pomogą niezależnie od sytuacji. Nie będą oceniać, dogadywać, zadawać niewygodnych pytań. Po prostu będą.

Zapewne tego, co chcę teraz powiedzieć nie zrozumiesz, jednak pewnego dnia zdasz sobie z tego sprawę, że sposobem na przyjaźń, jak uważam, jest znalezienie ludzi, którzy są lepsi niż ty sam. Nie mądrzejszych, nie fajniejszych, lecz bardziej szczodrych, hojniejszych oraz takich, którzy potrafią wybaczać. Gdy już ich znajdziesz, doceniaj ich za to czego mogą cię nauczyć i staraj się ich słuchać, kiedy będą mowić coś o tobie, nie ważne jak złe lub dobre by to było. Przede wszystkim jednak ufaj im, co okaże się być najtrudniejszą rzeczą, jednak najlepszą z możliwych.


A Wy po prostu przeczytajcie, bo jestem ciekawa, czy tylko ja się tak zachwycam! :)

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Lampiony // Katarzyna Bonda

Lampiony // Katarzyna Bonda


Mam ostatnio jakąś zawieszkę na pisanie, czytanie i wszystko wokół. Najchętniej scrolluję Facebooka, przypominając sobie raz po razie co i na kiedy muszę zrobić. Myśli te jak szybko przychodzą do głowy, tak szybko z niej wychodzą. Działam w myśl, że jak masz na coś miesiąc czasu, najlepiej rób to dwa dni przed terminem. Miej miesiąc na napisanie eseju, pisz go dzień przed oddaniem, wydrukuj notatki z wyprzedzeniem, ale czytaj je na ostatnią chwilę. Denerwuj się, ale też nie jakoś panicznie, no bo po co.

Tym samym przypomniałam sobie, chyba robiąc porządki w galerii telefonu, że nie napisałam słowa o Lampionach, choć przeczytałam je dość dawno temu. Nadrabiam (nie tylko seriale) więc.

Po wydarzeniach w Hajnówce, Sasza Załuska dostaje pracę w gdańskim oddziale policji. Nie zdąża się tam zadomowić, bo szybko zostaje oddelegowana do nowego zadania w Łodzi. Miasto to staje się terenem groźnych wydarzeń, w których główne skrzypce gra ogień. Mianowicie w Łodzi dochodzi do ogromnej ilości pożarów. Mnożą się napady na bezdomnych, cudzoziemców. Dochodzi do jawnych aktów homofonii i antysemityzmu. Jednym słowem, dzieje się dużo. Czy Sasza rozwiąże te wszystkie zagadki? Żeby się dowiedzieć, sami musicie sobie przeczytać, ha!

Głównym bohaterem Lampionów jest Łódź, która nie tylko staje się tłem wszystkich zdarzeń, wypadków i ludzkich historii, ale sama w sobie jest bohaterem, czymś, bez czego to wszystko by się nie działo. Ogniwem zapalnym, wywołującym u ludzi bardzo różne uczucia – jedni uwielbiają to miasto, nie wyobrażają sobie mieszkania w innym, sławią go ponad wszystko, inni zaś wydaje się że żyją tam z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, może przymusu.  A dzieje się w tej Łodzi źle, i kiedy wybucha kolejny budynek, kiedy zostają ranni kolejni ludzie, wreszcie trzeba coś z tym zrobić. Ale jak, skoro nikt nic nie mówi, wszyscy kłamią, a w zasadzie to Sasza jest tu nowa i tak naprawdę nie wie wszystkiego? 

Jednym z najmocniejszych zarzutów kierowanych do pani Bondy jest taki, że jej powieści mają zbyt wiele wątków, i czasami jest się trudno połapać kto, z kim, gdzie i dlaczego. Po części się z tym zgadzam, co powiedziałam już przy okazji Pochłaniacza, jednak nie uznaję tego za wadę, lecz za urozmaicenie. Co prawda zdarza i zdarzało mi się momentami zapomnieć czyjegoś imienia, czy źle dopasować go do osoby, wystarczyło wtedy cofnąć się o stronę – dwie i zobaczyć, co w trawie piszczy. Moim jedynym zarzutem odnośnie Lampionów może być objętość. No naprawdę, liczyłam na jakieś opasłe tomisko pokroju na przykład Okularnika, a jak wzięłam kopertę do ręki to miałam takie trochę mieszane uczucia.


Te jednak rozmywały się z każdą kolejną stroną czytania. Jeżeli podczas lektury poprzednich części twierdziłam, że jestem nimi oczarowana, to teraz mogę czuć się oczarowana sto razy mocniej. Ciekawy zarys społeczeństwa, Łodzi, miasta którego tak naprawdę nikt nie rozumie jak rdzenni jego mieszkańcy, szaleństwa, które czasem może doprowadzać do tragedii, ale przede wszystkim tego, że z niektórymi nie warto zadzierać, bo może się to różnie skończyć.  Choć smutno mi w tym momencie, że sama postać Saszy trochę została zepchnięta na boczny tor (ale to da się wybaczyć, sami powiecie, jak przeczytacie), jestem niezwykle Lampionami zadowolona, i nie mogę doczekać się kolejnej części (bo końcówka jest trochę niepokojąca). 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu MUZA



wtorek, 22 listopada 2016

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

Nie wiem jak Wy, ale ja czuję się w tym roku rozpieszczona przez panią Rowling. Od premiery „Insygniów śmierci” minęło przecież pięć lat, i od tamtej pory była zupełna posucha, coś tam się cały czas mówiło, że „kiedyś”, że „może”… A teraz, w jednym roku, i książka i film. Czy to już niebo? 

Na „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” nie mogłam nie pójść. Dlatego zaraz po premierze zarezerwowałam bilety, zwerbowałam koleżankę… I po raz kolejny dałam się wciągnąć do magicznego świata. 

Bohaterem „Fantastycznych zwierząt...” jest Newton Skamander, młody pisarz zajmujący się, co łatwo się nasuwa, magicznymi zwierzętami. Co więcej, chce oswoić ludzi z myślą, że nie są one groźne, jeśli wiemy jak się z nimi obchodzić. Po części dlatego pojawia się zimą 1926 w Nowym Jorku. Z niepozornie wyglądającą walizką w ręce wysiada w porcie, i wtedy wszystko się zaczyna. A w zasadzie zaczynają się kłopoty, w które  zupełnie przypadkowo zostaje wplątany nie tylko on, ale i kilka innych osób, które wpadają na siebie w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim momencie. A później jest tylko gorzej.

Gorzej dla nich, ale lepiej dla nas, widzów, którzy mogliśmy się napatrzeć trochę na ten magiczny świat w zupełnie innych realiach. Oto bowiem magia opuściła mglisty Londyn i wybrała Nowy Jork by tam zrobić, za przeproszeniem, rozpierduchę godną niejednego filmu akcji. Wyszło jak najbardziej okej, ale ja mimowolnie cały czas oglądałam się za Londynem. Przyzwyczajenie. Bohaterów polubiłam, nie wiem czy dlatego że są fajni, że chcą dobrze a niekoniecznie im to wychodzi, czy dlatego że aktorzy się w nich wcielający są po prostu dobrani idealnie. Newton jak Newton, jest trochę zagubionym chłopakiem, który z walizką pełną dziwnych zwierząt przybywa do Ameryki, nie wiedząc konkretnie co go tu czeka. Co dziwne, zaraz po naszym Skamanderze na moim podium ulubionych bohaterów plasuje się postać Jacoba Kowalskiego (tak, tak!), biednego niemaga (nowojorskie określenie mugola), który ma w zasadzie o wiele ciekawsze rzeczy do robienia niż latanie za czarodziejami, a koniec  końców jest tak bardzo uroczy, że przez większość czasu jak tylko otworzył buzię ja z koleżanką byłyśmy jak „aaaawwwwwww”. 



Dużo też mówiło się o Colinie Farrellu i Johnym Deepie, że jak to tak ich wybrać do magicznego filmu, że oni w ogóle nie pasują do tego uniwersum i w ogóle do widzenia. No to ja chciałam tylko powiedzieć, że nie martwcie się bo Farrell spisał się na medal, a Johny Deep miga gdzieś przez jakieś dziesięć sekund i naprawdę nie zdąży się człowiek na niego napatrzeć (a jest na co), a jego już nie ma. A na film warto iść chociaż po to, by się popatrzeć na Eddy’ego, bo ja powiem tak: jak on się uśmiecha, to uśmiechała się cała sala, a przynajmniej kobieca część. No  i przez większość filmu miał trochę obłąkane spojrzenie, więc chyba nie jest typem, któremu powinno się bezgranicznie zaufać… no ale to Eddie więc wiadomo. 

Jak na film, który rzekomo powstał po to by przyciągać hajs i więcej hajsu i sam hajs, wyszło bardzo fajnie. Jest magia, są czary, jest ta piękna i wspaniała otoczka świata, na którym niejako się wychowaliśmy. Czy można chcieć czegoś więcej? Tak, kolejnych części, bo o ile wcześniej sądziłam że ich chyba tym razem serio coś zabolało to teraz jestem jak najbardziej na tak. A na dokładkę obejrzę sobie dzisiaj którąś z siedmiu części poprzednich filmów, bo chyba się stęskniłam.

Byliście już w kinie, albo chociaż planujecie się wybrać? ;)

*Zdjęcia pochodzą ze strony Multikina.

środa, 16 listopada 2016

10 faktów o mnie - Liebster Blog Award 2016

10 faktów o mnie - Liebster Blog Award 2016


Na samym początku chciałam bardzo podziękować Kai z Do kawy blog za nominację, i tak wielkie wyróżnienie. Nie wiedziałam, że wypisanie o sobie dziesięciu faktów będzie takie trudne. Na samym początku wydawało mi się, że uwinę się z tym raz dwa, a tu no, wyszło trochę inaczej. Mam jednak głęboką nadzieję, że Was jakoś wybitnie nie zanudziłam, a i dowiedzieliście się czegoś ciekawego. A Kai jeszcze raz dziękuję ;)

Uwielbiam chodzić w koszulach. Serio, gdybym miała wybrać jedną ulubioną część garderoby, naprawdę byłyby to koszule. Najchętniej zapięte na ostatni guziczek, pod samą szyję. Czy grube flanelowe, zakrywające tyłek, czy te słodkie z motylkami, kokardkami i pandziami. Co więcej – gdy idę do sklepu, nawet po coś konkretnego, to jak zobaczę jakąś ładną to nie odpuszczę. Będę chodziła, przymierzała, aż pewnie po jakimś czasie sobie kupię. I od razu uprzedzam – coś takiego jak za dużo koszul nie istnieje. Jakby ktoś miał wątpliwości.

Wnoszę podejrzenia, że telefon mam przyczepiony rzepem do dłoni. Jeżeli miałabym czegoś zapomnieć, wychodząc z mieszkania, na pewno nie będzie to telefon. Jego pierwszego wkładam do torby/kieszeni i zanim zamknę za sobą drzwi, milion razy sprawdzam czy na pewno go ze sobą mam. Dzięki temu bądź przez to (jak kto woli) cały czas jestem dostępna. Na messengerze, twitterze czy facebooku. Każde powiadomienie odczytuję na bieżąco, tak samo odpowiadam na wiadomości dziwiąc się później, że ten ktoś nie odpisuje mi w okamgnieniu. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie mają jednak życia i to jest smutne. Hahahaha. Nie. To całkiem śmieszne. Na razie ;) .

Kiedyś myślałam, że nie ma niczego gorszego i bardziej stresującego od wystąpień publicznych. Wiecie, wyjście przed grupkę ludzi, mówienie pewnym głosem – ohoho, zupełnie nie moja bajka. A że na studiach dużo było prezentacji, które trzeba było przedstawiać… Robiłam wszystko, by nie musieć się odzywać.  Gorzej, jeśli idzie o rozmowy telefoniczne. Choć wiem, że nikt mnie nie widzi, choć wiem że zazwyczaj moi rozmówcy mają mnie w tyłku, to… po prostu nie znoszę. Gdy muszę zadzwonić spytać się o zamówienie, umówić się na jakąkolwiek wizytę gdzieś, oblewa mnie zimny pot. Zaszywam się więc z telefonem w najbardziej ustronnym miejscu, takim, z którego nikt mnie nie usłyszy, na kartce zapisuję po co dzwonię i o co mam spytać… a i tak, podczas rozmowy, łamie mi się głos, gadam od rzeczy i na pewno nie robię dobrego wrażenia. Świat byłby o wiele prostszy, gdyby takie sprawy można było załatwiać poprzez e-maila. Serio.

To, że byłam dziwnym dzieckiem a teraz jestem dziwnym młodym dorosłym wiadomo nie od dziś. Będąc jeszcze w podstawówce, gdzie chyba nauczyciele sprawdzali nasze zeszyty, jak starannie je prowadzimy, miałam taką małą manię. Jak tylko coś pokreśliłam w zeszycie, natychmiast musiałam dostać nowy zeszyt, by go… przepisać. Serio, byłam w stanie przepisać dziesięć lekcji tylko dlatego, że na jednej stronie przekreśliłam dwa wyrazy. Bardzo to godziło w moją szeroko pojętą estetykę – bolały mnie po prostu oczy, jak na to patrzyłam. Taka „wrażliwość” została mi chyba do dzisiaj, choć niekoniecznie w takiej samej postaci. Teraz bardzo lubię wyjustowany tekst, ładnie dobrane fonty (nie czcionki, jak to mówiła pani na zajęciach, czcionki to się na kamieniach odciskało, w komputerze są FONTY) , akapity i tym podobne.  Na takie rzeczy jestem wyczulona….

… stąd też kolejny punkt, czyli bycie grammar nazi. W większości wypadków nie robię tego specjalnie, ale błędy gramatyczne i jakiekolwiek inne związane z wysławianiem się i pisaniem po prostu kłują mnie w oczy. Staram się hamować i nie zwracać wszystkim naokoło uwagi, ale to bardzo trudne. Schemat zawsze jest ten sam. Widzę błąd, patrzę na klawiaturę by oszacować czy to może być błąd przypadkowy czy specjalny. W wypadku tego pierwszego jestem jeszcze w stanie przymknąć oko, wobec drugiego – no niekoniecznie.  Podobno ze mną w ogóle bardzo trudno się pisze, bo wszyscy się boją tych błędów w moim towarzystwie popełniać. A na dowód tego, że jestem dziwna, to wczoraj byłam w kinie na nowym Pitbullu, i już nie pamiętam w której scenie, ale kamera najeżdżała na ekran komputera, i ja nie zauważyłam tego, co powinnam ale… błąd ortograficzny, którego nomen omen, w następnym ujęciu już nie było.  Także wiecie. Postępująca choroba umysłowa.

Mam zerową orientację w terenie. Do tego stopnia, że mieszkając od kilku dobrych lat w Krakowie nadal mam problemy z dojściem z rynku nad Wisłę… bez nawigacji w telefonie. Co więcej, domyślam się, że gdyby nie nawigacja i aplikacja JakDojadę, zginęłabym tu już pierwszego dnia i pewnie do tej pory bym się nie odnalazła. Zaprawdę powiadam, jestem ostatnią osobą, którą pyta się o drogę, nazwę ulicy czy cokolwiek z tym związane. Ja po prostu nie wiem. I nawet jak sprawdzę, to będę pamiętać przez chwilę. I zapomnę. No bo to nie są po prostu rzeczy, które muszę pamiętać. Trasy, które pokonuję codziennie mam opanowane, inne z kolei zawsze da się wyczaić w Internecie.

Jestem introwertykiem. Nie lubię wielkich zgromadzeń ludzi, jak wyżej napisałam – wystąpienia publiczne sprawiają mi problem, baterie najlepiej ładuje mi się we własnym towarzystwie. To nie jest jednak tak, że ja tych ludzi nie lubię. Po prostu w za dużych ilościach działają mi na nerwy, spinam się, źle się czuję i wolę wracać do swojej samotni. Zamiast imprezy w piątkowy – czy każdy inny – wieczór wybiorę wieczór z ulubionym serialem, książką czy po prostu, rozmawiając z kimś prze internetowy komunikator. Kiedy jednak chodzi o bliższe memu sercu osoby, w których towarzystwie dobrze się czuję, ta swoboda jest większa. W tym miejscu wypada przyznać, że nigdy nie byłam w klubie, i w najbliższej przyszłości się nie wybieram. Od zacieśniania więzi w tłumie są koncerty, o.

Co do koncertów, nie chodzę może na jakieś spektakularnie wielkie i popularne. Byłam cztery lata temu na Coldplay’u, w czerwcu na Maroon5. Nałogowo chodzę jednak na koncerty polskiego zespołu happysad. To już zupełnie automatyczny odruch, gdy dowiaduję się o koncercie, potulnie idę po bilet, staję pod sceną, napatruję się na chłopaków, zbieram energię, ładuję się nią by starczyło do następnego spotkania.  I nie, wcale nie jestem psychofanką. Nie dostałam jeszcze zakazu zbliżania się, choć przecież wszystko przede mną!

U W I E L B I A M frytki.  No po prostu większego szaleńca frytkowego ode mnie nie znajdziecie. Mogłabym jeść na śniadanie, obiad i kolację i istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że tak szybko by mi się to nie znudziło ani nie przyjadło. Oczywiście domowe są najlepsze, najsmaczniejsze i w ogóle naj. Ale innymi także nie pogardzę. To tak na przyszłość, jakby ktoś mnie chciał na obiad zaprosić. Frytasy mogą być.




Po dziesiąte, nienawidzę oglądać seriali czy filmów z lektorem, który swoim beznamiętnym głosem jest w stanie zepsuć i rozładować każde, dosłownie każde napięcie w oglądanym przeze mnie filmie/serialu. Co więcej, skoro już tak łatwo zrezygnowałam z lektora, staram się zrezygnować również z polskich napisów i oglądać wszystko, jeśli tylko jest taka opcja, w wersji oryginalnej. Kiedy mam jednak jakieś kłopoty ze zrozumieniem, włączam napisy ale angielskie, dzięki którym wiem, co mówią aktorzy, a gdy jest taka potrzeba, łatwo sprawdzam nieznane mi słowo w słowniku. Odkryłam, że jest to – podobnie jak czytanie książek po angielsku – doskonała forma nauki języka. Chyba nie ma niczego lepszego niż łączenie przydatnego z pożytecznym ;)

Ufff. Udało mi się jednak. Gdzieś po piątym podpunkcie straciłam jakiekolwiek nadzieje, że uda mi się to napisać. Nie wiedziałam, że jestem tak nudnym człowiekiem, a najbardziej radosny faktem o mnie jest ten, że jestem grammar nazi albo lubię wcinać frytki, jak nikt nie patrzy. Otóż: nie, nie podzielę się, jakby ktoś pytał. Frytki są tylko moje. A, jak widać, człowiek uczy się przez caaaałe życie!

Żeby radość związana z tym wyzwaniem szła dalej, nominuję:

Złodziejka-Książek,
Biblioteka Pod Marcepanem.

Życzę powodzenia, drodzy nominowani! :)

Ps. Zdjęcia, których użyłam, po części są moim dziełem, reszta znaleziona w internecie, stron nie pamiętam bo mam je zapisane w folderach.

sobota, 12 listopada 2016

CzytajPL

CzytajPL


Rok temu, przy okazji tej książki, wspomniałam o cudownej akcji CzytajPL, w ramach której na przystankach większych miast można było znaleźć plakaty z kodami QR. Wystarczyło mieć przy sobie telefon, na nim ściągniętą aplikację… a po zeskanowaniu tego kodu można było – całkowicie za darmo! – przeczytać wybraną przez siebie książkę.

Minął rok, a ja – przyznam – zapomniałam o całej sprawie. Nie wiedziałam, czy akcja odniosła sukces, czy pomysł spalił się na panewce. Tym większa była moja radość, gdy pewnego dnia jadąc autobusem czy tramwajem spostrzegłam taki plakat. A później, gdy zaczęłam zgłębiać temat, okazało się, że akcja cieszy się popularnością!

Dla tych, którzy jeszcze w pełni nie pojmują, o co chodzi.

Czytaj PL to taka cudowna, ponoć największa na świecie, kampania promująca czytelnictwo. Choć do końca nie wiem, czy jest z nim tak źle, jak wszyscy mówią. W 16 większych miastach w Polsce, od 2 listopada, pojawiają się plakaty z okładkami 12 bestsellerów i kodem QR, który – zeskanowany przez nasz smartfon bądź każde inne urządzenie mające taką możliwość – umożliwi dostęp do tych książek. Jedynie do końca listopada, ale to nie powinno być wielkim problemem, jeśli ma się przy sobie telefon i jeździ się do pracy/szkoły komunikacją miejską ;) 

Jeśli chcesz podzielić się czytanymi przez siebie książkami ze znajomymi, masz taką możliwość. Wystarczy ze strony czytajPL pobrać specjalne grafiki z kodem QR, zeskanować go, pobrać książki… i umieścić je w swoich kanałach społecznościowych.

Ale to nie wszystko, co możesz zrobić! Możesz, w bardzo łatwy sposób, stać się propagatorem tej akcji. Możesz wydrukować plakat i powiesić go w zaprzyjaźnionym sklepie, domu kultury czy kawiarni w swojej miejscowości. Pobranie tych grafik i plakatów jest oczywiście złożeniem obietnicy rozpowszechniania ich i zarażania czytaniem innych, ale jestem pewna że to ten ciężar, który łatwo udźwignąć ;)  Co więcej, na osoby które zdecydują się na szerzenie akcji, mogą wziąć udział w konkursie, w którym do wygrania są same fajne rzeczy, począwszy od czytnika e-booków Kindle Paperwhite 2, poprzez góóóóórę słodyczy, bony na zakupy w księgarni Woblink, czy inne kody rabatowe na e-booki gwarantowane dla wszystkich uczestników.


Kończąc, organizatorzy tej akcji poszli bardzo na rękę i pozwolili przekazywać poniższy kod dalej tak, by dotarł on do wszystkich chętnych, a nie mogących znaleźć plakatów akcji w swoich miasteczkach. By móc go zeskanować, ze sklepu AppStore lub Google Play wystarczy pobrać darmową aplikację WOBLINK. 

Nie pozostało nic innego jak... Czytać! ;)


wtorek, 8 listopada 2016

Przyjaciele po grób, Śnieżka musi umrzeć // Nele Neuhaus

Przyjaciele po grób, Śnieżka musi umrzeć // Nele Neuhaus
Mój zapłon i chęci do życia pisania oscylują gdzieś na poziomie minus milion, stąd moja tygodniowa nieobecność. Ale już jestem i mam nadzieję pojawiać się tu częściej. Kiedy nie pisałam (a chciałam, tylko nie mogłam) to przeglądałam internet wzdłuż i w szerz w poszukiwaniu jakiegoś idealnego darmowego szablonu, jednak znalezienie czegoś oryginalnego jest trudne. Albo ja wybrzydzam. Pewnie to i to. Poszukiwania zawiesiłam, może wpadnie mi coś w oko ot tak, przypadkowo.

Ehe.

Niemniej. Przychodzę dzisiaj do Was z dwiema książkami pani Nele Neuhaus, której to powieści w zasadzie miałam nie czytać, zniesmaczona wysoce kolejnością ich wydawania w Polsce. Pech czy nie pech, trafiłam na nie w bibliotece i stwierdziłam że może to jakiś znak i dałam szansę. Pomijając fakt że oczywiście nie następują po sobie, a w środku pomiędzy „Przyjaciółmi...” a „Śnieżką...” znajdują się „Głębokie rany”. Ale to tylko taki nic nieważny szczególik.


W „Przyjaciołach po grób” dzieje się dużo. Oto na terenie ZOO jeden z pracowników w terrarium dla słoni znajduje ludzką rękę. Jakiś czas później nasi śledczy, Oliver von Bodenstein i Pia Kirchoff w niedalekim otoczeniu parku zoologicznego znajdują ciało, do którego kiedyś ta ręka należała. Denatem okazuje się być nauczyciel i zapalony ekolog, którego ponoć albo wielbiło się pod niebiosa albo wręcz nienawidziło. Wraz z biegiem śledztwa okazuje się, że wiele osób miało chęć pozbyć się nieżyjącego już mężczyzny, więc znalezienie tego kto naprawdę to zrobił stawało się coraz trudniejsze. Raz po raz na jaw wychodziły coraz to nowe kłamstwa, zależności z siebie wynikające, no po prostu wszystko komplikowało się do granic możliwości.


„Śnieżka musi umrzeć” z kolei koncentruje się na, mogłoby się wydawać – przedawnionym, morderstwie. Z więzienia, po dziesięciu latach wychodzi bowiem oskarżony wówczas o zamordowanie dwóch dziewcząt, mężczyzna. Teraz dobiega trzydziestki, i choć jego życie już nigdy nie będzie takie, jakie chciał kiedyś żeby było, dostaje od losu drugą szansę. Wszystko zaczyna się jednak od znalezienia na terenie wojskowym ciała. Nikt nie wie, do kogo ono należy, ale szybko wychodzi na jaw że ma to chyba związek właśnie z tamtym śledztwem. Które, jak się okazuje, chyba nie było prowadzone tak, jak powinno. Czy ktoś został skorumpowany? Czy winny, który wyszedł z więzienia naprawdę dokonał tego czynu, czy rzeczywiście skoro nic nie pamięta to niczego nie zrobił?

Książki, choć dotyczą zupełnie różnych od siebie spraw, tak naprawdę mają ze sobą wiele wspólnego. W obydwu bowiem tragedie dzieją się w takich społecznościach, które usiłują albo sprawę rozwiązać samemu, albo przynajmniej utrudnić pracę policjantom. Nie bez powodu chyba mówi się, że przeszłości nie trzeba wywlekać bo może narobić więcej szkód, niżby się mogło zdawać. Policjanci jednak, nieustraszony Oliver który na przełomie tych książek musi martwić się nie tylko śledztwami ale swoim życiem prywatnym, które się trochę komplikuje, Pia Kirchoff która też przeżywa uniesienia ale trochę w innym stylu – robią wszystko co w swojej mocy by w jednej i drugiej sprawie znaleźć winnych.

Jestem mile zaskoczona obiema powieściami, i cieszę się, że odrzuciłam tą głupią myśl rewanżowania się na pani Neuhaus za to, że tak a nie inaczej wydają jej książki w Polsce. Nie potrafię powiedzieć, która z nich podobała mi się bardziej, albo które zakończenie, rozwiązanie sprawy zaskoczyło mnie mocniej. Prawda jest bowiem taka, że obie książki, a w zasadzie treść, trzymają poziom. Śledztwa były trudne, podejrzenia oczywiste a winni – nieoczekiwani.
Dlatego jeśli jeszcze wahacie się, czy po książki autorstwa pani Nele Neuhaus sięgać, mówię Wam, że warto. Serio!


*Jedno zdjęcie pożyczone stąd bo zapomniałam go zrobić nim oddałam książkę do biblioteki.

poniedziałek, 31 października 2016

20. Targi Książki w Krakowie

20. Targi Książki w Krakowie
W końcu po trzech latach udało mi się na Targach Książki zdobyć wyłącznie te książki, na które już wcześniej miałam chrapkę, i które właśnie zaplanowałam, że w tych okolicznościach zakupię. Ulga to niesamowita, bo poprzednimi laty  co prawda z pustymi rękoma na pewno nie wracałam, ale zawsze wydawało mi się, jak siadałam do komputera, że chciałam jeszcze taką, siaką a ta kupiona to w sumie może mi nie podejdzie, i tak dalej i tak dalej. W tym roku więc, nauczona doświadczeniem spisałam w telefonowym notatniku tytuły upragnionych książek, obok nazwę wydawnictwa… I voilà. 

Stosik może nie jest powalająco wielki, ale w pełni zadowalający.



Od dołu:


  • „Trzy po 33” J. Bralczyk, A.Markowski i J. Miodek – Przyznam, o tej książce dowiedziałam się na kilka dni przed targami, ale od razu poczułam że muszę ją mieć. W zeszłym roku z targów przytachałam Wszystko zależy od przyimka, która to książka bardzo skradła moje serce, mam więc wielką nadzieję że i tym razem też tak będzie.
  • „Małe życie” Hanya Yanagihara  - Hit ostatnich miesięcy, przed którym broniłam się długo… ale chyba nieskutecznie. Mam nadzieję, że się nie zawiodę!
  • „Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym”  Maciej Czarnecki – W ostatnim roku reportaże o Norwegii skradły moje serce, nie mogłam więc ominąć i tego zwłaszcza, że ma tak piękną okładkę, że… 
  • „Slow life” Joanna Glogaza -  „Slow fashion” bardzo mi przypadło do gustu, na Slow life czaiłam się od dawna… I w końcu się skusiłam.
  • Skusiłam się również, natchniona przez liczne promocje w sklepach z e-bookami na zakup Immunitetu Remigiusza Mroza, której to książki miałam na razie nie czytać, ale to wiadomo jak to jest z takimi postanowieniami.

Jak widać zakupy zrobiłam dosyć racjonalne, co nie zmienia faktu że jestem z nich niezmiernie zadowolona. Co do niektórych książek długo się opierałam, albo gdzieś miałam na oku ale jakoś nam było nie po drodze. Tak samo chyba jak nie było po drodze pogodzie, która, jak tak zaczęłam myśleć, w te targi chyba nigdy nie dopisywała. Zawsze dotrze tam człowiek na tą Halę Expo przemarznięty do szpiku kości, nie wspominając już nawet o tej trasie, którą trzeba pokonać wysiadając nawet pod M1. 

Ponarzekać sobie można, ale wiadomo że co roku się wraca z jeszcze większa chrapką i radością. Nie straszne są nawet tłumy ludzi przeciskających się między stanowiskami, bo jeśli tak „nie czytamy”, to ja chyba tego będę sobie i Wam na przyszły rok życzyła. Takiego „nie czytania”!   

A Wy byliście na Targach Książki w Krakowie? Upolowaliście coś ciekawego? :) 

środa, 19 października 2016

seriale na jesienne wieczory

seriale na jesienne wieczory
Nie wiem czy to wina tej ponurej aury za oknem, ale ostatnimi czasy czytanie idzie mi strasznie. Wieczorem najczęściej zasiadam przed komputerem by obejrzeć zaległe odcinki seriali, które już śledzę albo by zacząć nowe. Zazwyczaj dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że jeżeli zacznę kolejny serial i znów będę chciała być z nim na bieżąco, prawdopodobnie braknie mi czasu na studiowanie, bądź – co gorsza – na spanie. Nie żeby mnie to jakoś zbytnio martwiło. Takie myśli przecież zazwyczaj jak szybko przychodzą, tak i odchodzą więc nie ma się co martwić na zapas.

Jakiś czas temu pisałam o moich top 10 serialach. Od tamtej pory minęło jednak trochę czasu, powstały nowe seriale, ja zainteresowałam się zaś kolejnymi i tak znów uzbierało mi się tego trochę a z racji mojej piśmienniczej posuchy pomyślałam: czemu nie napisać o serialach czyli o tym, co tygryski lubią najbardziej?  ;) Mam nadzieję, że uda mi się Was w jakimś, małym chociaż stopniu, zaciekawić. Będę również wdzięczna za polecenie w komentarzach jakiś cudeniek, bo przecież seriali albo filmów nigdy mało!



Prokurator 
Serial, obok którego nie mogłam przejść obojętnie. A to z prostego powodu – scenariusz napisali bracia Miłoszewscy, co czuć od pierwszej sceny aż do ostatniej. Poza tym brakowało mi jakiegoś dobrego polskiego serialu kryminalnego. Doczekałam się. Bezbłędny Jacek Koman w roli tytułowego prokuratora Kazimierza Procha, Jacek Zieliński jako komisarz Witold Tielak… A w tle Warszawa, ludzkie tragedie – te mniejsze czy większe, aż w końcu przeszłość od której nie tylko nie da się uciec, ale nie da się nawet zapomnieć.  A tak naprawdę to pokochałam Prokuratora za wyszukane dialogi, żarty które rzeczywiście śmieszą i pewną niebanalność, która wyróżniła go spośród innych polskich seriali.


Sherlock BBC  
Ojesu. Na początku spytałam sama siebie: dlaczego nie umieściłam Sherlocka w poprzednim serialowym poście?? Po czym dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że… przecież obejrzałam go dopiero w styczniu tego roku. Poza tym byłam na siebie zła, że tyle z tym zwlekałam, a teraz muszę przyznać że jest mi smutno że tyle trzeba czekać na kolejny sezon. Niemniej. Bezbłędny Benedict Cumberbatch w roli Sherlocka, Martin Freeman jako dzielny dr Watson, w tle mroczny Londyn aż w końcu historie, które mrożą krew w żyłach. Jest też piękny brytyjski akcent, którego się chce słuchać i słuchać, piękne ujęcia, aż w końcu fabuła, w którą jak się człowiek wkręci, tak nawet nie zobaczy gdzie i kiedy i jak minęło półtorej godziny (bo tyle trwa jeden odcinek). Jedyną wadą – tak, mówię o tym na głos – jest fakt, że Sherlock ma tylko trzy trzyodcinkowe sezony, a kolejny czwarty – i być może ostatni – dopiero gdzieś w przyszłym roku. Tak czy siak, jeśli nie oglądaliście musicie to nadrobić. Serio. Musicie. Po prostu musicie.



Belfer
Moje najnowsze odkrycie. W ogóle mam wrażenie, że moje serialowe wybory zależą w głównej mierze od tego, kto pisze scenariusz (w tym wypadku Jakub Żulczyk, tak że rozumiecie powagę sytuacji, rozumiecie??) albo kto jest w jego obsadzie (Maciej Stuhr, tym bardziej musicie mnie zrozumieć).  Niemniej, i tym razem serial sam się broni przed oskarżycielskimi komentarzami pod tytułem: przecież liczy się historia a nie to, kto tam twarz i siebie w tej telewizji pokazuje. Otóż, nieprawda. Od razu milej się ogląda. Niemniej. W małym miasteczku dochodzi do tragedii. Śmierć ponosi młoda dziewczyna, uczennica liceum. Tego samego, w którym w tym samym czasie – zupełnie przypadkowo, pracę rozpoczyna Paweł Zawadzki (Maciej Stuhr), który przenosi się do Dobrowic z Warszawy. Nauczyciel rozpoczyna własne śledztwo jakby zupełnie nie zdając sobie sprawy, że jest tutaj nowy i nikt nie będzie chciał z nim rozmawiać. Choć wyemitowano dopiero cztery odcinki, jestem pod wielkim wrażeniem. Belfer to nie tylko dobrze dobrana obsada (np. Magdalena Cielecka, Krzysztof Pieczyński, czy Łukasz Simlat), ale również historia, która tak naprawdę mogłaby się rozegrać w każdej małej społeczności gdzieś na peryferiach. Idealny przegląd ludzkich zachowań, uprzedzeń i stereotypów. Pikanterii dodaje fakt, że ponoć sami aktorzy w trakcie kręcenia ostatniego odcinka zastrajkowali, że jeżeli nie dowiedzą się, kto zabił, nie będą dalej grali. Polecam z całego serducha. Polskie seriale naprawdę przeżywają dobry czas!


How To Get Away With Murder
Kolejny serial kręcący się wokół morderstw. I o ile w przypadku poprzednich mogę z czystym sercem powiedzieć, że je ogarniam, tak tego w ogóle (co jednak nie przeszkadza mi w oglądaniu i towarzyszeniu bohaterom w coraz to dziwniejszych sytuacjach). How to Get away with murder to tak naprawdę historia o tym, jak wybitna prawniczka (w tej roli Viola Davis) wraz ze swoimi studentami zostaje wplątana w morderstwo, z którego tak trudno się jest wyplątać. Koniec końców wplątują się w jedne kłopoty za drugimi, każda akcja ma swoją reakcję, każde zdarzenie doprowadza do mniejszych tragedii. Annalise Keating, doświadczona prawniczka wprowadza swoich uczniów w bezwzględny świat prawniczy, świat w którym nie liczy się ani prawda, ani tym bardziej fakty – liczy się to jak bardzo można kimś zmanipulować po to, by osiągnąć wyznaczony przez siebie cel. Choć, jak już przyznałam wyżej, trochę się pogubiłam w tym co, kto kogo i dlaczego zabił, nadal jest to świetne show, przy którym nie sposób się nudzić.

Pakt 
Jestem nudna. Wiem. Ale to znowu coś a’la serial kryminalny, znowu polski, znowu wyśmienity i znowu godny polecenia. W roli głównej Marcin Dorociński, który wciela się w postać Piotra Grodeckiego, dziennikarza śledczego który wpada na trop oszustwa w międzynarodowej korporacji. Okazuje się w tym momencie, że czasem ambicje lepiej odstawić na bok, zapomnieć o chęci bycia bohaterem, wyrzucić z głowy pomysł o dążeniu do prawdy – ta lepiej, żeby czasem została niewykryta. Powstał dopiero jeden sezon, drugi chyba jakoś w listopadzie będzie miał na HBO swoją premierę, ale znów mogę polecić i zapewnić, że na pewno się przy nim nie zanudzicie. Co więcej, mam wrażenie że w końcu będzie można powiedzieć na głos: polskie seriale są dobre. Trzymają poziom. Mogą konkurować z tymi zagranicznymi. Oglądaliście?

Dobra. W tym miejscu zdałam sobie sprawę, że tematyka większości seriali, które oglądam, kręci się wokół morderstw. To tak jakby ktoś zastanawiał się czy mam dobrze w głowie poukładane czy raczej nie. Odpowiedź sama się nasuwa. 
Takie są jednak moje jesienne wieczory - albo nadrabiam zaległości, albo odgrzewam stare kotlety (bez obrazy, Sherlocku), albo nie mogę się doczekać kolejnych odcinków Belfra, bądź wyczekuję nowego sezonu Paktu. I jak tu skupić się na przyziemnych rzeczach? Niemniej, jestem ciekawa jakie są Wasze przepisy na idealny, jesienny wieczór. Macie jakieś filmy, do których lubicie wtedy wracać, seriale, czy może jednak mimo wszystko zostajecie wierni książkom?A może oglądaliście któryś z wymienionych przeze mnie seriali i chcecie podzielić się swoją opinią - nie krępujcie się!  Opowiadajcie.
Tymczasem ja idę oglądać zaległe odcinki... Singielki. 

Jeszcze małe ogłoszenie parafialne. Postanowiłam założyć nowego Instagrama, który będzie w pełni poświęcony książkom i w zasadzie wszystkiemu, o czym tu piszę. Możecie odobserwować stary profil, a polubić właśnie o TEN :) 


środa, 5 października 2016

Czcij ojca swego // Ela Sidi

Czcij ojca swego // Ela Sidi

Już sam tytuł naprowadza nas, mimowolnie i pewnie nieświadomie na tematykę książki. Może dlatego tyle zwlekałam by o niej napisać (bo otrzymałam ją w połowie sierpnia), ale mimo właśnie upływu czasu nadal zdaje mi się, że nie jestem gotowa by o niej mówić. Bo to nie jest książka w której czegoś bohaterom się zazdrości. To nie jest książka, w której przypatrujesz się co tam się dzieje w niej, i zakładasz,  że skończy się tak albo inaczej.

Książki o przemocy – psychicznej czy fizycznej nigdy nie będą łatwe ani przyjemne w czytaniu. Przyjemność, jeżeli już zakładamy że wynika z czytania i pożerania kolejnych książek, raczej tutaj nie występuje. Dobrym zabiegiem, który wykorzystała autorka zapewne nie po to, by nas rozczulić – a może jednak? – jest dziecięcy narrator.  Główną bohaterką, opowiadającą całą historię, jest kilkuletnia Ania, dziewczynka, która od swoich prawie najmłodszych lat musi zmagać się z ojcem… nie szczędzącym od alkoholu.  W splocie pewnych wydarzeń zostaje na niego „skazana” i od wtedy wszystko przybiera nie taki tor, jakiego by się spodziewała.

Tak naprawdę nie wiem, dlaczego po nią sięgnęłam bo zazwyczaj uciekam od książek o ciężkiej tematyce. Nie wiem czy zachęcił mnie sam opis, może okładka, a może jakiś wewnętrzny głosik mi podpowiedział że warto.  Oczywiście, że warto nawet mimo, że książka momentami jest dość chaotyczna (nadal – narratorem dziecko, można więc wybaczyć), że opowiada o trudnych rzeczach, o życiu niezbyt usłanym różami, życiu dzieci które są pozostawione samymi sobie. W trakcie czytania nachodziły mnie myśli, może trochę głupie, że w porównaniu z tym co tam się dzieje, to człowiek naprawdę miał dobrze, i choć czasem narzeka – choć staram się jak najmniej – to jednak warto to docenić. A takie historie mimo wszystko wbijają w fotel, sprawiają że człowiek docenia to co ma, ale też przenoszą do świata o którym czytamy w gazetach czy oglądamy w wiadomościach. Takie tragedie naprawdę się dzieją, za niejednymi drzwiami, i chyba jedno przesłanie w tym momencie przychodzi mi do głowy: reagować.

Jeśli poczuliście się zachęceni, jeśli jeszcze jej nie czytaliście – polecam ;)


Oesu. Rok akademicki zaczął się z wielkim przytupem. Nie mówię tu tylko o nowej uczelni, która jeszcze trochę mnie przeraża, wizji pisania magisterki skoro dopiero uporałam się z licencjatem, a w ogóle to nie wspominam nawet o pogodzie, która zachęca jedynie do zostania rano w łóżku. Yaay! 

piątek, 23 września 2016

Harry Potter and The Cursed Child

Harry Potter and The Cursed Child
Naiwnie myślałam, że wytrzymam do połowy października na polską premierę. Zaraz jednak po tej amerykańskiej, kiedy w sieci pojawiło się tyle pozytywnych opinii na temat The Cursed Child  zdałam sobie sprawę, że nie tylko nie wytrzymam, ale i pewnie zupełne przez przypadek znajdę jakiś spoiler, który zniszczy mi późniejszą radość z czytania. Poza tym po coś się ten angielski zna, kilka książek się już przeczytało, to i może z tą nie będzie tak źle, myślałam sobie klikając „buy” na angielskim Amazonie. Kiedy kilka dni później kurier wręczył mi paczkę, nie kryłam zdumienia że dotarła ona tak szybko. Śmiałam się nawet, że dotarła szybciej niż niejedna przesyłka zamawiana tu, w kraju. Niemniej. Przez kilka pierwszych dni nie mogłam oderwać od niej wzroku. Nosiłam ze sobą, przeglądałam, zachwycałam się i nie mogłam uwierzyć, że jest moja. W końcu doszłam do wniosku, że ile może leżeć na regale: czas w końcu zacząć czytać. Oszczędnie, po kilka stron dziennie, bo gdybym usiadła raz a porządnie, zapewne przeczytałabym ją za jednym posiedzeniem. A przyjemności trzeba sobie dawkować.


Cała historia tak naprawdę skupia się na postaci młodego  Albusa Pottera, który mimo tego, że jest dość pogodnym chłopcem, zdaje się zupełnie nie radzić sobie z ciężarem bycia synem swojego ojca, TEGO Pottera, którego ludzie mimo upływu lat nadal wynoszą na piedestał. Jego frustrację pogarsza fakt, że rozpoczynając naukę w Hogwarcie trafia nie do tego domu, do którego by chciał. Co prawda znajduje sobie tam dobrego przyjaciela, Scorpiusa Malfoya (ehę!) i niby się z nim dogaduje… Ale jednak wciąż na nazwisko ma Potter i tego nie jest w stanie zmienić. Jego monotonne, smutne i trudne życie zmienia jednak pewna rozmowa, której staje się świadkiem. Bezczelnie ją podsłuchuje, a później sam postanawia wysnuć z niej wnioski… W akcie bohaterskiego czynu, młodzieńcy podejmują próbę uratowania naprawienia świata.  Zupełnie tak, jak ich ojcowie przed laty podejmują się niemożliwego, zupełnie nie zdając sobie sprawy z konsekwencji wynikających z ich działań. As past and present fuse ominously, both father and son learn the uncomfortable truth: darkness comes from unexpected places.


Może dlatego, że nie oczekiwałam od książki niczego specjalnego, jestem nią tak oczarowana. Bo oprócz dobrze napisanej historii, która rzeczywiście wciąga, porywa i zaskakuje, bohaterów, których po prostu nie da się nie lubić (chociażby takiego Albusa, który jota w jotę przypomina swojego ojca przed laty) jest w przeklętym dziecku dużo dobrego humoru, który w połączeniu z takimi czasem kuriozalnymi sytuacjami jest po prostu niezastąpiony.


SNAPE: Sometimes cost are made to be borne. […] DIdn’t I just quote Dumbledore, didn’t I?
HERMIONE: No, I’m pretty sure that’s pure Severus Snape. /  str. 100


Mimo wszystko nie odważyłabym się Przeklętego Dziecka nazwać ósmym tomem historii młodego czarodzieja. Nie tylko dlatego, że ten ów czarodziej jest już dorosłym mężczyzną pracującym w Ministerstwie Magii, ale dlatego, że wszystko to co zamknęło się w siedmiu tomach jest spójną całością, to – jedynie dodatkiem, bez przeczytania którego można żyć, jeśli się tylko ma na to ochotę. Cała historia, która przenosi nas, mugoli, z powrotem do Hogwartu sprawia, że jeszcze raz ma się ochotę sięgnąć po któryś z poprzednich tomów nawet, jeśli od premiery tego ostatniego, „insygniów śmierci” mija już prawie osiem lat. W tym czasie powstało wiele, wiele opowiadań odnośnie tego, jak wyglądał świat po wielkiej wojnie. I o ile za bardzo sobie sami w głowie tych rzeczy nie poukładaliśmy, o ile nasze wizje jesteśmy w stanie pogodzić z tym, co znajduje się na kartach tej powieści, to lektura rzeczywiście może przypaść do gustu. W innym wypadku możemy być jedynie rozczarowani wizją wykreowaną przez autorów tejże książki/sztuki.  

wtorek, 13 września 2016

Żywopłot // Dorit Rabinyan

Żywopłot // Dorit Rabinyan

Liat i Hilmi nigdy nie powinni się spotkać. Los chciał jednak inaczej, życiem rządzi przypadek i stało się jak się stało. Dziewczyna szła na spotkanie, zamiast osoby z którą była umówiona pojawia się Hilmi i tak wszystko się zaczyna. Ona, Żydówka z Tel Awiwu, tłumaczka, on Arab, można powiedzieć wielki artysta. Dzieli ich wszystko, co tylko może dzielić dwójkę osób. Co jednak, gdy iskrzy tak mocno, że nie jest się w stanie przejść obok tego obojętnie?

Przyznaję bez bicia, że nie lubię książek miłosnych. Wydaje mi się, że tyle ile ich już zostało napisane sprawia, że każda kolejna nie jest ani wyjątkowa, ani jedna w swoim rodzaju, nie mówiąc o tym, że nie sposób w ogóle spamiętać, o czym jedna czy druga była. Dlatego miałam pewne obawy, sięgając po „Żywopłot”. Zaufałam opisowi, mając nadzieję, że może ta historia miłosna tym razem naprawdę będzie inna niż wszystkie.

I była. Niestety.

„Żywopłot” opowiada o naprawdę pięknej miłości (może dlatego, że jest zakazana), a ja przez większość czasu czułam jakiś wszechogarniający smutek, który dopadał  -domyślam się – nie tylko mnie, ale pewnie i przede wszystkim bohaterów. Za tym całym „szczęściem”  wynikającym ze znalezienia swojej drugiej połówki, osoby przy której można się czuć bezpiecznie,  chowała się bezwzględna nieuchronność.

Nie zapominam się. Cały czas pamiętam, że to chwilowe, że kiedyś to się będzie musiało skończyć, ale do tego czasu to…

I że to tylko przygoda, sama tak powiedziałaś: przygoda, wyspa na morzu czasu…

Nie dało się z nią walczyć, nie dało się jej pokonać. Po prostu była, trzymała wszystkich w garści, nie chciała słyszeć słowa sprzeciwu. 

Tam, gdzie człowiek nie ma wolności, gdzie jego los z góry jest przesądzony nie ma miejsca na szaleństwa. Te, które się wydarzyły, nie powinny mieć miejsca. Dlatego „Żywopłot” jest nie tylko smutny, ale i prawdziwy. Bo w niektórych przypadkach, czytając inne książki można sobie powiedzieć: ot, to tylko fikcja literacka. Tak się nie dzieje. Nie w tym wypadku.

Pochłonęłam ją w jeden dzień, ale by o niej napisać – jakoś składnie, nie mogłam się zebrać. Nie wiem, czy lubicie takie książki, ale jeśli lubicie się czasem przełamywać, „Żywopłot” polecam, tak po prostu.


poniedziałek, 12 września 2016

PRZEDPREMIEROWO // Szumowiny Jørn Lier Horst

PRZEDPREMIEROWO // Szumowiny Jørn Lier Horst



Przed Wistingiem kolejne ciężkie śledztwo. Cztery odrąbane lewe stopy wyrzucane na brzeg w Stavern w ciągu jednego letniego tygodnia nie wróżą niczego dobrego. „Dotychczas najtrudniejsze śledztwo” powtarzają wszyscy jak mantrę, próbując dociec prawdy. Okazuje się jednak że te szczątki ciał są jedynie wierzchołkiem góry lodowej, a poczynania mordercy zaś jedynie rozliczeniem się z ciążącą na jego barkach przeszłością.

„Szumowiny” to według mnie najlepsza z dotąd wydanych  książek pana Horsta. Cała historia, jej tło, ta przeszłość co wychodzi raz po raz i zaskakuje i zdumiewa, bohaterowie trochę już zmęczeni natłokiem spraw, aż w końcu ten jeden morderca, co to wciąż pomimo wszystko pragnie zemsty. Jest Line, która jak zwykle w swoim zwyczaju pojawia się tam, gdzie trzeba zupełnie przypadkowo. Jest temat więzień, kar i tego, czy one rzeczywiście jakoś wpływają na osadzonych. O tym, jak wygląda życie po wyjściu z więzienia, czy słowa więzienie i resocjalizacja powinno się używać w jednym zdaniu, aż w końcu straszna prawda, kłamstwa z przeszłości i zemsta. Zresztą trochę nieudana, co by nie powiedzieć.  

Choć czytałam ją długo, bo na równi z Harrym Potterem, którego nadal sobie dawkuję w strachu, że zaraz się skończy, jestem na tak. Nadal nie mogę się doczekać momentu w którym przeczytam sobie wszystkie części chronologicznie, ale muszę przyznać że coraz mniej mi ten za przeproszeniem bajzel ciąży. Wystarczy nie patrzeć na życia prywatne bohaterów, skupić się na śledztwie – dosyć ciekawym – i wtedy można czytać, dniem i nocą.


Jeśli jesteście fanami kryminałów i znacie wcześniejszą twórczość pana Horsta, zapewne nie muszę Was zbytnio do nabycia tej książki namawiać. Jeśli zaś czujecie się – po raz kolejny! – zaciekawieni, wiecie, co macie robić. 

czwartek, 8 września 2016

Zanim się pojawiłeś // Jojo Moyes

Zanim się pojawiłeś // Jojo Moyes
Moje przygody z bestsellerami zazwyczaj nie kończyły się zbyt pomyślnie. Sięgałam po nie tylko dlatego, że przeczytałam wiele dobrych i pochlebnych komentarzy, dlatego że wydawało mi się, że skoro wszystkim się podoba to zapewne i mi też… No, jak to się kończyło to wiadomo, może jedna na kilka książek rzeczywiście przypadła mi do gustu, ale nic więcej.

Dlatego też moje podejście do „Zanim się pojawiłeś” było raczej oschłe i na dystans. O książce usłyszałam jakoś przed premierą filmu, czułam się atakowana przez plakaty, zapewnienia że na to trzeba iść do kina, no po prostu tej premiery przegapić nie można. Odczekałam więc troszkę, a kiedy nadarzyła się taka okazja – zupełnie przypadkowo, stwierdziłam: nooo dobra, no może tym razem będzie OK.



Czego by dobrego o niej nie powiedzieć, bo koniec końców to naprawdę dobrze napisana powieść, która przez cały czas trzyma w napięciu, sprawia że człowiek raz czy nawet dwa uroni łzę, będzie trzymał kciuki za bohaterów, to sam pomysł na historię… Nie jest zbyt oryginalny. Wiadomo, zależnie od autora i tytułu powieści zmieniają się okoliczności „łagodzące”, ale znów dochodzę do smutnego wniosku, że połączenie miłości i choroby to idealny sposób na zarobienie większej ilości pieniędzy. Bo nie da się nie rozckliwić, czytają to. No po prostu nie ma mocnych.

Bohaterowie, jak zwykle zresztą poznają się w odpowiednich momentach swoich żyć. Lou Clark potrzebuje pracy, z kolei rodzice Willa potrzebują osoby która zaopiekuje się ich sparaliżowanym od stóp do głów synem.  Dwójka młodych dorosłych nie pada sobie w ramiona od samego początku, bo przecież różni ich wszystko co tylko może dwójkę dorosłych osób różnić. Ona ledwo wiąże koniec z końcem, on zaś nie ukrywa że pieniądze, które posiada czynią go lepszym człowiekiem od innych.  Nic to jednak. Powoli się do siebie jednak przekonują, a takim momentem który wszystko zmienia w ich relacji jest rozmowa, którą przypadkiem podsłuchuje Lou. Od tamtej chwili ma tylko jeden cel: przekonać Willa że życie, nawet z perspektywy unieruchomionego człowieka warte jest każdej siły wkładanej w walkę z nim i z samym sobą.


Zanim jednak zaczęłam ją czytać, miałam pewne i dla siebie zrozumiałe obawy – a co jeśli format, pomysł na łączenie tematu choroby z miłością, w końcu się wyczerpał?  Co jeśli trafię na łzawą historię, która w zasadzie nic ciekawego ze sobą nie wniesie? Szczęśliwie okazało się jednak, że mimo tej leciutkiej przewidywalności otrzymujemy powieść pokrzepiającą i przywracającą momentami wiarę w ludzi. Powieść o nieuchronności ludzkiego życia, przesączoną smutkiem ale i radością. Mieszanka tych wszystkich emocji, czasem skrajnych od siebie sprawiła, że przeczytałam „Zanim się pojawiłeś”… chyba w jeden dzień. Może nie uwzruszałam się nad nią tyle co nad filmem (który obejrzałam tego samego wieczora), jednak jestem bardzo mile zaskoczona. Jeśli jednak lektura „Me before you” jeszcze przed Wami, nie czekajcie, bo warto ;)

*zdjęcie pochodzi z cosmopolitan.pl

poniedziałek, 5 września 2016

KUBA. Autobiografia // Małgorzata Domagalik, Kuba Błaszczykowski

KUBA. Autobiografia // Małgorzata Domagalik, Kuba Błaszczykowski

Każdy człowiek trafia czasem w życiu na książki, po których nie może się, mówiąc kolokwialnie, ogarnąć. Niezależnie od tego, jak bardzo by się chciało do tego co się przeczytało nabrać dystansu, w większości wypadków jest to po prostu niewykonalne.



Małgorzata Domagalik i Kuba Błaszczykowski. Wnikliwa, a może nawet i przenikliwa dziennikarka oraz piłkarz, który przeżył niejedno. Ogromna tragedia, której był świadkiem, nie sprawiła jednak że się poddał czy zrezygnował z realizacji swoich marzeń. W to, by znaleźć się na szczycie – choć sam w żaden sposób nie uważa się za wyjątkowego, włożył wiele siły. Dużo go to kosztowało, jeśli jednak teraz bawiące się na podwórku dzieci, zamiast „chcę być Ronaldo” krzyczą „ja jestem Błaszczykowski” to chyba było warto.

Jeśli liczysz na sensację, nie sięgaj po tę książkę bo się zawiedziesz. Nie znajdziesz tu pikantnych szczegółów z życia światowej klasy piłkarza. Nie znajdziesz afer, niedomówień, pikantnych szczegółów. To, co tu znajdziesz i to, co na pewno ci się spodoba to... Kuba. Tata, mąż, piłkarz. Osoba o światowej sławie, która mimo ogromnej tragedii nie popadła się, choć miała ku temu wiele sposobności.  

Oprócz samej rozmowy między panią Małgorzatą a  Kubą, w książce znajdziemy też wypowiedzi trenera Dortmundu, trenerów reprezentacji Polski, z którymi Błaszczykowski współpracował, jego przyjaciół z Truskolasów czy rodziny, która oczywiście mówi o nim dobrze, ale też nikt nie tuszuje przeszłości, która właśnie przez to co się wydarzyło, była dosyć burzliwa.

Jestem oczarowana, a jednocześnie pełna podziwu. Siła zaparcia, chęć walki, dystans do siebie i świata a przy tym niezwykła skromność – przepis na sukces? Nie wiem, nie mi to oceniać. Nie wiem też komu mogę polecić przeczytanie tej książki, bo jeśli nie znacie Kuby, nie interesujecie się piłką albo jego osiągnięciami w ogóle, to prawdopodobnie KUBA. Autobiografia nie zrobi na Was większego wrażenia. Jeśli zaś czujecie, opierając się o to co napisałam, że możecie dobrze przy niej spędzić czas – bierzcie, nawet się nie zastanawiajcie. Naprawdę warto.


Powiedziała ta, która mimo śledzenia dwóch Euro – 2012 i ’16, nadal nie wie jak wygląda i na czym polega spalony.  

piątek, 2 września 2016

#6 książek idealnych na jesienne wieczory

#6 książek idealnych na jesienne wieczory
Jesień nadchodzi i to jest fakt, z którym nie ma się co wykłócać, bo to po prostu prawda. Tak samo jak to, że od jutra trzeba już iść do szkoły, no chyba że się ją już skończyło, a październik dopiero za miesiąc. Wtedy nie trzeba, ale to wolałam napisać jakby ktoś, jakiś student, może ten co to dopiero miał maturę i właśnie zaczyna się denerwować tym, czy sobie na tych studiach poradzi, nie wiedział.



Za bardzo się z jesienią nie lubimy, i tu nie ma zupełnie czego ukrywać.  Beznadziejna pogoda, egipskie ciemności, deszcz i ogarniające uczucie beznadziejności to zupełnie nie moja bajka. Skoro jednak nie mogę jej przespać (a szkoda), to wypadałoby zrobić coś co urozmaici – nie tylko mi – te chłodne wieczory. A czy jest coś lepszego (wiadomo że nie!) od dobrej książki, kocyka i parującej herbaty? No pewnie, że nie. Dlatego też postanowiłam zrobić taką małą, skromną listę książek, idealnych na jesienne wieczory.  Zapraszam!

Jeżycjada, Małgorzata Musierowicz




Co tu dużo mówić. Jest to jedna z moich ulubionych serii książkowych, którą zaczęłam czytać jeszcze będąc dzieckiem. Choć od tamtego czasu minęło wiele lat, choć mój gust czytelniczy zmieniał się… i zmienia nadal, to Jeżycjadę darzę pewnego rodzaju sentymentem. Prawdą jest, że nowo wydawane części nie są już takie, jak kiedyś, niekiedy świat kreowany przez autorkę trochę odbiega od rzeczywistości, ale to jednak wciąż magiczny Poznań i Borejkowie, których tak uwielbiam. Ich kolejne przygody, nie mniej zwariowane niż przed laty, sprawiają że jak się złapie książkę w swoje ręce, tak nie można jej wypuścić, no chyba że ją się już przeczytało.  A przecież humoru w takie wieczory nigdy dość!

Harry Potter… and the Cursed Child




Kolejna klasyka gatunku. Historia, jak i sama postać młodego czarodzieja zawojowała światem, choć nie było do tego przesłanek, jak mówi sama J.K. Rowling przytaczając historię, jakoby większość wydawnictw, do których przed laty wysyłała kopię książki odmawiała publikacji, nie pokładając w niej zbyt wielu nadziei. Prawda okazała się jednak zgoła inna. Pokrzepiająca serca historia, która czasem śmieszy, a czasem przeraża. Bohaterowie, którym się kibicuje, albo których ma się ochotę własnoręcznie poddusić. Czy może być coś bardziej zachęcającego? (Oczywiście – ósma część. Zanim nie przeczytasz poprzednich siedmiu, po ósmą nie sięgniesz. Czy to nie nazywa się… motywacja?)
Sama The Cursed Child już mam, ale wiadomo, książka musi nabrać mocy urzędowej. Aktualnie podziwiam ją, jak ładnie prezentuje się na regale.


Uwikłanie / Ziarno Prawdy / Gniew - Zygmunt Miłoszewski





Na najlepsze książki wpadam zupełnie przypadkowo, tak właśnie dochodzę do wniosku. Trylogia z Teodorem Szackim jest wszystkim, czego taki żarłok kryminałów jak ja potrzebuje. Wartka akcja, dobrze wykreowani bohaterowie, cięty język, dialogi które da się czytać, ciekawe opisy aż w końcu tematy w nich poruszane, które odzwierciedlają naszą polską i często szarą rzeczywistość.  Jak się człowiek wciągnie, to – przyrzekam! – nie może się oderwać. Ponadto, cóż, pan Zygmunt… jest człowiekiem, którego nie sposób nie polubić. Bardzo szczery w wywiadach, trochę taki stojący z boku… Czytaliście już tą trylogię?

Pożądanie mieszka w szafie / Piotr Adamczyk



Dlaczego to idealna książka na jesienne wieczory? Bo jest melancholijna. Bohater, mężczyzna w szale kryzysu wieku średniego opowiada o poszukiwaniach miłości, tej na całe życie, bo w końcu mamy okazję zajrzeć do męskiego świata i zobaczyć jak ta miłość wygląda u nich… Ale przede wszystkim dlatego, że wywołuje tyle emocji. Raz się pośmiejesz, a drugi raz zasmarkasz pół pokoju ze wzruszenia.  Lekka, przyjemna, trochę smutna – prawdziwa.  Więcej o niej, tutaj.

Millennium / Stieg Larsson



Żeby jednak odsunąć od siebie ten moment, w którym nie masz już co czytać bo poprzednia książka zasadniczo była cieniutka, obaliłeś/aś ją w jeden wieczór, z pomocą nadchodzi kolejna trylogia, tym razem Millennium autorstwa Stiega Larssona. Który – biedaczyna – popularność odniósł dopiero po własnej śmierci. Trzy opasłe (naprawdę opasłe!) tomiska, bohaterowie którym w większości czasu chce się grzmotnąć czymś mocnym po głowie, wspaniała Lisbeth Salander, wartka akcja, mroczność i nieprzewidywalność, aż w końcu… no po prostu to są wyjątkowe książki, które powinien znać każdy książkowo-kryminalny zapaleniec!

Zanim się pojawiłeś / Jojo Moyes




No ale nie samymi kryminałami człowiek żyje (bo te niestety aktualnie się dopiero piszą). W odsieczy przychodzi książka z gatunku tych ciężkich, a jednak jakimś dziwnym trafem bardzo przyjemnych. Dwie tak bardzo od siebie różne osoby się poznają, mają do siebie raczej nastawienie typu „byle się nie pozabijać”, a koniec końców okazuje się, że poznali się w takich momentach swoich żyć, kiedy najbardziej siebie potrzebowali. Niedługo postaram się o niej napisać, skoro w końcu udało mi się ją przeczytać, ale w tym momencie z całego serca mogę ją polecić.


To taki subiektywny spis książek idealnych na jesienne wieczory,  każdy z nas ma przecież jakieś ulubione książki do których chętnie i często wraca. Jeśli macie jakieś swoje jesienne typy, podzielcie się z nimi w komentarzach. Czytaliście któreś z wymienionych przeze mnie książek? Najbardziej ciekawi mnie jednak to, czy istnieją osoby – a obawiam się, że tak – które nie czytały Harry’ego Pottera i wcale nie dlatego, że to nie ich tematyka… ale dlatego, że zupełnie nic ich do tego nie ciągnie. Chodzą jeszcze tacy ludzie gdzieś po świecie? ;)  

Wszystkie zdjęcia, oprócz jednego, nie są mojego autorstwa, znalazłam je dzięki wujkowi Google.

piątek, 26 sierpnia 2016

Kultura w sto dwadzieścia sekund! #MójEmpik

Kultura w sto dwadzieścia sekund! #MójEmpik
W koło mówi się, że Polacy nie czytają. Nie wiem,  jak badania te zostały przeprowadzone, bo sama otaczam się ludźmi którzy wiedzą, jak wygląda książka i nawet takie od czasu do czasu czytają ;) 

Niemniej, jakiś czas temu w samym środku Warszawy działy się cuda. Kulturalne cuda, których, musze przyznać, sama chciałabym doświadczyć! A było tak: jedna dziennikarka (Justyna Dżbik-Kluge), przypadkowi przechodnie, książki, filmy i muzyka. Gdy pani Justyna zadawała pytania odnośnie ulubionych książek czy muzycznych artystów, ekipa techniczna aranżowała niezwykłą kulturalną przestrzeń. Były regały zapełnione ulubionymi książkami, radio z muzyką i filmy – wszystko to, co dana osoba przed chwilą uznała za ulubione. 





Przeprowadzona w centrum Warszawy akcja obrazuje sposób działania programu Mój Empik, największej sieci dystrybuującej dobra kulturalne w Polsce. Karta to nie tylko promocje i rabaty dostępne dla jej posiadaczy, ale to również albo przede wszystkim spersonalizowana oferta, wedle której nowo uruchomiony program będzie zapamiętywał te nasze preferencje, zapisywał je sobie i później do nas je dostosowywał.  

Jeśli ktoś sięga po reportaże, jako pierwszy dowie się o premierach w tej kategorii, dostanie rabat na dany gatunek i – co więcej – zaproszenie na spotkania z ulubionymi autorami. Wielką dogodnością ze strony Empiku jest to, że by skorzystać z tej karty nie musimy jej przy sobie fizycznie mieć. Wystarczy zainstalowana na naszym smartfonie aplikacja. Nie musimy też pamiętać o paragonach, które zawsze, zawsze!, giną gdzieś w niewyjaśnionych okolicznościach. Zwrot bądź wymiana produktów – to wszystko na podstawie historii zakupów zarejestrowanych wcześniej na karcie. Co ważne, jeśli przystępując do programu pokażemy kasjerowi kartę z poprzedniego systemu lojalnościowego, zakupy zachowają ciągłość i szybciej zostaną dopasowane do nas osobiste propozycje. W ciągu pierwszych 4 dni w nowym programie lojalnościowym Empiku zarejestrowało się już 60 tysięcy osób.


Sama już zarejestrowałam się by otrzymać swoją kartę, a Ty? ;) 

wtorek, 23 sierpnia 2016

„Gastrobanda” Jakub Milszewski, Kamil Sadkowski

„Gastrobanda” Jakub Milszewski, Kamil Sadkowski


Kiedy tak patrzę na leżącą obok mnie książkę, trochę chce mi się śmiać. Ja i kuchnia?  Przecież na kilometr widać, że to jakaś pomyłka. Co prawda nie jest ze mnie jakieś kompletne beztalencie, bo jeśli mi się chce to coś tam zrobię (w końcu jak głód przypiera…), ale żeby od razu sięgać po książkę… kulinarną?

„Jak wygląda prawdziwe życie za kuchennymi drzwiami? Co ukrywają przed nami restauratorzy? Do tej pory wiedziała o tym jedynie garstka wtajemniczonych, ale już czas, by odkryła to cała Polska.”

Żyjemy w czasach, kiedy wyjście do restauracji powoli staje się czymś normalnym. Jeśli masz ochotę zjeść na mieście, ubierasz się i wychodzisz, by spędzić czas ze znajomymi i przy okazji dobrze zjeść. Włączasz telewizor, a tam w pewnym popularnym programie mowa o tym, że tak w zasadzie to każdy może otworzyć własną knajpę, nawet jeśli nie ma się o tym biznesie żadnego pojęcia. Talent znowu to pojęcie względne, wystarczy dużo pracy, chęci i na pewno, człowieku mądry inaczej, będziesz zarabiał krocie.

Rzeczywistość jednak okazuje się nieco inna. Branża gastronomiczna nie jest taka fajna i prosta jakby się mogło wydawać, a prowadzenie restauracji, takiej która ma szansę utrzymać się dłużej na rynku okazuje się trudniejsze, niż możnaby pomyśleć.

„Gastrobanda” trochę ten rynek gastronomiczny obdziera ze złudzeń.  Nie ruszając się z kanapy wchodzimy na zaplecza wszystkich dotąd nam znanych lub nieznanych gastroprzybytków. Poznajemy konszachty między dostawcami a restauracjami, między  pracownikami, którzy niekoniecznie muszą za sobą przepadać, choć z drugiej strony – przecież grają w jednym zespole.  Już wiemy, jaką drogę przebywa nasze zamówienie od momentu jego złożenia, aż do momentu gdy talerze lądują przed nami na stole. Wiemy, jak łatwo zajść kelnerowi za skórę, i jak, często prawie niechcący, doczekać się jego zemsty.




Tak naprawdę „Gastrobanda” to takie kompendium wiedzy nie tylko dla tych, którzy w przyszłości chcieliby w gastronomii pracować, ale nawet i dla nas, tych, którzy lubią czasem wyjść z domu i dobrze sobie pojeść, niekoniecznie wydając na to niewiadomo ile pieniędzy.  Książkę, dzięki językowi jakiego używają autorzy (jeśli nie lubisz przekleństw, to nie jest pozycja dla ciebie)  czyta się bardzo szybko. Zdjęcia zaś, które tylko sprawiają że można zrobić się głodnym sprawiają, dopełniają tylko efektu dobrze zrobionej i napisanej przez osoby wiedzące, z czym to się je, książki. Polecam z całego serca ;) 

Obserwatorzy