sobota, 20 lutego 2016

„Szwedzi. Ciepło na Północy” Katarzyna Molęda

„Szwedzi. Ciepło na Północy” Katarzyna Molęda

Lubię książki, na które trafiam zupełnie przypadkowo. Nie nastawiam się wobec nich, nie czytam mnóstwa recenzji (jakby to miało mi pomóc w podjęciu decyzji, tja) – po prostu biorę, czytam, oddaję się im, i zazwyczaj wychodzę z tego z uśmiechem na twarzy. Tak było i tym razem.

„Szwecja. Ciepło na północy” to bardzo przyjemna i lekka książka w sam raz na – ostatnie, mam nadzieję – zimowe wieczory. Idealna dla każdego „fana” Szwecji, każdego, kto chciałby wyjechać tam chociaż na kilka dni. Książka nabiera na autentyczności, kiedy weźmie się pod uwagę fakt że autorka, pani Kasia Molęda, przebywa w Szwecji od kilku dobrych lat. Można powiedzieć, iż to zbiór anegdot o życiu codziennym Szweda – począwszy od tego, jak wygląda wizyta u lekarza, podejście podwładnego do szefa (i odwrotnie), podejście do życia jako takiego i do mnóstwa innych spraw, które mogą nas zastanawiać.

Okazuje się, że żeby przenieść się do Szwecji choćby na jeden wieczór, wcale nie trzeba opuszczać kanapy, ani herbaty o tu, stojącej i jeszcze parującej. Autorka w bardzo przystępny sposób opisała te różnice, które rzucały jej się w oczy na początku jej pobytu tam, a do których szło się po jakimś czasie przyzwyczaić. Jestem niezwykle oczarowana książką, na tyle, że naprawdę nie zauważyłam jak… po prostu skończyłam ją czytać. Chciałam przesunąć kolejną stronę, a tu po prostu się nie dało. Byłam zdziwiona, ale i mile zaskoczona bo przyznam bez bicia – nie spodziewałam się kokosów.

Gdzieniegdzie, w Internecie, spotykałam się z opinią jakoby potoczny język użyty w wielu miejscach był nie na miejscu, mi jednak to nie przeszkadzało – dzięki tym wstawkom czytało mi się szybciej, aż w końcu szybciej rozumiałam, co pani Kasia miała na myśli.


Jestem oczarowana, dlatego jeżeli chociaż ociupinkę chcielibyście poznać Szwecję i Szwedów – polecam ;) 

piątek, 12 lutego 2016

„Sprawa Niny Frank” Katarzyna Bonda

„Sprawa Niny Frank” Katarzyna Bonda
Nie będę na głos wspominać, ile zajęło mi przekonanie się do twórczości pani Bondy. Tyle dobrego słyszałam, widziałam i czytałam, a cały czas odkładałam to pierwsze spotkanie „na później”.  W końcu zdecydowałam się naprawić mój błąd, i okazuje się że wszyscy wokół mnie mieli rację: jest naprawdę dobrze!

Nina Frank, znana wszystkim aktorka, zostaje odnaleziona martwa w swoim domku na wsi. Wszyscy zastanawiają się, co mogło się jej przydarzyć, miała przecież wszystko, czego chciała: pieniądze, karierę i rozgłos. Gdyby tylko wiedzieli, pomyślałam sobie w momencie, kiedy kolejno skrywane przez Ninę tajemnice wychodzą na jaw. To jest jednak małomiejska mentalność, każdy ma lepiej ode mnie, pewnie ledwo machnął palcem i wszystko samo przyszło.

woblink.com
Tutaj pojawia się Hubert Meyer, profiler, którego zawód wówczas nie jest jakoś zbyt popularny. Pojawia się w małej wiosce, wszyscy patrzą na niego spode łba, kim on jest? Co on tutaj robi? Czym on się będzie zajmował? Profiler? A co to w ogóle za zawód? Tylko kilka osób okazało mu zaufanie i tylko właśnie dzięki nim udało mu się rozwiązać sprawę.

Jestem jak najbardziej na tak. Czytało się bardzo dobrze; tym razem zupełnie nie miałam swojego typu odnośnie mordercy. Jednocześnie byli dla mnie podejrzani wszyscy albo nikt. Pani Bonda wyszła nam, czytelnikom, naprzeciw. Zaskoczenie, zaskoczenie i jeszcze raz – zaskoczenie.

Gdy tylko będę miała taką sposobność, z pewnością sięgnę po kolejne części ;)

Ps. Aż mi głupio, że jest mnie tu tak mało ostatnio, ale wiecie, sesja, licencjat (a do ostatniej chwili liczyłam, że jednak sam się napisze), i choć na czytanie to ja zawsze znajdę czas, tak do otworzenia Worda zmusić się nie mogę. Obiecuję poprawę ;)


poniedziałek, 1 lutego 2016

„Portret Doriana Gray'a” Oscar Wilde

„Portret Doriana Gray'a” Oscar Wilde
Styczeń bez wątpienia okazał się dziwnym miesiącem. Powrót do rzeczywistości po tak ogromnej liczbie wolnego był straszny, miałam problemy z wbiciem się z powrotem w „uczelnia mode” , a w końcu jak mi się to udało, to zaczęły mnie gonić i dusić terminy oddania prac, jednej, drugiej… i tak jakoś znikąd zrobił się luty.

Nie był to jednak zły miesiąc pod względem czytelniczym; choć pisałam tylko to, co musiałam, nadal nie stroniłam od książek i tak udało mi się zacząć drugi miesiąc roku z siedmioma przeczytanymi na swoim koncie. Mogę być tylko dumna  ;-)

moja uczelnia ma własny filtr na
snapchacie, nie wierzę :)
Dzisiaj kilka słów o „Portrecie Doriana Gray’a” i o tym, jak często (niestety) okazuje się, że to, na co się napalam okazuje się, cóż, przeciętne.  Do przeczytania „Portretu…” zabierałam się od dawien dawna, ale a to nie było książki w bibliotece, a to była zbyt droga (a przynajmniej tak mi się wydawało), a to sobie o niej zapominałam. W końcu jednak kupiłam, zgrałam na czytnik i postanowiłam sobie: teraz albo nigdy.

Dorian miał marzenie. Widząc swoje piękne odbicie na obrazie zamarzył – być może naiwnie – by to właśnie lico się starzało, a nie jego piękna, niezmącona niczym twarz. Podobno najgorszym, co może stać się z marzeniem, to może się ono spełnić. Tak było w tym wypadku. Obraz Doriana zaczął się starzeć, to namalowana twarz zaczęła ponosić skutki jego większych i mniejszych grzeszków. Mijał rok za rokiem, lata za latami, twarz Doriana nadal pozostaje niezmącona.

Nie wiem, czego się spodziewałam – czy historii, która zaprze mi dech w piersiach, wywróci świat do góry nogami i wprowadzi w stan nadmiernej ekscytacji, bo tak czy siak… jakoś średnio mi książka podpadła. Momentami zbyt idealistycznie, zbyt „poetycko” i wyniośle. Miałam żal do bohaterów, że mało co używają mózgu, że przejmują się głupotami, myślą o czymś co konkretnie nie ma żadnego znaczenia, że są małostkowi i denerwujący. Chcą by ich marzenia się spełniały; kiedy to się dzieje nie potrafią wziąć za nie odpowiedzialności.

W życiu chodzi o to, aby rozwijać siebie. Każdy z nas zjawił się tutaj, aby w pełni urzeczywistnić swą naturę. Dzisiaj jednak ludzie boją się sami siebie.

Nie mogę jednak powiedzieć, że „to zła książka była” bo to byłoby nieprawdą. „Portret…” przeczytałam z czystej i nieprzymuszonej ciekawości; chciałam zobaczyć czy rzeczywiście tak zachwyca i czy rzeczywiście klasykę zawsze warto znać. Moje wyobrażenie o „Portrecie…” w starciu z rzeczywistością przyniosło słaby efekt.  Nie znaczy to jednak, że nie polecam, bo pewne książki warto znać albo przynajmniej poznać, by móc wyrobić sobie własną opinię. Ja z Dorianem się nie polubiłam… ale kto wie, może kiedyś jeszcze spróbuję.


Intelekt sam w sobie jest przesadą i rozbija harmonię każdej twarzy. 

Obserwatorzy