wtorek, 19 kwietnia 2016

„W krainie kolibrów” Sofia Caspari

„W krainie kolibrów” Sofia Caspari

Myślałam, że takie książki są nie dla mnie. Przyzwyczajona do krwi bryzgającej na prawo i lewo sięgnęłam po „W krainie kolibrów” zupełnie bez przekonania. Nie nastawiałam się ani na świetną, ani tym bardziej – tragiczną – lekturę. Ot, pora zmienić klimat, przeszło mi przez myśl. Nic więcej.

Latem 1863 roku Anna i Viktoria zaprzyjaźniają się na statku do Buenos Aires – ówczesnej ziemi obiecanej dla tysięcy Europejczyków. Młode kobiety dzieli prawie wszystko. Zakochana Viktoria płynie do swego męża Humberto, syna bogatego plantatora. Nie martwi się o swój los, rozkoszuje się luksusową podrożą, śmieje się głośno i odważnie patrzy życiu w oczy. Anna zaś jest służącą – ma dołączyć do bliskich, którzy już od roku mieszkają w Argentynie. Jej serce wypełnia obawa przed nieznanym.

Buenos Aires jest dla bohaterek pewnego rodzaju obietnicą lepszego życia. Każda jedzie tu jednak z innego powodu. Anna, by dołączyć do mieszkającej tu od roku rodziny, która właśnie tu, w Buenos Aires miała odbić się od dna. I Viktoria, na którą czekał mąż i nowe, wygodne – można powiedzieć – życie.

Chyba wszyscy z nas znają powiedzenie, że jeżeli chce się rozbawić czymś Boga, najlepiej zdradzić mu swoje plany i marzenia. Wtedy, możemy mieć stuprocentową pewność, że wszystko pójdzie nie tak. Z taką sytuacją zmierzyły się właśnie nasze bohaterki, które przybywając na ziemię obiecaną muszą swoje oczekiwania zrównać z rzeczywistością. Tą szarą, paskudną i nikomu niezrozumiałą.

„W krainie kolibrów” opowiada historię dwóch bohaterek i ich rodzin na przestrzeni kilku lat. Od momentu postawienia stopy na nowym kontynencie, do momentu aż wszystkie sprawy przybiorą taki obrót, że Ty, drogi czytelniku, nie jeden i nie dwa razy będziesz przecierał oczy ze zdumienia. Ja przecierałam. I mimo że lekturę od dawna mam już za sobą, cały czas myślę sobie, że życie to potrafi jednak zaskoczyć, czy tego chcemy czy nie.

„W krainie kolibrów” okazała się dla mnie niesamowicie trafioną odskocznią od morderstw, krwi i tym podobnych. Choć moje początkowe nastawienie do tej powieści było dosyć sceptyczne, bo i czasy, w których dzieje się akcja nie są moją bajką, bo ja przecież gustuje w czymś innym… Koniec końców niezwykle jestem zadowolona z lektury i każdemu, kto nie miał okazji jeszcze zaznajomić się z powieścią mogę ją polecić.  Niezobowiązująca, miła, ciepła i zaskakująca –  to wszystko tu znajdziecie! ;)


czwartek, 7 kwietnia 2016

„Rewizja” Remigiusz Mróz

„Rewizja” Remigiusz Mróz


Chyłka i Zordon z powrotem na pokładzie. No, może tak niekoniecznie, bo po ostatnich zawirowaniach tej pierwszej trochę się grunt pod nogami osunął. Obaw jako takich nie miałam, bo zdawałam sobie sprawę że silna z niej babka i na pewno na swoje wyjdzie - prędzej czy później. Jeżeli chcecie zobaczyć, czy dobrze obstawialiście, łapcie „Rewizję” bo, oczywiście, warto.

W zupełnym skrócie:

Żona i córka robotnika z Ursynowa giną tragicznie w niewyjaśnionych okolicznościach. Ich polisa na życie opiewa na tak wielką kwotę, że towarzystwo ubezpieczeniowe wcale się z jej wypłaceniem nie śpieszy. Kiedy wdowiec myśli, że gorzej już być nie może, okazuje się że los, raz za razem, płata mu kolejne figle. Zostaje oskarżony o zabicie swojej żony i córki, prokuratura obarcza go poważnymi zarzutami, a on postanawia się bronić. Oczywiście, nie sam. Z Chyłką u boku.

Jakieś to takie wszystko poprzewracane, myślałam sobie w trakcie czytania. Rozdzielony duet bardzo mnie na początku zasmucił, bo chyba nie pałałam do Chyłki tak wielką miłością, by znosić ją samą. Znosiłam ich we dwoje, jako nieustający duet  dążący (zawsze!) do prawdy, choćby tej która nie powinna była ujrzeć światła dziennego. Niemniej Aśka (jak to dziwnie brzmi!) nabroiła, została zwolniona (powinnam ostrzec o spoilerze) i właśnie w tym momencie, dokładniej jakiś czas później rozpoczyna się akcja „Rewizji”.

A rozpoczyna się dosyć tragicznie, bo od znalezienia dwóch porządnie zmasakrowanych ciał kobiet, matki i córki. Gdzie w tym wszystkim ojciec, można sobie pomyśleć, i na ten sam pomysł czy trop, jak kto woli, wpada policja, prokuratura i wszyscy, którzy widzą w osadzeniu go jako oskarżonego, szansę na wygraną. Gdzie w tym wszystkim kancelaria Żelazny&McAvoy? Otóż okazuje się, że matka z córką były ubezpieczone. Ale wiecie. Tak dobrze-dobrze, porządnie wręcz. No i jakoś spółka ubezpieczeniowa, Salus, nie chyli się do tego by te pieniądze wypłacić, jeśli okazuje się że jest szansa wrobienia biednego mężczyzny, co to mu się właśnie świat rozpadł na milion kawałków, do popełnienia tychże zabójstw.

Joanna Chyłka, choć na pierwszy rzut może się wydawać, że osiągnęła już dno-dna, jak zwykle w splocie mniej szczęśliwych wypadków (może po prostu: pecha)  pojawia się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Wyraża chęć pomocy biednemu poszkodowanemu, nie zdając sobie chyba wówczas sprawy, na co się pisze. Bo po drugiej stronie barykady pojawia się Żelazny&McAvoy i nasz kochany Zordon, który już jest jakby trochę wyżej w tej hierarchii, a jednak nadal musi walczyć o swoje.

Ale to nie koniec nieszczęść; toć to dopiero początek. Chyłka stara się jak może, Zordon staje na rozdrożu, znikąd pojawia się Lagner… I bądź tu mądry, człowieku. Trzymaj emocje na wodzy. No ja powiem tak – nie da się.

Remigiusz Mróz jak zwykle pozytywnie mnie zaskoczył. Choć, jak przyznałam na początku, byłam smutna z powodu rozdzielenia mojego ulubionego duetu, okazuje się że Chyłka i Zordon, którzy w „Rewizji” znaleźli się po dwóch stronach barykady, okazują się być jeszcze lepszym kąskiem do schrupania niż wcześniej.  Ale ta książka to nie tylko oni i ich jak zwykle skomplikowana relacja. To również doskonale opowiedziana historia człowieka, który tylko z racji swojej inności staje się śmieciem, którym można pomiatać i robić co się żywnie podoba. To zwrócenie uwagi na to, że człowiek nie ma szans z dobrze usytuowaną korporacją, z tym, że wydarzenia z przeszłości cały czas wpływają na rzeczywistość, ale przede wszystkim z tym, że niezależnie od wielkości bagna, w jakim się znajdujemy, jeśli tylko mamy przy sobie zaufane osoby, na pewno uda się nam z niego wydostać.

Nie muszę chyba mówić, w tym miejscu, że zakończenie jak zwykle dopełniło dzieła. Kiedy już myślałam, że wszystko wiem, rozumiem, że to co w głowie sobie w trakcie czytania poukładałam jednak nabiera sensu okazało się… że nie. Serio. Lećcie więc do księgarń, bierzcie „Rewizję” w swoje łapki i czytajcie ;)


/ tu mówiłam o Kasacji
tu o Zaginięciu/  

piątek, 1 kwietnia 2016

„Pieśń Harfy” Levi Henriksen

„Pieśń Harfy” Levi Henriksen

Muzyka. Co byśmy bez niej zrobili? Chyba nie chcę sobie tego wyobrażać. Jestem od niej uzależniona mimo że ani nie umiem grać na żadnym instrumencie (chyba, że na nerwach), ani tym bardziej śpiewać.  Nie wyjdę z domu bez słuchawek. Wrócę się po nie nawet, jeśli miałoby to znaczyć że spóźnię się na autobus. Rozumiecie. Powaga sytuacji i te sprawy.

Jim Gystad nagle dostaje oświecenia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak sytuacja w której się znajduje, jest do tego – powiedzmy – odpowiednia. Jest w kościele. Ale to nie aniołowie, ani tym podobne istoty są za to odpowiedzialne. Muzyka.  Bo wiecie, Jim Gystad jest producentem muzycznym, który chwilowo zwątpił w  to, co do tej pory robił. Wtem, już niemal pogodzony ze swoim marnym losem słyszy anielski śpiew.

Można by pomyśleć, że ma coś nie tak z głową. Nie, nie jest jeszcze tak źle. To Śpiewające Rodzeństwo Thorsen go tak zaczarowało, a w zasadzie ich głosy. Rodzeństwo – dwie siostry i jeden brat, niegdyś, w sile wieku koncertowali po Ameryce. Sprzedali setki tysięcy płyt. A później wszystko jakoś się… rozpadło.   Bo wiecie, rodzeństwo Thorsen ma już  prawie osiemdziesiąt lat. Nie przelewki.

To jednak nie jest przeszkodą naszego bohatera, Jima. Gystad ma odnośnie ich pewien plan. Niecny bo niecny, ale jakiś głos w głowie podpowiada mu, że robi dobrze. W splocie wielu szczęśliwych i tych mniej wypadków, osiąga to, czego chciał. Odkrywa kolejne karty historii, tej dobrze wspominanej i tej, o której chciano jak najszybciej zapomnieć.


Leviego Henriksena poznałam już przy „Śnieg pokryje śnieg” ale przyznam, że książka nie wywołała we mnie jakiś wielkich emocji. Chyba nawet nie doczytałam do końca. Tej nie mogłam się oprzeć. Może nie jest to nic wielkich lotów, jednak jak dla mnie miła odmiana po lejącej się wszędzie krwi i trupach krok za krokiem. Dużo muzyki, dużo nadziei i wiary… Nic tylko wziąć ją i czytać ;)  

Obserwatorzy