niedziela, 22 maja 2016

„Zginę bez ciebie” Robert Ostaszewski

„Zginę bez ciebie”  Robert Ostaszewski


Opis na okładce zapewnia nas, iż „Zginę bez ciebie” to nie tylko pełnokrwisty kryminał z wyrazistym bohaterem, ale również opowieść o traumatycznych przejściach, samobójstwach i depresji – podstępnej żmii, która wysysa z człowieka życie. Podobno, na dodatek, smutek i gorycz są przeciwstawiane wisielczemu humorowi, a rozwiązanie zagadki ma nas zaskoczyć tak, jak nigdy dotąd nic nas nie zaskoczyło.

Polemizowałabym. 

Dlatego może zacznę od plusów.

Na samym początku z całą wrodzoną skromnością przyznać muszę, co zapewne i tak doskonale wiecie, że jestem ogromną wyjadaczką kryminałów. Głównie skandynawskich, to prawda, (bo przecież ten klimat, ach, wprost idealny do popełniania zbrodni!), jednak od jakiegoś czasu dobrymi polskimi również nie wzgardzę. Pomyślałam, czytając opis książki pana Roberta Ostaszewskiego, że za tą piękną i tajemniczą okładką, chwytliwym – co by nie powiedzieć – opisem znajdę coś równie fascynującego. Źle nie było, to muszę przyznać, ale żeby fajerwerki? Jakoś ich nie doświadczyłam.

Akcja całej powieści rozgrywa się w Ciechanowie, co przynajmniej dla mnie jest ogromnym plusem. W końcu odcinamy się od wielkomiejskiego ducha, przenosimy się od mniejszego, acz równie urokliwego miasteczka, które nie jest takie niewinne, jakby się mogło wydawać.

Autor dotyka w „Zginę bez ciebie” dosyć trudnej tematyki, jaką są popełniane przez młode – w sumie nie tylko – osoby, samobójstwa. „Samobóje”, jak to mówią między sobą policjanci (i co chyba najbardziej mną w trakcie czytania książki wstrząsnęło).  Takiego „samobója” popełnia córka wiceprezydenta miasta, i jak to w takich przypadkach bywa, wszyscy chcą sprawę jak najszybciej zamknąć, „dla dobra wszystkich”, tak mówią, ale przecież za tym „dobrem wszystkich” zawsze coś stoi, i Konrad Rowicki doskonale sobie z tego zdaje sprawę. Dlatego po oficjalnym zakończeniu śledztwa, bo przecież „nic już nie można zrobić” zaczyna węszyć na własną rękę (i to wcale nie dlatego, że ma ku temu osobiste przesłanki).

Mam z tą książką pewien problem, ale nie potrafię go jakoś dokładniej sprecyzować. Z jednej strony dobrze mi się ją czytało, udało mi się wciągnąć w całą sprawę, byłam ciekawa, jakie będzie jej rozwiązanie. Przeplatanie pełnoprawnych rozdziałów z „dziennikiem depresjoholika” też mi się mniej-więcej spodobało, można było dzięki tym krótkim wstawkom zrozumieć co poniekąd kieruje podkomisarzem Konradem.  Mam jednak jakieś dziwne nieodparte wrażenie, że na prawie czterysta stron można było tu zawrzeć: albo trochę więcej intrygi, albo skrócić książkę przynajmniej o stron kilkadziesiąt. Już pod sam koniec leniwie przerzucałam strony, wydawało mi się, że akcja stoi w miejscu, bohaterowie jakoś tak ledwo co robią, a jak już w końcu udało im się tą nie lada zagadkę rozwiązać, to nawet jakoś porządnie się nie ucieszyli. Przeszli z tym wszystkim do porządku dziennego… Jak gdyby nigdy nic. Powinnam wspomnieć że cała akcja dzieje się na przełomie, poczekajcie, dziewięciu dni?


Jak dla mnie opis z okładki trochę kłamał. Nie pełnokrwisty, raczej bez wyrazistych bohaterów, a humoru wisielczego to ja tu raczej nie spotkałam, no może taki, o którym słyszeć bym nie chciała, jeśli idzie o takie tragedie. „Zginę bez ciebie” to dobra książka, rzeczywiście wszystko się trzyma siebie, również z siebie wynika i do czegoś prowadzi. Doszukać się jednak nie mogę tych wszystkich fajerwerków, które mi obiecano i mam nadzieję, że w kolejnej części jednak je gdzieś znajdę ;)

sobota, 7 maja 2016

„Master” Olgierd Świerzewski PRZEDPREMIEROWO

„Master” Olgierd Świerzewski PRZEDPREMIEROWO

Aleks Rymer, specjalista w Green Stone, jest niczym cyborg, niczym doskonale wytrenowany najemnik, który zniszczy każdego, kto stanie mu na drodze. Nigdy nie wybacza, nigdy nie zapomina. Jak mało kto opanował szatańskie zasady korporacyjnego świata i niczym Bóg lub Lucyfer rozdaje karty i decyduje, kto przetrwa. Nikt nie zdoła przed nim uciec, można mu tylko zaprzedać duszę albo umrzeć.


Po przeczytaniu takich książek jak ta, chciałabym wierzyć że wszystko to, o czym przeczytałam, to tylko i wyłącznie fikcja literacka. Że ten szary, bezwzględny świat, którym rządzi pieniądz to tylko i wyłącznie wizja autora danej książki.  Że kreacje ludzi, którzy zrobią wszystko – dosłownie! – by się wzbogacić są trochę napisane na wyrost. Że, u licha, ten świat nie jest  taki chamski. Taki straszny.

No. Chciałabym wierzyć, ale nie wierzę. Wobec tego moje odczucia do tej lektury są… Dosyć szczególne. Autor wykreował głównego bohatera, Aleksa Rymera, na bezwzględnego brutala z przeszłością. Wiadomo, oni zawsze mają jakąś przeszłość; najczęściej krzywdzącą, straszną do tego stopnia że zaczynamy im współczuć, zaczynamy ich usprawiedliwiać, każde ich złe działanie, posunięcie: przecież musieli tak zrobić. Odsuwając od siebie tą myśl, tą chęć tłumaczenia każdej osoby z wszystkiego, muszę powiedzieć, że jestem… skonfundowana.

„Master” Olgierda Świerzewskiego przenosi nas do świata, w którym – uwierzcie! – nie chcielibyście żyć. Za wielkimi drzwiami, wielkimi budynkami, umowami opiewającymi na miliony milionów kryją się ludzkie tragedie, których nie jest w stanie naprawić żadna suma pieniędzy. Nawet ta, zupełnie dla nas niewyobrażalna.

Czy świat wykreowany przez autora mi się podoba? Nie. Za żadne skarby świata nie chciałabym być w skórze bohaterów, którzy ze względu na swoją chciwość, żądzę wpadali w coraz to większe bagno. Nie widzieli ratunku, nie chcieli pomocy, popadali się jeszcze bardziej. To, co kiedyś trzymało ich przy życiu, w tym momencie ich tylko dobijało.

Na początku, przyznaję, nie byłam przekonana. Przerzucałam kartkę za kartką myśląc: u licha, co to ma być? Gubiłam się pomiędzy akapitami, odstępami i rozdziałami. Myliłam bohaterów (których w początkowej części książki jest, moim zdaniem, trochę za dużo), tworzyłam durne scenariusze jak to będzie, tłumaczyłam bezwzględność co poniektórych, starałam się z nimi zaprzyjaźnić. Wtenczas zrozumiałam, że nie są tymi, z którymi mogłabym się  przyjaźnić. Później mi się spodobało. Choć momentami nadal ginęłam w tym całym dzianiu się, choć nie nadążałam kto, z kim, gdzie i dlaczego, choć może nie rozumiałam większości pobudek bohaterów, przynajmniej nie Aleksa, który chyba chciał się na kimś zemścić, ale jakby nie wiem na kim, może nie zrozumiałam, chociaż w większości czasu byłam na nich wszystkich zła, na autora, za to że wykreował taki świat, na samą siebie, że uwierzyłam że to tylko książka, ale przede wszystkim na świat i życie, że jest takie beznadziejne (momentami).


„Master” wywarł na mnie ogromne wrażenie. Nie zakochałam się i nie przepadłam, jednak przeczytałam w kilka dni. Thrillery to moja tematyka, jeśli więc i Wasza, z wielką chęcią książkę polecić mogę. Lećcie, jak tylko pojawi się na sklepowych półkach, kupić i przeczytać, bo jestem ciekawa czy spodoba się i Wam ;)   

data premiery: 18 maj 
fanpejdż autora: o tutaj

Egzemplarz recenzencki otrzymany dzięki uprzejmości 


niedziela, 1 maja 2016

„Slow Fashion. MODOWA REWOLUCJA” Joanna Glogaza

„Slow Fashion. MODOWA REWOLUCJA” Joanna Glogaza

Czy zawartość mojej szafy to już moda? Czy te wszystkie zgromadzone tam ciuchy, te, które noszę częściej – niemalże codziennie! – i te, których, cóż, unikam, bo coś mi w nich nie gra to MODA? Do tej pory myślałam, że nie. Karmiłam się stwierdzeniem, że kurcze, przecież nikt zapewne nie zwraca na mnie większej uwagi, więc po co się mam starać? Najważniejsze, żebym czuła się wygodnie w tym, co noszę. Reszta? Oj tam, oj tam…

Okazuje się, że niekoniecznie. Tą książkę powinien przeczytać każdy, kto przynajmniej raz na dzień powtarza że nie ma się w co ubrać mimo iż szafa pęka w szwach a półki uginają się od ciężaru ubrań.

„Slow Fashion. Modowa rewolucja” to zbiór przydatnych informacji, wskazówek i porad odnośnie prowadzenia… uporządkowanej szafy. Serio. Jeśli masz za dużo ciuchów, jeżeli w połowie z nich nie chodzisz, bo są nie wygodne, bo ci się nie podobają, bo trzymasz je jedynie dla sentymentu (sorry, to się leczy), jeżeli nie masz własnego stylu, jeśli dopiero go poszukujesz, jeżeli nie masz odwagi do pokazania prawdziwej siebie – o tak, „Slow Fashion. Modowa rewolucja” jest lekturą stworzoną właśnie dla ciebie.

Chociaż sama sceptycznie podchodziłam do takich poradników, chociaż wydawało mi się, że to przecież ja sama wiem, co jest dla mnie najlepsze (eche) okazuje się, że spojrzenie na własną szafę, ciuchy i swoje życie z perspektywy drugiej osoby jest niezwykle pomocne.  Choć niektóre rady nadal wydają mi się trochę na wyrost, choć zapewne nie wszystkie z nich zastosuję, przyjęłam wszystko na klatę,  zabiłam się kilkukrotnie w pierś i przyznaję wszem i w obec – kiedyś zrobię ten porządek, i nie będę mamlała, że mam czegoś za mało. Zainwestuję w zestaw „podstawowy”, skuszę się na produkty „basic”, których mi brakuje i zaprawdę, nie będę kupowała rzeczy pod presją chwili i tego, że oezu, przecież tak bardzo tego potrzebuję. Bo najczęściej okazuje się, że – ups! – mogę bez tego żyć.

Książka spodobała mi się jednak nie tylko pod względem merytorycznym, choć wiadomo że to największy jej plus. Moją uwagę przykuła urocza, skromna i delikatna okładka; papier, który aż prosi się by go miziać (nie jestem wariatką) i cudowne zdjęcia, od których nie mogłam – i nadal nie mogę! – oderwać wzroku.


Jeśli nie mieliście jeszcze przyjemności zaznajomienia się z książką Joasi (http://styledigger.com/), w co, w zasadzie wątpię, bo przecież od premiery trochę czasu już minęło, to mogę Wam ją serdecznie polecić i zapewnić, że na pewno znajdziecie w niej coś dla siebie. 

PS. Jeżeli taki leniuch jak ja został zmotywowany do zrobienia w swojej szafie porządków to wiedzcie, że coś się dzieje! ;)

Chciałam zaprosić Was na fanpage Myśli Zaczytanej na Facbooku. Ostatnio stałam się tam aktywniejsza!

Obserwatorzy