środa, 29 czerwca 2016

„Pochłaniacz” Katarzyna Bonda

„Pochłaniacz” Katarzyna Bonda
„Pochłaniacz” jest pierwszą z czterech części Czterech żywiołów Saszy Załuskiej.  Dosyć opasłe tomiska mogą na pierwszy rzut oka zniechęcić, ale powiadam Wam, jeżeli jeszcze tego nie  czytaliście, zmieńcie to.


Sasza Załuska po siedmiu latach pracy w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield wraca do Polski. Zaraz potem otrzymuje zlecenie od dawnych mocodawców z policji. Zagadka, którą przychodzi jej rozwiązywać, sięga lat dziewięćdziesiątych. W trakcie śledztwa na jaw wychodzi wiele tajemnic, dotąd skrycie pilnowanych.  Przeszłość okazuje się rzutować na teraźniejszość w o wiele większym stopniu, niż moglibyśmy sobie pomyśleć. To, co działo się kiedyś wcale nie „przeszło z czasem”, tylko nadal jest aktualne. Niewybaczone krzywdy, młodzieńcze błędy i dramatyczne decyzje – z tym wszystkim musiała się zmierzyć nasza dzielna profilerka.

Zbierałam się do tej książki trochę, bynajmniej nie z powodu jej opasłości – akurat takie książki uwielbiam. To prawda, była trochę nieforemna jeśli idzie o wygodne czytanie jej, ale w każdym innym aspekcie spisała się po prostu rewelacyjnie. Jedyną rzeczą, która mnie trochę „przygniotła”, jeśli tak to mogę nazwać, to wielowątkowość. Rozumiem oczywiście że prowadzone śledztwo w sprawie morderstwa odbywało się na wielu płaszczyznach, sięgało przeszłości, mieszało się z teraźniejszością, dotyczyło wielu osób itp., niemniej bywały momenty, w których musiałam albo się cofać o kilka stron, albo kilkukrotnie czytać ten sam fragment by ogarnąć, kogo i czego on dotyczy.


Katarzyna Bonda jednak sprawiła, że i to opasłe tomisko, i to, że nie mogłam się odnaleźć, te dwa problemy odchodzą na bok, bo czułam się naprawdę zafascynowana historią, i dzielnie czekałam na rozwiązanie zagadki. Tak sobie w międzyczasie pomyślałam, a trochę nawet i teraz, że ta Sasza Załuska to może taka polska wersja Lisbeth Salander? Znaczy wiadomo, Lisbeth to jednak był mózg do potęgi…. Może po prostu nastał czas silnych kobiet, które nie dadzą sobie w kaszę dmuchać? 

*Zdjęcie zaczerpnięte ze strony internetowej autorki. 

niedziela, 26 czerwca 2016

#Liebster Blog Award

#Liebster Blog Award


LBA. Ja naprawdę nie wiedziałam, że ten tag jeszcze istnieje. Wydawało mi się że wszystkie możliwe pytania już zostały zadane… Jak widać, słodko się myliłam. Nominowała mnie Kania Frania i… nie przedłużając, zapraszam do czytania.

1. Jakie są Twoje czytelnicze plany na wakacje?

Żadnych specjalnych planów nie posiadam. Dzięki swojemu niezbyt absorbującemu kierunkowi studiów miałam tą możliwość czytania w trakcie roku akademickiego tylu książek, na ile miałam ochotę. Co prawda ostatnie dwa miesiące były ciężkie, jednak wciąż jestem na bieżąco z książkami, które chciałabym przeczytać J Nie wykluczam sięgnięcia, jak co roku w porze letniej, po Harry’ego Pottera albo Jeżycjadę Małgorzaty Musierowicz.

2. Jakie jest Twoje ostatnie literackie rozczarowanie?

„Miłość i kłamstwa” Cecelie Ahern, ale o tym pisałam tutaj.

3. Ebooki czy książki w wersji papierowej?



Pół na pół. To prawda, uwielbiam książki papierowe, jednak nie uwielbiam ich targać codziennie na uczelnię. Mam czytnik Kindle i często i chętnie z niego korzystam. Jednak swoją wygodę cenię ponad wszystko, nawet ponad własne umiłowanie do papieru. Poza tym czytnik to możliwość  posiadania przy sobie wielu wielu książek, bo przecież to, co czytam najczęściej zależy od mojego nastroju. Więc jak dla mnie, pół na pół ;)


4. Gdybyś mogła wyjechać w miejsce akcji którejś ze swoich ulubionych książek, dokąd byś się wybrała?

Jezu, co za pytanie. No pewnie, że do Hogwartu, helou. Ja przecież nadal czekam na list i doprawdy, jestem niepocieszona faktem że minęło już jedenaście lat, a on nadal nie dotarł. Och ta poczta polska…



5. Na jaką premierę filmową czekasz z niecierpliwością?

„Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, premiera ma być ponoć w listopadzie tego roku. Po obejrzeniu trailera przebieram nóżkami!

6. W przyszłości widzisz siebie jako...

W sensie wykonywanego zawodu, czy jak? Nie widzę się; mam nadzieję, że spełnię swoje marzenia odnośnie pracy, że będę szczęśliwa, będę miała kogoś u boku i jakoś wszystko będzie powoli szło przed siebie ;)

7. Pięć marzeń, które bardzo, ale to bardzo chciałabyś spełnić.

 Aż pięć? No to tak, na tą chwilę: szczęśliwie się obronić, dostać na wymarzony kierunek II stopnia, odwiedzić Londyn i Norwegię, napisać książkę  i zawsze robić to, co kocham, o.

8. Morze czy góry?

Jestem leniuchem, takim do potęgi, wobec tego wybieram MORZE.  Czy to polskie, czy to zagraniczne, zawsze morze, plaża, tłumy ludzi, szum fal… I ta możliwość leżenia na kocyku z książką… O tak. Góry tylko zimą i pod postacią stoków narciarskich, herbaty w plastikowych kubkach i mrozu.

9. Co najbardziej lubisz w blogowaniu?

To, że mogę robić to, co lubię – tj. pisać. To, że dzięki  prowadzeniu bloga mam przyjemność poznać wiele wspaniałych osób o podobnych do moich zainteresowaniach. To, że dzięki blogowaniu mam większą motywację do tego by czytać, poznawać nowych autorów i rozszerzać swoje zainteresowania. Poza tym, dla kogoś kto w tłumie ludzi nie czuję się zbyt dobrze, to idealna opcja na… otworzenie się, o ;)

10.  Jakie masz plany, marzenia, aspiracje związane z prowadzeniem bloga?

Nie mam planów, marzeń ani aspiracji bo wiem, że tak szybko jak sobie coś założę, tak szybko mi coś nie wyjdzie. Piszę, o czym chcę i wtedy, kiedy mam czas bądź ochotę. Jeżeli mi nie idzie, słowa się nie układają, albo książki nie dają się czytać, odpuszczam. Moim marzeniem, jeżeli w ogóle to mogę tak nazwać, to zawsze podchodzenie do tego z luzem. Nie chcę, żeby pisanie tu stało się przykrym obowiązkiem, przed wykonaniem którego będę szukała mnóstwa wymówek, by tego nie robić. Zobaczy się, jak to będzie ;) 

11. Czy przeczytałaś kiedyś książkę, która diametralnie zmieniła Twoje spojrzenie na pewne kwestie?

Jedną konkretną, chyba nie. Wychodzę z założenia, że każda przeczytana przeze mnie książka wywiera na mnie jakiś wpływ, coś we mnie zmienia i pokazuje nowe spojrzenie na otaczający mnie świat. Czy zmieniam dzięki nim diametralnie spojrzenie na pewne kwestie? Nie sądzę. Mam swoje  zdanie na wiele kwestii, czytanie książek pokazuje mi jedynie inną ich perspektywę.

/Ale się rozpisałam. Tak jest za każdym razem, kiedy próbuję być oszczędna w słowach. Chyba mi to nie wychodzi. Niemniej. Pytania spodobały mi się na tyle, że – o ile Kania Frania nie ma nic przeciwko, przekazuję je dalej. A do odpowiedzi na nie nominuję, pomyślmy….



... i każdego innego, kto chciałby odpowiedzieć na te pytania :)

piątek, 24 czerwca 2016

„Tamtego lata na Sycylii” Marlena de Blasi

„Tamtego lata na Sycylii” Marlena de Blasi

Chciało mi się powieści niezobowiązującej, ale ciepłej i trzymającej w napięciu zarazem. Czegoś, co sprawi że czas przy niej spędzony na pewno nie będzie zmarnowany, a z mojej twarzy nie będzie schodził uśmiech. Doczekałam się ;)

Sycylia od zawsze kojarzyła mi się z jakąś beztroską i spokojem, spływającym na człowieka nawet przez karty powieści trzymanej w rękach. Na te kilka dni przeniosłam się właśnie tam – w górzyste jej tereny, takie, w których czas jakby się zatrzymał. Właśnie tam, w zupełnym, można powiedzieć, odosobnieniu istnieje Villa Donnafugata, zrzeszająca ze sobą wdowy i wdowców z okolicy. Ci w swoim towarzystwie przyrządzają posiłki, które rozdają później biednym, modlą się, śmieją, rozmawiają ale przede wszystkim – spędzają razem czas.  Główna bohaterka, zarządzająca tym rozgardiaszem, Tosca, opowiada przybyłej tam amerykańskiej dziennikarce, historię swojego życia. Pełną wzlotów, upadków, nieszczęśliwych wydarzeń, uczuć – tych dobrych i niepożądanych, historię swojego dzieciństwa, młodości… Tego, jak znalazła się w tym właśnie miejscu.


„Tamtego lata w Sycylii” to bardzo ciepła, spokojna, pachnąca chlebem, olejkiem pomarańczowym, duszonymi pomidorami i ziołami powieść, która przenosi nas w przepiękne miejsca, opowiada przepiękne historie i sprawia, że jedyne na co się ma ochotę, to na kupno biletu lotniczego, o tak.   

Egzemplarz otrzymany dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza

wtorek, 21 czerwca 2016

„Miłość i kłamstwa” Cecelia Ahern

„Miłość i kłamstwa” Cecelia Ahern

Do powieści Cecelie Ahern mam dziwne podejście. Z jednej strony zakochana jestem po uszy w „PS. Kocham Cię”, którą to książkę mogłabym czytać w kółko, z drugiej zaś jej „Zakochać się” zupełnie mi nie podeszło. Postanowiłam więc dać jej trzecią, tym razem ostatnią, szansę. Jak poszło?

Okładkowy opis obiecuje mi poruszającą historię, która zmusi mnie do refleksji.  Przeszłość znów wpływa na przyszłość, na światło dzienne wychodzą ukrywane przez wiele lat kłamstwa, i tak dalej, i tak dalej.  Znajomy schemat? Jestem już nim chyba zmęczona. Po raz kolejny okazuje się, że bliscy nie znali tak naprawdę tej  osoby, że wszystko nie jest takie aż zanadto skomplikowane. A „tajemnicę” i w zasadzie dalszy tor powieści idzie rozwikłać po przeczytaniu kilku pierwszych stron.

Nie twierdzę jednak, że to zła książka, tylko nie spełnia ona moich wymagań co do powieści, z którą chcę spędzić czas.  Jeśli zaś moje wymagania, tj. chęć bycia zaskoczoną, są zbyt wygórowane…  Cóż, chyba jakoś będę musiała z tym żyć ;)

Egzemplarz otrzymany dzięki uprzejmości wydawnictwa Akurat. 



sobota, 18 czerwca 2016

„Hen. Na północy Norwegii” Ilona Wiśniewska

„Hen. Na północy Norwegii” Ilona Wiśniewska

Wielką, ogromną wręcz miłością darzę kraje skandynawskie. Co ja gadam, przecież wszyscy już to wiecie. Lubię też, choć w sumie nie zawsze, czytać książki z poleceń innych ludzi. Niekoniecznie sugeruję się recenzjami i ocenami, bo przecież to każdy ma inny gust.  Niemniej.

„Hen. Na północy Norwegii” to książka z którą miałam taki problem: z jednej strony chciałam czytać i czytać, wkręcać się w historię coraz głębiej, z drugiej zaś wiedziałam, że im szybciej będę czytać tym… szybciej ją skończę. A to już było – i nadal jest – trudne do przyswojenia, jeśli wziąć pod uwagę jakość lektury.

Finnmark to garstka ludzi, ryby i renifery, kamień na kamieniu, bezwzględne morze, zimne lato, surowa zima i wiatr, który mąci świadomość.

Zdanie, które znalazłam na jednej z pierwszych stron powieści jest dla mnie idealnym streszczeniem tego, o czym tak naprawdę „Hen. Na północy Norwegii” jest. Bo tak samo jak w przypadku „Kropek”, jest tu mowa o wszystkim. O bezwzględnych zimach, mrozach, ludzkiej życzliwości albo jej braku, śmierci, biedzie, kłótniach i sporach ciągnących się przez lata. O uprzedzeniach, kulturach niby tak sobie bliskich, a jednak tak od siebie dalekich. Dzięki temu reportażowi miałam możliwość przeniesienia się do Norwegii, tak naprawdę nie ruszając się z łóżka. 

Teraz w planie mam zdobycie „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” bo pani Ilona Wiśniewska skradła moje serce. A Wasze? ;)


*Nie muszę chyba mówić że książka okraszona jest tak wspaniałymi zdjęciami, ilustracjami, że moje oczy niejednokrotnie wyszły z orbit?

czwartek, 16 czerwca 2016

„Kropki” Włodek Markowicz

„Kropki” Włodek Markowicz

Cenię sobie ludzi, którzy mają coś sensownego do powiedzenia. Takich, którzy jak już otwierają buzię to po to, by powiedzieć coś mądrego i prawdziwego. Pewnie dlatego polubiłam Włodka jeszcze za czasów, kiedy z Karolem Paciorkiem współprowadził kanał na Youtubie Lekko Stronniczy. Po wyczerpaniu formuły każdy z panów poszedł swoją drogą… I chyba wyszło im to na dobre, a na pewno Włodkowi.

Tak naprawdę „Kropek” nie da się określić jednym słowem. Najprościej – to zbiór myśli, przemyśleń Włodka, odnośnie całego otaczającego go świata. Tematy, które porusza są różnorodne, począwszy od religii przez akceptację, niezrozumienie, sprzeciw, aż do wiedzy ale i nie tylko.

Jestem przekonany, że brak kontaktu z własnymi emocjami jest największą wadą istoty ludzkiej. To emocje przynoszą odpowiedź na każde z tych pytań: Co powinienem robić w życiu? Czy naprawdę ją kocham? Czy powinienem pójść tu, czy tam, czy gdziekolwiek indziej? Na wszystkie pytania odpowiada serce. Zawsze! Nigdy umysł.


Nie wiem, jak mogę bardziej zachęcić do przeczytania „Kropek”. Daj im i Włodkowi szansę. Tak po prostu. 

wtorek, 14 czerwca 2016

a było właśnie tak....

a było właśnie tak....

W październiku, kiedy Pani Promotor mówiła nam o prokrastynacji, o tym, żeby serio nie odkładać wszystkiego na maj i czerwiec, żeby pisać na bieżąco, żeby w kwietniu mieć napisane… No, to wszyscy się śmialiśmy przekonani tym, że przecież jak raz porządnie usiądziemy, to w mig wszystko napiszemy, co nie. No to tak nie było, stąd moja nieobecność. Ugrzęzłam na dobry miesiąc w pracy, rozdziałach, poprawianiu, dopisywaniu i przerabianiu, wiem, z własnej winy, ale jednak. Skoro jednak praca leży wydrukowana, a indeks uzupełniony to chyba jednak znak, że można powoli wracać. Melduję się na posterunku!

[Z ogłoszeń mniejszych czy większych, przez ten czas myślałam dużo o zmianie w pisaniu o książkach, bo na tyle ile czytam, a czytam dużo, obszerne pisanie na temat każdej z przeczytanych powieści jest nie tyle mozolne… Ale komu się chce to pisać, a komu czytać? Będzie więc po prostu o książkach, które lubię, o tym, co mnie w nich pociąga i sprawia, że spędzam nad nimi pół nocy, będzie o filmach, o serialach i o innych rozpraszaczach czasu. Mam nadzieję, że nowa formuła (jeśli tak to w ogóle mogę nazwać) pobudzi nieco to miejsce do życia.]

a było właśnie tak..... 


Obserwatorzy