piątek, 29 lipca 2016

„Podróż w stronę czerwieni” Sylwia Zientek

„Podróż w stronę czerwieni” Sylwia Zientek

Po lekturze tej książki dochodzę do wniosku, że muszę zacząć nad sobą pracować i to tak wiecie, poważnie. Wziąć się w garść, otrzepać szanowne cztery litery i solidnie coś postanowić. Nie kupować książek pod wpływem impulsu. Ani tym bardziej pod wpływem recenzji na Lubimy Czytać. A także nie kupować książek ze względu na piękne okładki. Dzieła pani Marty Frej mogłabym sobie śmiało obejrzeć w Internecie, a mi się zachciało czegoś namacalnego. Pffff… 

 Wracając jednak do tematu. Opis na okładce informuje nas, że oto bierzemy do ręki książkę, z którą spędzimy mile czas. Poznamy historię przyjaciółek, które – jak jeden mąż! – postanowią wyjechać w podroż śladami Marii Komornickiej, i ta podróż odmieni ich życia, które w sumie i tak się przed tą podróżą posypały doszczętnie. Wystąpi motyw drogi, oczywiście metaforyczny, W takich momentach jak ten zastanawiam się, naprawdę zastanawiam się, czy osoba pisząca te opisy na tyłach okładek to czyta te książki, czy ot, informacja prasowa, kilka ogólnikowych słów, niech się czytelnik zakocha, kupi i… rozczaruje.

Rzeczywiście, głównej bohaterce, czterdziestoletniej Ewie życie wywraca się do góry nogami. Jednego dnia wali jej się cały świat; zwalniają ją z pracy (praca w korporacji w sumie podobała jej się coraz mniej), a mąż decyduje się na wyjazd do pracy za granicę, nie pytając jej nawet o zdanie.  Okazuje się wtem, że Ewa ma dla siebie dużo czasu, który może spożytkować… jak jej się tylko żywnie  podoba. Zaczyna robić to, co kiedyś lubiła, a nie miała na to czasu.  Na przykład na pisaniu scenariuszy, bądź pogłębianiu tajemnic życia Marii Komornickiej vel Piotra Odmieńca Własta, kontrowersyjnej i mało komu znanej polskiej pisarki. Chwilę później, można by rzecz zupełnie bez przygotowania i wręcz z przypadkowymi osobami rusza w podróż śladami pani Marii.

Opowiadana przez autorkę historia nie jest niezwykła. Mamy tę kobietę, która  nie lubi swojego życia, bo przecież miało być inne, takie, jak zakładała sobie ileś tam lat temu. Nie jest jednak na tyle odważna by coś w tym kierunku poczynić, więc siedzi i narzeka. Aż w końcu los bierze sprawy w swoje ręce i takie są efekty, jakie są. Nagle okazuje się, że kobieta ma na siebie pomysł, strzępki tych pomysłów sprzed lat. Wyrusza w podroż, to prawda, jednak nie z przyjaciółkami, bo wydaje mi się że ten napis na okładce to trochę jest przekłamany. Ze znajomymi prędzej, kobietami o podobnych rozterkach do niej samej.  W końcu w książce zaczyna się coś dziać, bohaterki wsiadają w samochód i jadą, i w sumie ta podróż jest jedynie metaforyczna, bo w głąb siebie. Pokonywanie swoich strachów, uprzedzeń i tym podobnych to coś, czym panie zajmują się w trakcie jazdy. Plus plotkowanie, bo wiadomo że świadomość iż ktoś ma gorzej naprawdę pomaga.

Koniec końców okazuje się, że większość bohaterek, tak samo jak i Ewa mocne są tylko w słowie i w myślach. Decyzje, które podejmuje każda z nich na pewnych etapach podróży, tworzą ścieżkę, którą mogą podążać jeśli chcą coś zmienić. Niektóre z nich się na to odważą, inne zaś skapitulują, bo może jednak nie warto.Bardzo denerwowały mnie również wstawki o Marii Komornickiej, bo jeszcze gdyby odnosiły się w większym stopniu do życia samej Ewy, to może jeszcze okej, ale niekiedy były to przerywniki między rozdziałami, ciekawostki na jej temat, najczęściej zupełnie nie mające wpływu na dalszy bieg historii.


Z książki, która mogła wywrzeć na mnie bardzo dobre wrażenie, wszak czytałam ją w sprzyjających warunkach,  wyszło coś co niezbyt mnie usatysfakcjonowało. Rozterki kobiety dojrzałej, takiej która musi stawić czoło wielu problemom, o których mogę nie mieć zielonego pojęcia mogły być ciekawe, gdyby autorka odpowiednio do nich podeszła. Tutaj, wydaje mi się, za duży akcent padał na postać pani Marii, nie Ewy.

środa, 27 lipca 2016

„Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” ILONA WIŚNIEWSKA

„Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” ILONA WIŚNIEWSKA
Spitsbergen to największa wyspa norweskiego archipelagu Svalbard w Arktyce i najbardziej na północ wysunięte siedlisko ludzkie na świecie. Mieszkają tu obywatele prawie pięćdziesięciu krajów, którzy przyjechali żyć i pracować w ciągłym zimnie, śniegu, ciemnościach nocy polarnej albo wiecznym słońcu dnia polarnego. […]

Gdy za oknem żar leje się z nieba, a my sami zastanawiamy się, ile z tego jesteśmy jeszcze w stanie znieść, z odsieczą przychodzi – i nie, nie mam tu na myśli burzy czy deszczu, która rzecz jasna byłaby zbawienna – pierwsza książka pani Ilony Wiśniewskiej, „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen”, która, drogi Czytelniku, na pewno troszkę Cię ochłodzi.

W pozytywnym słowa znaczeniu, rzecz jasna. Bo autorka, w dość przystępny sposób przytacza nam wiele ciekawych historii. Jedne bawią do łez, inne zaś wprawiają w osłupienie. Dużo jest o nocy polarnej i o tym, jak sobie z nią radzą ludzie. O słońcu, które jeśli już pojawia się na tym niebie, to zaczyna trochę denerwować. O życzliwości innych ludzi, o trudach, ciężkich chwilach, ale przede wszystkim o ludziach. O tym, że niezależnie od miejsca na ziemi, w którym się znajdują, jeśli jest się z kimś, jest raźniej. O stawianiu czoła problemom, mniejszym czy większym. O nieustającej nadziei, wierze i… choć to raczej niezbyt z siebie wynikające… cieple, ale tym noszonym w sercu.

26 października słońce oficjalnie nie pojawia się nad horyzontem. […] Odtąd światło dzienne widzi się w snach. Jeśli więc przejdzie się do porządku nad tym, że w środku dnia jest noc, to rokowania nie są najgorsze. 

Nigdy nie pomyślałabym, że polubię reportaże. Kryminały i inne książki, które jest mi dane czytać, przenoszą mnie do miejsc najczęściej wymyślonych przez autorów tychże książek. Pani Ilona Wiśniewska opowiada o miejscach, które rzeczywiście istnieją. O miejscach czasem dla nas tak odległych, że jeśli okazuje się, że żyją tam tacy sami ludzie, trochę się dziwimy.


Jedyny malutki minusik mogłabym dać za brak zdjęć, które w wypadku „Hen…” tak bardzo zauroczyły i skradły moje serce. Ale jak to się mówi, treść mi to wszystko wynagrodziła. 

niedziela, 24 lipca 2016

#obejrzałabym w LIPCU

#obejrzałabym w LIPCU

Nie jestem z tego dumna, ale zgubiłam gdzieś po drodze wenę do pisania. Ilekroć otworzę edytor by opowiedzieć o książce, którą akurat przeczytałam, w głowie mam jedną wielką pustkę. Nie chcę pisać niczego na odczepnego, nie chcę również zaniedbać tego miejsca.

W związku z tym, zainspirowana postami, w których inni opowiadają o filmach które aktualnie lecą w kinie, i które chętnie by obejrzeli, przychodzę właśnie z taką odskocznią. Przecież w końcu nie samymi książkami człowiek żyje… UFFF.

 Niech będzie chronologicznie.

#1 Kamper // data premiery: 15 lipca 2016 // zwiastun 



Znacie ich. Para trzydziestolatków, kiedyś zakochani w sobie do szaleństwa, dziś muszą zdecydować, czy kolejny krok w życiu zrobią razem czy osobno. Mania i Kamper. Ona jest ambitna, pracowita i zdolna. Kocha gotowanie i chce poświęcić się swojej pasji na dobre. On jest wiecznym chłopcem, który pracuje jako tester gier komputerowych i bardzo ceni sobie swoje życie bez większych zobowiązań. Kiedy w jej życiu pojawia się dojrzały mężczyzna, uznany szef kuchni i uosobienie sukcesu, Mania zacznie zastanawiać się, czy pociąga ją jeszcze beztroski urok jej męża. Czy na pewno chce spędzić z nim resztę życia? Kamper musi się ogarnąć. Zacznie jednak od romansu z nauczycielką hiszpańskiego.

#2 Tajemnice Manhattanu / Manhattan Nocturne // data premiery: 15 lipca 2016 // zwiastun



Felietonista poczytnego tabloidu sprzedaje czytelnikom morderstwa i skandale. Wkrótce sam znajdzie się w środku jednego z nich.

#3 Dziewczyny inne niż wszystkie // Toiset Tytöt // data premiery: 15 lipca 2016 // zwiastun 



Trzy dziewczyny stojące u progu dorosłości prowadzą prowokujący video-pamiętnik.

#4 Epoka Lodowcowa: Mocne uderzenie // Ice Age: Collision Course // 29 lipca 2016 // zwiastun




Mamut Maniek, leniwiec Sid i tygrys Diego wraz z pozostałymi członkami stada opuszczają dotychczasowy dom, aby uratować się przed kosmicznym kataklizmem, który zagraża całemu światu.

#5 Zjednoczone stany miłości // United states of love // 29 lipca 2016 // zwiastun



Rok po upadku PRL-u. Cztery pozornie szczęśliwe kobiety próbują odmienić swoje życie.

// Od samej góry. // 

Kamper przekonał mnie dlatego, że powoli zaczynam przekonywać się z powrotem do polskiego kina. Należy mu się szansa, bo przecież jest wielu aktorów, którzy naprawdę mają talent i robią to, bo to kochają. Wiadomo, szmiry nadal będą powstawać, bo szmal musi się kręcić, ale nie warto wyrabiać sobie opinię w oparciu o nieudane filmy. Tajemnice Manhattanu, bo widziałam w kinie zwiastun, lubię kryminalno-sensacyjne filmy i mam nadzieję, że kiedy to już obejrzę, zbytnio się nie zawiodę. Dziewczyny inne niż wszystkie, bo przecież w nas, kobietach jest siła, prawda? ;) Epoka Lodowcowa to już wiadomo samo przez się. Ubóstwiam, kocham i szaleję! Zjednoczone stany miłości bo czuję, że film nie tylko pod względem aktorskim zachwyca... No i obok takich filmów nie powinno się przechodzić obojętnie. Tak czuję.

// zdjęcia, opisy i daty premier zaczerpnęłam ze strony Filmweb.pl // 

A jakie są Wasze kinowe typy nadchodzących miesięcy? ;) 

sobota, 16 lipca 2016

„historia pszczół” Maja Lunde

„historia pszczół” Maja Lunde

Jestem nudna w stwierdzeniu, że nie kręcą mnie książki na czasie. Staram się być silna w tym przekonaniu ale przyznaję – jest ciężko! Dlatego też, kuszona zewsząd pochwałami „Historii pszczół” stwierdziłam, że no dobra…

O czym książka jest zapewne wszyscy wiedzą. Historie dotyczące pszczół na przełomie kilkuset lat. Tak naprawdę jednak te tytułowe pszczoły, przynajmniej w moim mniemaniu, tworzyły raczej tło dla innych toczących się wówczas historii.

Internet rozpływał się w peanach na cześć samej książki jak i jej autorki. Przyznać muszę, że rzeczywiście książka ma w sobie „to coś” co sprawia, że pochłania się ją w tempie natychmiastowym. Opowiadane w niej historie zaś łapią za serce, ukazują coś czego może nie byliśmy w pełni świadomi, pokazują alternatywną przyszłość i przeszłość. Łapią za serce, ściskają żołądki….


… ale chyba arcydziełem bym tego nie nazwała. Miło spędziłam nad nią czas, polubiłam bohaterów ale nie poczułam tzw. „pyknięcia”, że oto nadeszła książka na którą czekałam całe swoje życie.

PS. Obronionam! 
Egzemplarz otrzymany dzięki uprzejmości 

środa, 6 lipca 2016

„Ślepy trop” Jørn Lier Horst

„Ślepy trop” Jørn Lier Horst
Ślepy trop zazwyczaj prowadzi donikąd.  Wskazówki, jedna za drugą, zamiast prowadzić do rozwiązania sprawy, zazwyczaj wpuszczają śledczych na jeszcze większe manowce, z których tak trudno później wybrnąć. 

Jørn Lier Horst przyzwyczaił czytelnika do pewnej treści. Do bohaterów, którzy są tylko ludźmi i mają prawo się mylić. Do tego, że niezależnie od tego jak ciężka jest aktualnie prowadzona sprawa, grupa śledczych zrobi wszystko co w ich mocy, by dojść do prawdy. I, chyba najważniejsze. Praca pracą, ale przecież jest jeszcze rodzina, która tej uwagi też potrzebuje.

W „Ślepym tropie” mamy do czynienia  ze śledztwem prowadzonym na wielu płaszczyznach. Oto bowiem okazuje się, że Line, córka naszego komisarza jak zwykle – zupełnie przypadkiem i wręcz niechcący! – znajduje się w centrum całego zamieszania, choć przecież nic nie zrobiła. Jak zwykle, mimo swojego dorosłego wieku i odpowiedzialności, której chyba jej brak, wtrąca się tam, gdzie nie trzeba, a momentami sprowadza na siebie i bliskich jeszcze więcej kłopotów. Co najlepsze, po raz kolejny nie jest główną bohaterką, niby nie wokół niej wszystko się kręci, a wychodzi jak wychodzi. 

Niemniej, wciąż nie opuszcza mnie to dobre wrażenie, jakoby Jorn Lier Horst umiał bez problemu połączyć w jedno dwa gatunki. Kryminał, rzecz jasna, w którym chce się bawić w śledczego i podążać kolejnymi (oby nie ślepymi) tropami, jednocześnie obyczajowość, która sprawia że zaczynamy ten wątek doceniać jeszcze bardziej. 

Jeśli nie mieliście z twórczością tego autora do czynienia, polecam z całego serca, jednocześnie uczulając na trochę pogmatwaną kolejność wydawanych książek w Polsce. Na początku idzie od końca, później się coś pląta… I naprawdę wyczekuję na moment, w którym wszystkie jego książki zyskają polskie tłumaczenie i w końcu przeczytam je sobie chronologicznie ;)

*Zdjęcie pochodzi ze strony wydawnictwa Smak Słowa

poniedziałek, 4 lipca 2016

„wersje nas samych” Laura Barnett

„wersje nas samych” Laura Barnett
Dlaczego człowiek, a przynajmniej ja, nie uczy się na błędach? Dlaczego znów popełniłam tą głupotę – zaufałam dobrej reklamie, a okazało się, że  wyszło tak samo jak w przypadku „Dziewczyny z pociągu”, czyli nijako. O „Wersjach nas samych” huczało wszędzie. Piękna, niebieska okładka, niesłychana historia, pomysł jak żaden inny itp., itd. No to pomyślałam, hej, czemu nie!, przecież nie będzie tak źle. Ehe.


Inaczej. Książka nie jest zła. Opowiadana historia w pewnych momentach łapie za serce. To niedopowiedzenie, które towarzyszy czytelnikowi od pierwszej do ostatniej strony sprawia, że mogę pobudzić swoją wyobraźnię. Historia skupiająca się na tym, jak tak naprawdę naszym życiem kierują przypadki jest chwytliwa, rzeczywiście to coś nowego.

Przyznać muszę jednak, w tym momencie, że ja się w tym całkowicie pogubiłam. Myliły mi się imiona bohaterów, przejścia pomiędzy perspektywami sprawiały, że w zasadzie nie wiedziałam, o czym w końcu czytam, historie zaczęły mi się zlewać w jedno, a ja koniec końców przesuwałam strony na czytniku byle do końca.  


Nie rozumiem fenomenu „Wersji nas samych”, jednocześnie nie twierdzę, że jest to zła książka. U mnie się nie spisała, do tego stopnia że czytałam ją trochę z przymusu, z nadzieją, że zaraz będzie ten efekt „wow” i wcale nie będę żałowała wydanych pieniędzy czy czasu nad nią spędzonego. Tego i tego żałuję po stokroć. 

sobota, 2 lipca 2016

„Japoński kochanek” Isabel Allende

„Japoński kochanek” Isabel Allende

Dlaczego ja nigdy nie słyszałam o tej autorce? Dlaczego trafiłam na nią zupełnie przypadkowo, dlaczego zakochałam się w opisie i stwierdziłam że dam jej szansę? Jak widać nie tylko losem bohaterów rządził przypadek.

Historia opowiedziana przez panią Isabel jest wyjątkowa – oto od pierwszych stron przenosimy się do Lark House, nietypowego domu seniora. Domu pełnego różnych dziwnych bądź mniej staruszków porzuconych przez rodzinę, albo będących tam z własnej woli. Jedną z takich osób jest Alma Belasco, dama ze znanej i szanowanej rodziny, która szybko zaprzyjaźnia się z młodą Iriną Bazili, pracującą tam kobietą, niepozbawioną burzliwej przeszłości.

Przyznaję bez bicia, że moje pierwsze myśli, jeśli idzie o Almę, nie były zbyt pozytywne. Po takich staruszkach, z bogatą historią, po przejściach, dobrze usytuowanych oczekuje się, albo inaczej – obawia, oschłości, trudności w kontakcie, wywyższania się. Alma, wciągając nas w swój świat, uchylając przed nami rąbek swojego dawnego życia przenosi nas do świata, w którym konwenans gonił konwenans, liczyło się to jak kto widział człowieka, a uczucia odchodziły raczej na ostatni plan.  


„Japoński kochanek” wciąga i zaskakuje jednocześnie. Skrywane głęboko tajemnice wychodzą na światło dzienne, starsi pokazują młodym, co to znaczy kochać, a młodzi patrzą na starszych z należytym szacunkiem. Jeśli, tak samo jak ja, nie mieliście dotąd czynienia z panią Allende, zmieńcie to ;) 

Egzemplarz otrzymany dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza 

piątek, 1 lipca 2016

JUNE 2016 IN SQUARES

JUNE 2016 IN SQUARES
Dzięki uprzejmości TotallBook Nerd7 przychodzę do Was z  Czerwcem w kwadratach, czyli krótkich ujęciach z całego miesiąca. Działo się dużo, bo przecież nadal jestem gdzieś na etapie koncertu Maroon5, a tu już lipiec, no ale… 





Miesiąc upłynął pod znakiem latania po uczelni, od gabinetu do gabinetu, od podpisu do podpisu, tu z indeksem, tam z pracą, to system antyplagiatowy, to czekanie, drukowanie, latanie po kolejne podpisy aż złożenie pracy w dziekanacie (uff). To Zwierzogród, pies pchający się do walizki (chyba lubi podróżować), to ostatnie zajęcia na uczelni i oczekiwanie na obronę (wciąż).  

Działo się dużo, miejmy nadzieję że i lipiec będzie bogaty w dzianie się.  Macie jakieś konkretne plany na spędzenie tego miesiąca? :) 

Obserwatorzy