piątek, 26 sierpnia 2016

Kultura w sto dwadzieścia sekund! #MójEmpik

Kultura w sto dwadzieścia sekund! #MójEmpik
W koło mówi się, że Polacy nie czytają. Nie wiem,  jak badania te zostały przeprowadzone, bo sama otaczam się ludźmi którzy wiedzą, jak wygląda książka i nawet takie od czasu do czasu czytają ;) 

Niemniej, jakiś czas temu w samym środku Warszawy działy się cuda. Kulturalne cuda, których, musze przyznać, sama chciałabym doświadczyć! A było tak: jedna dziennikarka (Justyna Dżbik-Kluge), przypadkowi przechodnie, książki, filmy i muzyka. Gdy pani Justyna zadawała pytania odnośnie ulubionych książek czy muzycznych artystów, ekipa techniczna aranżowała niezwykłą kulturalną przestrzeń. Były regały zapełnione ulubionymi książkami, radio z muzyką i filmy – wszystko to, co dana osoba przed chwilą uznała za ulubione. 





Przeprowadzona w centrum Warszawy akcja obrazuje sposób działania programu Mój Empik, największej sieci dystrybuującej dobra kulturalne w Polsce. Karta to nie tylko promocje i rabaty dostępne dla jej posiadaczy, ale to również albo przede wszystkim spersonalizowana oferta, wedle której nowo uruchomiony program będzie zapamiętywał te nasze preferencje, zapisywał je sobie i później do nas je dostosowywał.  

Jeśli ktoś sięga po reportaże, jako pierwszy dowie się o premierach w tej kategorii, dostanie rabat na dany gatunek i – co więcej – zaproszenie na spotkania z ulubionymi autorami. Wielką dogodnością ze strony Empiku jest to, że by skorzystać z tej karty nie musimy jej przy sobie fizycznie mieć. Wystarczy zainstalowana na naszym smartfonie aplikacja. Nie musimy też pamiętać o paragonach, które zawsze, zawsze!, giną gdzieś w niewyjaśnionych okolicznościach. Zwrot bądź wymiana produktów – to wszystko na podstawie historii zakupów zarejestrowanych wcześniej na karcie. Co ważne, jeśli przystępując do programu pokażemy kasjerowi kartę z poprzedniego systemu lojalnościowego, zakupy zachowają ciągłość i szybciej zostaną dopasowane do nas osobiste propozycje. W ciągu pierwszych 4 dni w nowym programie lojalnościowym Empiku zarejestrowało się już 60 tysięcy osób.


Sama już zarejestrowałam się by otrzymać swoją kartę, a Ty? ;) 

wtorek, 23 sierpnia 2016

„Gastrobanda” Jakub Milszewski, Kamil Sadkowski

„Gastrobanda” Jakub Milszewski, Kamil Sadkowski


Kiedy tak patrzę na leżącą obok mnie książkę, trochę chce mi się śmiać. Ja i kuchnia?  Przecież na kilometr widać, że to jakaś pomyłka. Co prawda nie jest ze mnie jakieś kompletne beztalencie, bo jeśli mi się chce to coś tam zrobię (w końcu jak głód przypiera…), ale żeby od razu sięgać po książkę… kulinarną?

„Jak wygląda prawdziwe życie za kuchennymi drzwiami? Co ukrywają przed nami restauratorzy? Do tej pory wiedziała o tym jedynie garstka wtajemniczonych, ale już czas, by odkryła to cała Polska.”

Żyjemy w czasach, kiedy wyjście do restauracji powoli staje się czymś normalnym. Jeśli masz ochotę zjeść na mieście, ubierasz się i wychodzisz, by spędzić czas ze znajomymi i przy okazji dobrze zjeść. Włączasz telewizor, a tam w pewnym popularnym programie mowa o tym, że tak w zasadzie to każdy może otworzyć własną knajpę, nawet jeśli nie ma się o tym biznesie żadnego pojęcia. Talent znowu to pojęcie względne, wystarczy dużo pracy, chęci i na pewno, człowieku mądry inaczej, będziesz zarabiał krocie.

Rzeczywistość jednak okazuje się nieco inna. Branża gastronomiczna nie jest taka fajna i prosta jakby się mogło wydawać, a prowadzenie restauracji, takiej która ma szansę utrzymać się dłużej na rynku okazuje się trudniejsze, niż możnaby pomyśleć.

„Gastrobanda” trochę ten rynek gastronomiczny obdziera ze złudzeń.  Nie ruszając się z kanapy wchodzimy na zaplecza wszystkich dotąd nam znanych lub nieznanych gastroprzybytków. Poznajemy konszachty między dostawcami a restauracjami, między  pracownikami, którzy niekoniecznie muszą za sobą przepadać, choć z drugiej strony – przecież grają w jednym zespole.  Już wiemy, jaką drogę przebywa nasze zamówienie od momentu jego złożenia, aż do momentu gdy talerze lądują przed nami na stole. Wiemy, jak łatwo zajść kelnerowi za skórę, i jak, często prawie niechcący, doczekać się jego zemsty.




Tak naprawdę „Gastrobanda” to takie kompendium wiedzy nie tylko dla tych, którzy w przyszłości chcieliby w gastronomii pracować, ale nawet i dla nas, tych, którzy lubią czasem wyjść z domu i dobrze sobie pojeść, niekoniecznie wydając na to niewiadomo ile pieniędzy.  Książkę, dzięki językowi jakiego używają autorzy (jeśli nie lubisz przekleństw, to nie jest pozycja dla ciebie)  czyta się bardzo szybko. Zdjęcia zaś, które tylko sprawiają że można zrobić się głodnym sprawiają, dopełniają tylko efektu dobrze zrobionej i napisanej przez osoby wiedzące, z czym to się je, książki. Polecam z całego serca ;) 

czwartek, 18 sierpnia 2016

„Ja kontra bas” Jerzy Stuhr || ZMIANY ZMIANY

„Ja kontra bas” Jerzy Stuhr || ZMIANY ZMIANY


Mam słabość do Stuhrów.  To tak w ramach wyjaśnienia, dlaczego sięgam po książkę opowiadającą o przedstawieniu teatralnym, którego zapewne nigdy nie zobaczę.

Tak naprawdę nie chodzi o samą treść książki. Ta jednak, jak wiadomo, broni się sama bo pan Jerzy w dość przystępny i dowcipny sposób przytacza wiele historii dotyczących spektaklu Kontrabasista Patricka Süskinda.  Od premiery spektaklu mija ponad trzydzieści lat, w trakcie których zmieniło się wiele. Ustrój, widownia i jej wymagania, poczucie humoru, ale przede wszystkim zmienił się sam pan Jerzy, wcielający się w głównego bohatera.

Wykreować rolę tak, aby widz uwierzył w naszą mistyfikację.

 „Ja kontra bas” to książka przepełniona anegdotami, których na przestrzeni tych wielu lat dużo się nazbierało. To historia o przemijaniu, o widzach którzy nagle zaczęli więcej wymagać, o zawodzie aktora teatralnego, o różnicach między młodszym a starszym pokoleniem tychże, ale przede wszystkim o sztuce, która po trzydziestu latach stała się częścią jego życia.

Umieć bawić się sobą w przyjętych okolicznościach. To sobą samym mam się najpierw bawić i śmiać się z siebie, abym miał prawo śmiać się z innych.

Mimo strachu odnośnie tematyki książki, jestem z niej bardzo zadowolona. Może i nie zobaczę Kontrabasisty na żywo. Dzięki tej książce mam jednak wrażenie, że wiem o tej sztuce o wiele więcej niż ktoś, komu nawet kilkukrotnie udało się usiąść na widowni ;)



/A teraz mały offtopic. W końcu zdecydowałam się na „profesjonalny” szablon, dzięki któremu blog wreszcie wygląda tak, jak powinien. Kolejną, nie mniej ważną zmianą jest zmiana domeny z „blogspot.com” na „.pl”, w związku z czym nowy adres bloga to www.myslizaczytanej.pl O tym myślałam już od dosyć dawna, nie byłam jednak wciąż i wciąż pewna, czy jestem gotowa. W końcu zaryzykowałam… I chyba  było warto, choć o tym pewnie przekonam się za jakiś czas ;) Jeśli mogę prosić o zmianę w linkach, jeżeli macie mnie gdzieś zapisaną – będę wdzięczna!/

PS. Wcale nie jestem uzależniona od flamingów. Prawie że w ogóle!

wtorek, 9 sierpnia 2016

JULY IN SQUARES

JULY IN SQUARES
Mam nadzieję, że wybaczycie mi te kilka dni spóźnienia. Tak naprawdę miało tej notki nie być, bo chyba lipiec nie był jakimś wyjątkowym i obszernym w wydarzenia miesiącem – tak przynamniej myślałam. Zmieniłam zdanie zaglądając w folder ze zdjęciami… Których było o wiele więcej, niż zazwyczaj. To chyba jakiś znak, prawda?;)

główną pomysłodawczynią month in square jest TotallBook Nerd7 








Czego by nie powiedzieć, to chyba jednak trochę się działo. Obroniłam się, choć byłam święcie przekonana, że będę tą jedyną osobą, która dokona niemożliwego i się nie obroni. Bo braknie języka w gębie i tym podobne. Obyło się jednak bez tego, nerwów nażarłam się zupełnie niepotrzebnie... I tak przez kilka tygodni nie byłam studentem. W blasku kłopotliwej biurokracji, po - znów! - niepotrzebnych nerwach mogę powiedzieć, że od października podbijamy UJ-ot i rozpoczynamy walkę o „mgr” przed imieniem i nazwiskiem ;)

Było też polskie morze, niezbyt upalne i tropikalne, ale po prostu i po polsku - ciepłe. Jak widać zajmowałam się tam, oprócz czytania, chodzeniem i robieniem zdjęć - uwierzcie, sobie też. Aż boję się zaglądać do folderu ze zdjęciami. Pieskowi też się podobało, najbardziej zakochał się w piachu, w którym uwielbiał chować... mokry od wody... pyszczek. Nie muszę mówić jak się to kończyło? 

Koniec końców lipiec minął mi gdzieś między palcami, bo jak dziś pamiętam pierwszego lipca, mecz z Portugalią, a tu proszę państwa, co poniektórzy niedługo zaczynają szkołę. Znaczy, ja nie. Ja mam jeszcze miesiąc i nie omieszkam o tym wspominać przy każdej okazji. Nie przepraszam! :)

czwartek, 4 sierpnia 2016

„Łaskun” Katarzyna Puzyńska

„Łaskun” Katarzyna Puzyńska

O serii w Lipowie tu jeszcze nie pisałam, choć przecież na początku roku wszystkie – wówczas chyba cztery książki pochłonęłam w ciągu kilku dni. Myślałam, czy by nie nadrobić tego, ale wydaje mi się to bez sensu. Kto miał poznać, to miał do tego wiele okazji, kto jeszcze nie – może zachęcę go opowieścią o tej wyrwanej – dla tych nieczytających – z kontekstu książce i historii, która… no nie powiem, trochę człowieka rusza.

W Lipowie dochodzi do tragedii. Tym razem ofiarą staje się pewien bezrobotny i uważany sędzia, w domu którego policjanci odkrywają makabryczną inscenizację. Sprawca, kimkolwiek on był, z ciała prawnika i jakiejś  chwilowo niezidentyfikowanej kobiety złożył jedną postać. Myślicie, że już więcej Was nie zdziwi? Otóż kochani, okazuje się, że jednym z podejrzanych staje się sam Daniel Podgórski. Mogłoby się zdawać, że w momencie zidentyfikowania drugiego ciała, zarzuty spadną na kogoś innego, ale nie, to tylko pogarsza sytuację młodego policjanta którego swojego czasu darzyłam wielką sympatią. Koniec końców książka rozpoczyna się tak, że z jednej strony wszyscy chcą rozwikłać zagadkę, ale z drugiej myślą raczej o tym, co stało się z tym wzorowym Danielem.

Jest to kolejna książka, odnośnie której czuję jakieś małe „ale”. To nie tak, muszę zaznaczyć, że mi się nie podobała, tylko – znowu! – czegoś mi w niej brakowało. Mam nadzieję że pisząc o niej, wylewając myśli ot tak, znajdę ten brakujący element.

Już gdzieś od Utopców zdawało mi się, że Daniel trochę się pogubił. Nagły przyjazd Emilii, kolejne tajemnice wychodzące wówczas na jaw sprawiły, że życie mu się trochę pokomplikowało. Szanowałam i lubiłam go jednak za pewnego rodzaju konsekwencję, którą łatwo było dojrzeć w jego gestach, myślach i zachowaniu. Był dla mnie bohaterem, z którego w jakiś pokrętny acz niedosłowny sposób można było brać przykład. Szlachetny, dobry, trochę naiwny. Ciapuś z niego był na początku, to muszę przyznać, przez kilka kolejnych części miał dobry czas a teraz…

Historia opowiedziana przez panią Kasię Puzyńską trzyma w napięciu od pierwszej strony do ostatniej (a jest ich duuuużo!). Jeśli czasem zdarzało mi się przesuwać kartki z powodu męczących opisów, tym razem tak się nie działo. Cały pomysł z rozczłonkowanymi ciałami, lekarzami, tym wszystkim co spojone w jedno daje nam niezwykły przekrój społeczeństwa, które jest tak różnorodne nawet w małej miejscowości jest idealny. Sposób na jego ukazanie również – przyznać się muszę, że nawet udało mi się nie pogubić w tym chaosie imion, postaci i wydarzeń, które oczywiście z siebie wynikały, ale nie zawsze były oczywiste.

Jest mi niezmiernie przykro, że znowu mam jakieś „ale”, stanowczo za często mi się to ostatnio przydarza. O ile, jak już wyżej wspomniałam historia jest naprawdę dobrze napisana, dobrze przekazana, jak rzeczywiście te wydarzenia, sytuacje jedna po drugiej z siebie wynikają, mają jakąś logiczną spójność, tak – to przynajmniej moje osobiste zdanie – relacje międzyludzkie tu zupełnie leżą i kwiczą. Akcent położony jest na innych bohaterów, tych których jeszcze nie znamy. Z kolei ta cała sprawa z Danielem i tym, że o, nagle okazuje się że nie jest taki dobry i poukładany jak dotychczas, jak dla mnie była i nadal jest trochę nierzeczywista, jakby zrobiona na siłę. Daniel bad boy. Relacje innych też tu leżą, bo nagle okazuje się, że z powodu jednej jedynej decyzji, którą ktoś tam podjął wszystko się zmieniło, i przyjaciele też się odwrócili. Cóż to więc za przyjaciele? Ci, co przez pięć części byli w stanie wskoczyć za sobą w ogień a nagle zupełnie ot tak okazuje się, że jednak niby w to wszystko nie wierzą, ale też nie zapewnią młodego policjanta o wsparciu.

Łaskun naprawdę mi się spodobał, pani Kasia zaś niejednokrotnie rozkochała mnie w Lipowie, i tej całej otoczce towarzyszącej jej książkom. Bohaterów nie da się nie lubić, bo choć każdy z nich ma coś za uszami, tak naprawdę każda decyzja przez nich podejmowana jest jakoś uwarunkowana. Nie zmienia to jednak faktu, że patrząc na poprzednie części w których jakoś wszystko mi ze sobą współgrało, tutaj właśnie brakuje  mi tej rodzinnej atmosfery. Prawda, przyznaję, życie Daniela się pokomplikowało dosyć mocno, ale czy to od razu powód by robić z nim takie rzeczy? Co do jednak samego zakończenia muszę Wam przyznać, że byłam zdumiona. Czytałam ostatnie parę stron chyba kilka razy po to, by się upewnić czy dobrze zrozumiałam, ale właśnie tak. Jest zaskoczenie, nawet nie jedno i ja sobie myślę, jak ja wytrzymam do premiery kolejnej części. Sama nie wiem….

I nie, nie czujcie się od niej zrażeni, bo ja chcę z kimś na jej temat porozmawiać, musicie ją przeczytać! J


Obserwatorzy