piątek, 23 września 2016

Harry Potter and The Cursed Child

Harry Potter and The Cursed Child
Naiwnie myślałam, że wytrzymam do połowy października na polską premierę. Zaraz jednak po tej amerykańskiej, kiedy w sieci pojawiło się tyle pozytywnych opinii na temat The Cursed Child  zdałam sobie sprawę, że nie tylko nie wytrzymam, ale i pewnie zupełne przez przypadek znajdę jakiś spoiler, który zniszczy mi późniejszą radość z czytania. Poza tym po coś się ten angielski zna, kilka książek się już przeczytało, to i może z tą nie będzie tak źle, myślałam sobie klikając „buy” na angielskim Amazonie. Kiedy kilka dni później kurier wręczył mi paczkę, nie kryłam zdumienia że dotarła ona tak szybko. Śmiałam się nawet, że dotarła szybciej niż niejedna przesyłka zamawiana tu, w kraju. Niemniej. Przez kilka pierwszych dni nie mogłam oderwać od niej wzroku. Nosiłam ze sobą, przeglądałam, zachwycałam się i nie mogłam uwierzyć, że jest moja. W końcu doszłam do wniosku, że ile może leżeć na regale: czas w końcu zacząć czytać. Oszczędnie, po kilka stron dziennie, bo gdybym usiadła raz a porządnie, zapewne przeczytałabym ją za jednym posiedzeniem. A przyjemności trzeba sobie dawkować.


Cała historia tak naprawdę skupia się na postaci młodego  Albusa Pottera, który mimo tego, że jest dość pogodnym chłopcem, zdaje się zupełnie nie radzić sobie z ciężarem bycia synem swojego ojca, TEGO Pottera, którego ludzie mimo upływu lat nadal wynoszą na piedestał. Jego frustrację pogarsza fakt, że rozpoczynając naukę w Hogwarcie trafia nie do tego domu, do którego by chciał. Co prawda znajduje sobie tam dobrego przyjaciela, Scorpiusa Malfoya (ehę!) i niby się z nim dogaduje… Ale jednak wciąż na nazwisko ma Potter i tego nie jest w stanie zmienić. Jego monotonne, smutne i trudne życie zmienia jednak pewna rozmowa, której staje się świadkiem. Bezczelnie ją podsłuchuje, a później sam postanawia wysnuć z niej wnioski… W akcie bohaterskiego czynu, młodzieńcy podejmują próbę uratowania naprawienia świata.  Zupełnie tak, jak ich ojcowie przed laty podejmują się niemożliwego, zupełnie nie zdając sobie sprawy z konsekwencji wynikających z ich działań. As past and present fuse ominously, both father and son learn the uncomfortable truth: darkness comes from unexpected places.


Może dlatego, że nie oczekiwałam od książki niczego specjalnego, jestem nią tak oczarowana. Bo oprócz dobrze napisanej historii, która rzeczywiście wciąga, porywa i zaskakuje, bohaterów, których po prostu nie da się nie lubić (chociażby takiego Albusa, który jota w jotę przypomina swojego ojca przed laty) jest w przeklętym dziecku dużo dobrego humoru, który w połączeniu z takimi czasem kuriozalnymi sytuacjami jest po prostu niezastąpiony.


SNAPE: Sometimes cost are made to be borne. […] DIdn’t I just quote Dumbledore, didn’t I?
HERMIONE: No, I’m pretty sure that’s pure Severus Snape. /  str. 100


Mimo wszystko nie odważyłabym się Przeklętego Dziecka nazwać ósmym tomem historii młodego czarodzieja. Nie tylko dlatego, że ten ów czarodziej jest już dorosłym mężczyzną pracującym w Ministerstwie Magii, ale dlatego, że wszystko to co zamknęło się w siedmiu tomach jest spójną całością, to – jedynie dodatkiem, bez przeczytania którego można żyć, jeśli się tylko ma na to ochotę. Cała historia, która przenosi nas, mugoli, z powrotem do Hogwartu sprawia, że jeszcze raz ma się ochotę sięgnąć po któryś z poprzednich tomów nawet, jeśli od premiery tego ostatniego, „insygniów śmierci” mija już prawie osiem lat. W tym czasie powstało wiele, wiele opowiadań odnośnie tego, jak wyglądał świat po wielkiej wojnie. I o ile za bardzo sobie sami w głowie tych rzeczy nie poukładaliśmy, o ile nasze wizje jesteśmy w stanie pogodzić z tym, co znajduje się na kartach tej powieści, to lektura rzeczywiście może przypaść do gustu. W innym wypadku możemy być jedynie rozczarowani wizją wykreowaną przez autorów tejże książki/sztuki.  

wtorek, 13 września 2016

Żywopłot // Dorit Rabinyan

Żywopłot // Dorit Rabinyan

Liat i Hilmi nigdy nie powinni się spotkać. Los chciał jednak inaczej, życiem rządzi przypadek i stało się jak się stało. Dziewczyna szła na spotkanie, zamiast osoby z którą była umówiona pojawia się Hilmi i tak wszystko się zaczyna. Ona, Żydówka z Tel Awiwu, tłumaczka, on Arab, można powiedzieć wielki artysta. Dzieli ich wszystko, co tylko może dzielić dwójkę osób. Co jednak, gdy iskrzy tak mocno, że nie jest się w stanie przejść obok tego obojętnie?

Przyznaję bez bicia, że nie lubię książek miłosnych. Wydaje mi się, że tyle ile ich już zostało napisane sprawia, że każda kolejna nie jest ani wyjątkowa, ani jedna w swoim rodzaju, nie mówiąc o tym, że nie sposób w ogóle spamiętać, o czym jedna czy druga była. Dlatego miałam pewne obawy, sięgając po „Żywopłot”. Zaufałam opisowi, mając nadzieję, że może ta historia miłosna tym razem naprawdę będzie inna niż wszystkie.

I była. Niestety.

„Żywopłot” opowiada o naprawdę pięknej miłości (może dlatego, że jest zakazana), a ja przez większość czasu czułam jakiś wszechogarniający smutek, który dopadał  -domyślam się – nie tylko mnie, ale pewnie i przede wszystkim bohaterów. Za tym całym „szczęściem”  wynikającym ze znalezienia swojej drugiej połówki, osoby przy której można się czuć bezpiecznie,  chowała się bezwzględna nieuchronność.

Nie zapominam się. Cały czas pamiętam, że to chwilowe, że kiedyś to się będzie musiało skończyć, ale do tego czasu to…

I że to tylko przygoda, sama tak powiedziałaś: przygoda, wyspa na morzu czasu…

Nie dało się z nią walczyć, nie dało się jej pokonać. Po prostu była, trzymała wszystkich w garści, nie chciała słyszeć słowa sprzeciwu. 

Tam, gdzie człowiek nie ma wolności, gdzie jego los z góry jest przesądzony nie ma miejsca na szaleństwa. Te, które się wydarzyły, nie powinny mieć miejsca. Dlatego „Żywopłot” jest nie tylko smutny, ale i prawdziwy. Bo w niektórych przypadkach, czytając inne książki można sobie powiedzieć: ot, to tylko fikcja literacka. Tak się nie dzieje. Nie w tym wypadku.

Pochłonęłam ją w jeden dzień, ale by o niej napisać – jakoś składnie, nie mogłam się zebrać. Nie wiem, czy lubicie takie książki, ale jeśli lubicie się czasem przełamywać, „Żywopłot” polecam, tak po prostu.


poniedziałek, 12 września 2016

PRZEDPREMIEROWO // Szumowiny Jørn Lier Horst

PRZEDPREMIEROWO // Szumowiny Jørn Lier Horst



Przed Wistingiem kolejne ciężkie śledztwo. Cztery odrąbane lewe stopy wyrzucane na brzeg w Stavern w ciągu jednego letniego tygodnia nie wróżą niczego dobrego. „Dotychczas najtrudniejsze śledztwo” powtarzają wszyscy jak mantrę, próbując dociec prawdy. Okazuje się jednak że te szczątki ciał są jedynie wierzchołkiem góry lodowej, a poczynania mordercy zaś jedynie rozliczeniem się z ciążącą na jego barkach przeszłością.

„Szumowiny” to według mnie najlepsza z dotąd wydanych  książek pana Horsta. Cała historia, jej tło, ta przeszłość co wychodzi raz po raz i zaskakuje i zdumiewa, bohaterowie trochę już zmęczeni natłokiem spraw, aż w końcu ten jeden morderca, co to wciąż pomimo wszystko pragnie zemsty. Jest Line, która jak zwykle w swoim zwyczaju pojawia się tam, gdzie trzeba zupełnie przypadkowo. Jest temat więzień, kar i tego, czy one rzeczywiście jakoś wpływają na osadzonych. O tym, jak wygląda życie po wyjściu z więzienia, czy słowa więzienie i resocjalizacja powinno się używać w jednym zdaniu, aż w końcu straszna prawda, kłamstwa z przeszłości i zemsta. Zresztą trochę nieudana, co by nie powiedzieć.  

Choć czytałam ją długo, bo na równi z Harrym Potterem, którego nadal sobie dawkuję w strachu, że zaraz się skończy, jestem na tak. Nadal nie mogę się doczekać momentu w którym przeczytam sobie wszystkie części chronologicznie, ale muszę przyznać że coraz mniej mi ten za przeproszeniem bajzel ciąży. Wystarczy nie patrzeć na życia prywatne bohaterów, skupić się na śledztwie – dosyć ciekawym – i wtedy można czytać, dniem i nocą.


Jeśli jesteście fanami kryminałów i znacie wcześniejszą twórczość pana Horsta, zapewne nie muszę Was zbytnio do nabycia tej książki namawiać. Jeśli zaś czujecie się – po raz kolejny! – zaciekawieni, wiecie, co macie robić. 

czwartek, 8 września 2016

Zanim się pojawiłeś // Jojo Moyes

Zanim się pojawiłeś // Jojo Moyes
Moje przygody z bestsellerami zazwyczaj nie kończyły się zbyt pomyślnie. Sięgałam po nie tylko dlatego, że przeczytałam wiele dobrych i pochlebnych komentarzy, dlatego że wydawało mi się, że skoro wszystkim się podoba to zapewne i mi też… No, jak to się kończyło to wiadomo, może jedna na kilka książek rzeczywiście przypadła mi do gustu, ale nic więcej.

Dlatego też moje podejście do „Zanim się pojawiłeś” było raczej oschłe i na dystans. O książce usłyszałam jakoś przed premierą filmu, czułam się atakowana przez plakaty, zapewnienia że na to trzeba iść do kina, no po prostu tej premiery przegapić nie można. Odczekałam więc troszkę, a kiedy nadarzyła się taka okazja – zupełnie przypadkowo, stwierdziłam: nooo dobra, no może tym razem będzie OK.



Czego by dobrego o niej nie powiedzieć, bo koniec końców to naprawdę dobrze napisana powieść, która przez cały czas trzyma w napięciu, sprawia że człowiek raz czy nawet dwa uroni łzę, będzie trzymał kciuki za bohaterów, to sam pomysł na historię… Nie jest zbyt oryginalny. Wiadomo, zależnie od autora i tytułu powieści zmieniają się okoliczności „łagodzące”, ale znów dochodzę do smutnego wniosku, że połączenie miłości i choroby to idealny sposób na zarobienie większej ilości pieniędzy. Bo nie da się nie rozckliwić, czytają to. No po prostu nie ma mocnych.

Bohaterowie, jak zwykle zresztą poznają się w odpowiednich momentach swoich żyć. Lou Clark potrzebuje pracy, z kolei rodzice Willa potrzebują osoby która zaopiekuje się ich sparaliżowanym od stóp do głów synem.  Dwójka młodych dorosłych nie pada sobie w ramiona od samego początku, bo przecież różni ich wszystko co tylko może dwójkę dorosłych osób różnić. Ona ledwo wiąże koniec z końcem, on zaś nie ukrywa że pieniądze, które posiada czynią go lepszym człowiekiem od innych.  Nic to jednak. Powoli się do siebie jednak przekonują, a takim momentem który wszystko zmienia w ich relacji jest rozmowa, którą przypadkiem podsłuchuje Lou. Od tamtej chwili ma tylko jeden cel: przekonać Willa że życie, nawet z perspektywy unieruchomionego człowieka warte jest każdej siły wkładanej w walkę z nim i z samym sobą.


Zanim jednak zaczęłam ją czytać, miałam pewne i dla siebie zrozumiałe obawy – a co jeśli format, pomysł na łączenie tematu choroby z miłością, w końcu się wyczerpał?  Co jeśli trafię na łzawą historię, która w zasadzie nic ciekawego ze sobą nie wniesie? Szczęśliwie okazało się jednak, że mimo tej leciutkiej przewidywalności otrzymujemy powieść pokrzepiającą i przywracającą momentami wiarę w ludzi. Powieść o nieuchronności ludzkiego życia, przesączoną smutkiem ale i radością. Mieszanka tych wszystkich emocji, czasem skrajnych od siebie sprawiła, że przeczytałam „Zanim się pojawiłeś”… chyba w jeden dzień. Może nie uwzruszałam się nad nią tyle co nad filmem (który obejrzałam tego samego wieczora), jednak jestem bardzo mile zaskoczona. Jeśli jednak lektura „Me before you” jeszcze przed Wami, nie czekajcie, bo warto ;)

*zdjęcie pochodzi z cosmopolitan.pl

poniedziałek, 5 września 2016

KUBA. Autobiografia // Małgorzata Domagalik, Kuba Błaszczykowski

KUBA. Autobiografia // Małgorzata Domagalik, Kuba Błaszczykowski

Każdy człowiek trafia czasem w życiu na książki, po których nie może się, mówiąc kolokwialnie, ogarnąć. Niezależnie od tego, jak bardzo by się chciało do tego co się przeczytało nabrać dystansu, w większości wypadków jest to po prostu niewykonalne.



Małgorzata Domagalik i Kuba Błaszczykowski. Wnikliwa, a może nawet i przenikliwa dziennikarka oraz piłkarz, który przeżył niejedno. Ogromna tragedia, której był świadkiem, nie sprawiła jednak że się poddał czy zrezygnował z realizacji swoich marzeń. W to, by znaleźć się na szczycie – choć sam w żaden sposób nie uważa się za wyjątkowego, włożył wiele siły. Dużo go to kosztowało, jeśli jednak teraz bawiące się na podwórku dzieci, zamiast „chcę być Ronaldo” krzyczą „ja jestem Błaszczykowski” to chyba było warto.

Jeśli liczysz na sensację, nie sięgaj po tę książkę bo się zawiedziesz. Nie znajdziesz tu pikantnych szczegółów z życia światowej klasy piłkarza. Nie znajdziesz afer, niedomówień, pikantnych szczegółów. To, co tu znajdziesz i to, co na pewno ci się spodoba to... Kuba. Tata, mąż, piłkarz. Osoba o światowej sławie, która mimo ogromnej tragedii nie popadła się, choć miała ku temu wiele sposobności.  

Oprócz samej rozmowy między panią Małgorzatą a  Kubą, w książce znajdziemy też wypowiedzi trenera Dortmundu, trenerów reprezentacji Polski, z którymi Błaszczykowski współpracował, jego przyjaciół z Truskolasów czy rodziny, która oczywiście mówi o nim dobrze, ale też nikt nie tuszuje przeszłości, która właśnie przez to co się wydarzyło, była dosyć burzliwa.

Jestem oczarowana, a jednocześnie pełna podziwu. Siła zaparcia, chęć walki, dystans do siebie i świata a przy tym niezwykła skromność – przepis na sukces? Nie wiem, nie mi to oceniać. Nie wiem też komu mogę polecić przeczytanie tej książki, bo jeśli nie znacie Kuby, nie interesujecie się piłką albo jego osiągnięciami w ogóle, to prawdopodobnie KUBA. Autobiografia nie zrobi na Was większego wrażenia. Jeśli zaś czujecie, opierając się o to co napisałam, że możecie dobrze przy niej spędzić czas – bierzcie, nawet się nie zastanawiajcie. Naprawdę warto.


Powiedziała ta, która mimo śledzenia dwóch Euro – 2012 i ’16, nadal nie wie jak wygląda i na czym polega spalony.  

piątek, 2 września 2016

#6 książek idealnych na jesienne wieczory

#6 książek idealnych na jesienne wieczory
Jesień nadchodzi i to jest fakt, z którym nie ma się co wykłócać, bo to po prostu prawda. Tak samo jak to, że od jutra trzeba już iść do szkoły, no chyba że się ją już skończyło, a październik dopiero za miesiąc. Wtedy nie trzeba, ale to wolałam napisać jakby ktoś, jakiś student, może ten co to dopiero miał maturę i właśnie zaczyna się denerwować tym, czy sobie na tych studiach poradzi, nie wiedział.



Za bardzo się z jesienią nie lubimy, i tu nie ma zupełnie czego ukrywać.  Beznadziejna pogoda, egipskie ciemności, deszcz i ogarniające uczucie beznadziejności to zupełnie nie moja bajka. Skoro jednak nie mogę jej przespać (a szkoda), to wypadałoby zrobić coś co urozmaici – nie tylko mi – te chłodne wieczory. A czy jest coś lepszego (wiadomo że nie!) od dobrej książki, kocyka i parującej herbaty? No pewnie, że nie. Dlatego też postanowiłam zrobić taką małą, skromną listę książek, idealnych na jesienne wieczory.  Zapraszam!

Jeżycjada, Małgorzata Musierowicz




Co tu dużo mówić. Jest to jedna z moich ulubionych serii książkowych, którą zaczęłam czytać jeszcze będąc dzieckiem. Choć od tamtego czasu minęło wiele lat, choć mój gust czytelniczy zmieniał się… i zmienia nadal, to Jeżycjadę darzę pewnego rodzaju sentymentem. Prawdą jest, że nowo wydawane części nie są już takie, jak kiedyś, niekiedy świat kreowany przez autorkę trochę odbiega od rzeczywistości, ale to jednak wciąż magiczny Poznań i Borejkowie, których tak uwielbiam. Ich kolejne przygody, nie mniej zwariowane niż przed laty, sprawiają że jak się złapie książkę w swoje ręce, tak nie można jej wypuścić, no chyba że ją się już przeczytało.  A przecież humoru w takie wieczory nigdy dość!

Harry Potter… and the Cursed Child




Kolejna klasyka gatunku. Historia, jak i sama postać młodego czarodzieja zawojowała światem, choć nie było do tego przesłanek, jak mówi sama J.K. Rowling przytaczając historię, jakoby większość wydawnictw, do których przed laty wysyłała kopię książki odmawiała publikacji, nie pokładając w niej zbyt wielu nadziei. Prawda okazała się jednak zgoła inna. Pokrzepiająca serca historia, która czasem śmieszy, a czasem przeraża. Bohaterowie, którym się kibicuje, albo których ma się ochotę własnoręcznie poddusić. Czy może być coś bardziej zachęcającego? (Oczywiście – ósma część. Zanim nie przeczytasz poprzednich siedmiu, po ósmą nie sięgniesz. Czy to nie nazywa się… motywacja?)
Sama The Cursed Child już mam, ale wiadomo, książka musi nabrać mocy urzędowej. Aktualnie podziwiam ją, jak ładnie prezentuje się na regale.


Uwikłanie / Ziarno Prawdy / Gniew - Zygmunt Miłoszewski





Na najlepsze książki wpadam zupełnie przypadkowo, tak właśnie dochodzę do wniosku. Trylogia z Teodorem Szackim jest wszystkim, czego taki żarłok kryminałów jak ja potrzebuje. Wartka akcja, dobrze wykreowani bohaterowie, cięty język, dialogi które da się czytać, ciekawe opisy aż w końcu tematy w nich poruszane, które odzwierciedlają naszą polską i często szarą rzeczywistość.  Jak się człowiek wciągnie, to – przyrzekam! – nie może się oderwać. Ponadto, cóż, pan Zygmunt… jest człowiekiem, którego nie sposób nie polubić. Bardzo szczery w wywiadach, trochę taki stojący z boku… Czytaliście już tą trylogię?

Pożądanie mieszka w szafie / Piotr Adamczyk



Dlaczego to idealna książka na jesienne wieczory? Bo jest melancholijna. Bohater, mężczyzna w szale kryzysu wieku średniego opowiada o poszukiwaniach miłości, tej na całe życie, bo w końcu mamy okazję zajrzeć do męskiego świata i zobaczyć jak ta miłość wygląda u nich… Ale przede wszystkim dlatego, że wywołuje tyle emocji. Raz się pośmiejesz, a drugi raz zasmarkasz pół pokoju ze wzruszenia.  Lekka, przyjemna, trochę smutna – prawdziwa.  Więcej o niej, tutaj.

Millennium / Stieg Larsson



Żeby jednak odsunąć od siebie ten moment, w którym nie masz już co czytać bo poprzednia książka zasadniczo była cieniutka, obaliłeś/aś ją w jeden wieczór, z pomocą nadchodzi kolejna trylogia, tym razem Millennium autorstwa Stiega Larssona. Który – biedaczyna – popularność odniósł dopiero po własnej śmierci. Trzy opasłe (naprawdę opasłe!) tomiska, bohaterowie którym w większości czasu chce się grzmotnąć czymś mocnym po głowie, wspaniała Lisbeth Salander, wartka akcja, mroczność i nieprzewidywalność, aż w końcu… no po prostu to są wyjątkowe książki, które powinien znać każdy książkowo-kryminalny zapaleniec!

Zanim się pojawiłeś / Jojo Moyes




No ale nie samymi kryminałami człowiek żyje (bo te niestety aktualnie się dopiero piszą). W odsieczy przychodzi książka z gatunku tych ciężkich, a jednak jakimś dziwnym trafem bardzo przyjemnych. Dwie tak bardzo od siebie różne osoby się poznają, mają do siebie raczej nastawienie typu „byle się nie pozabijać”, a koniec końców okazuje się, że poznali się w takich momentach swoich żyć, kiedy najbardziej siebie potrzebowali. Niedługo postaram się o niej napisać, skoro w końcu udało mi się ją przeczytać, ale w tym momencie z całego serca mogę ją polecić.


To taki subiektywny spis książek idealnych na jesienne wieczory,  każdy z nas ma przecież jakieś ulubione książki do których chętnie i często wraca. Jeśli macie jakieś swoje jesienne typy, podzielcie się z nimi w komentarzach. Czytaliście któreś z wymienionych przeze mnie książek? Najbardziej ciekawi mnie jednak to, czy istnieją osoby – a obawiam się, że tak – które nie czytały Harry’ego Pottera i wcale nie dlatego, że to nie ich tematyka… ale dlatego, że zupełnie nic ich do tego nie ciągnie. Chodzą jeszcze tacy ludzie gdzieś po świecie? ;)  

Wszystkie zdjęcia, oprócz jednego, nie są mojego autorstwa, znalazłam je dzięki wujkowi Google.

Obserwatorzy