środa, 28 grudnia 2016

Slow life // Joanna Glogaza

Slow life // Joanna Glogaza

Termin slow fashion jest obecnie bardzo popularnym terminem, choć mam wrażenie, że nie do końca zrozumianym. Slow life, jak mówi autorka bloga Style Digger, Joanna Glogaza, to:

… życie w zgodzie ze sobą, a nie życie na pokaz. Presję i chęć doganiania „tych fajniejszych” zastępuje poznawaniem i akceptacją siebie. Zamiast […] niepewnych relacji z osobami, z którymi wypada się trzymać, podsuwa wartościowe znajomości oparte na wzajemnym zrozumieniu. Zamiast zagonienia […], rzetelną pracę i taki odpoczynek.

I właśnie o tym jest ta książka. O tym, jak nie zgubić swojego „ja”, jak cieszyć się z drobnych rzeczy, jak nie marnować wolnego czasu jeśli ten przydarza się tak rzadko. Jak nie robić czegoś wbrew sobie, jak nauczyć się odmawiać i przede wszystkim jak łatwo postawić swoje „ja” na piedestale, nie tracąc przy tym znajomych, a wręcz zdobywać ich szacunek.

Moje podejście do tego typu książek było troszkę olewnicze, bo przecież jak ktoś może mówić mi, jak mam żyć? Wydawało mi się to dosyć niedorzeczne. Ktoś wie lepiej ode mnie samej, co jest dla mnie lepsze? No chyba nie.  Okazuje się jednak, że to trochę bardziej skomplikowane. Z kolei jednak autorka, Asia Glogaza, która od lat prowadzi swojego bloga, zna się na rzeczy. Niczego nie narzuca, do niczego nie namawia, nie chce zmieniać nikogo na siłę, jedynie proponuje i pokazuje, jak może wyglądać życie każdego z nas, jeśli w końcu zaczniemy je doceniać i o nie dbać.

Co, jak się okazuje, nie jest ani takie trudne, ani takie ciężkie, a wymaga jedynie krzty zainteresowania i chęci. Nic więcej ;) 


niedziela, 25 grudnia 2016

Immunitet // Remigiusz Mróz

Immunitet // Remigiusz Mróz



Kiedy mogłoby się wydawać, że za Chyłką i Zordonem trudny czas, po lekturze Immunitetu mogę rzec jedynie: błahostki. Tu dopiero się dzieje! Choć do pewnego czasu wydawało mi się że jestem ponad to, i wytrzymam jeszcze zanim ją przeczytam, skusiłam się na potargowej promocji… No, nie żałuję.

Po raz kolejny przed moją ulubioną parą bohaterów nie lada wyzwanie. Oto bowiem najmłodszy w historii sędzia Trybunału Konstytucyjnego zostaje oskarżony o zabójstwo człowieka, z którym rzekomo nic go nie łączy. Ofiara pochodzi z innego miasta, nigdy nie spotkała swojego domniemanego oprawcy, a mimo to prokuratura zaczyna zabiegać o uchylenie immunitetu.  Oskarżony, nie mając zbytniego wyboru, zwraca się z pomocą do swojej znajomej ze studiów, Chyłki wiedząc, że ta na pewno mu się jakoś z tego bagna pomoże wydostać. Nie przewidział jednak, że prawniczka zmaga się z wieloma problemami, z czego ten alkoholowy jest chyba najbardziej do zniesienia.

Głównym zarzutem, odnośnie Immunitetu  z jakim spotkałam się, czytając kilka recenzji, było to, że jest trochę oderwana do rzeczywistości, a w porównaniu z poprzednimi częściami – wręcz słaba. Jak dla mnie pan Mróz wciąż utrzymuje stały poziom w swoich powieściach, ale może moja opinia wynika z tego, że  gdy czytam, nie analizuję. Skupiam się na historii, bohaterach, a nawet jeśli coś wydaje mi się być nierealne, to jednak wiem, że to ciągle – mimo wszystko – tylko książka. Historia opowiedziana czyimiś oczami, przez kogoś wymyślona. Więcej luzu ;)

A bohaterowie lekko nie mają. Okazuje się, że sprawa której się podjęli, wcale nie jest taka oczywista, jak mogłoby się wydawać, i co zapewnia sam oskarżony. Wszystko wskazuje na jego winę, a nawet jeśli nasz duet coś wymyśli, działa to raczej na zasadzie jednego kroku w przód i dwóch w tył. Chyłka ma też swoje problemy, od których nie może uciec, więc jeżeli połączyć wszystkie puzzle układanki, trudną sprawę, swoje problemy, nie tylko alkoholowe, Kordiana u boku, naprawdę może wyjść coś dobrego. I wychodzi. A zakończenie to już w ogóle. Powali Was na kolana, tak, jak mnie. Kilkukrotnie przecierałam oczy ze zdziwienia, jednak na nic się to zdało. Chcę kolejną część już i zaraz, bo chyba nie wytrzymam z ciekawości!

Jak zwykle – choć nie jest to zbyt pozytywne chyba określenie – nie zawiodłam się tym, co przeczytałam. Kolejne części przygód mojego ulubionego prawniczego duetu nie nudzą, nadal ciekawią, nadal pozostawiają nutkę niedopowiedzenia. Wszystko jest na swoim miejscu, bohaterowie nadal są tacy, jacy byli, trochę przejaskrawieni, trochę dziwni, ale widać że pan Mróz trzyma się ich konsekwentnie, co bardzo się ceni.


  A Wy jesteście fanami duetu Chyłka&Zordon czy wręcz przeciwnie? :) 

wtorek, 13 grudnia 2016

Małe życie // Hanya Yanagihara

Małe życie // Hanya Yanagihara


Wzbraniałam się przed lekturą Małego życia nauczona, że to co podoba się wszystkim, i co nagle, zupełnie bez zapowiedzi, staje się wielkim bestsellerem wychwalanym ponad niebiosy, niekoniecznie musi podobać się i mnie, i będę tylko czuła smutek z powodu mojego „dziwnego” gustu. Nadeszły jednak targi, no i co no… Uległam. Choć i tak odkładałam lekturę jak tylko się da.

Małe życie przytacza historię czwórki przyjaciół, których poznajemy w momencie, kiedy kończą studia i całe życie stoi przed nimi otworem. A przynajmniej tak im się wydaje, bo przecież wiadomo że marzenia, wielkie ideały są jedynie w naszej głowie, a najczęściej los i tak wie lepiej co dla nas dobre.  Niemniej oni chcą więcej, czują więcej, i więcej też od siebie oczekują. W Małym życiu towarzyszymy im cały czas, wtedy, kiedy są szczęśliwi, kiedy osiągają kolejne sukcesy, ale i wtedy kiedy los podkłada im nogę, i tak bardzo ciężko jest się im podnieść. Tak naprawdę jest tu wszystko, czego możemy chcieć. Osiemset stron, Nowy Jork na przełomie wielu, wielu lat choć tak naprawdę zakres czasu nie jest nam konkretnie znany – nie znamy roku, w którym rozpoczynamy przygodę, ani też roku, w którym ze smutkiem kończymy czytać, ale przede wszystkim bohaterowie, tak bardzo nieszablonowi, tak bardzo realni, prawdziwi, że momentami chce się ich naprawdę uściskać, wesprzeć i przytulić. Serio.

Czytało mi się ją bardzo długo, bo przecież prawie trzy tygodnie. Jeżeli liczysz na szybką lekturę, to nie jest książka dla ciebie. Mnogość historii, latanie w czasie, anegdotki, komentarze… Żeby naprawdę rozumieć to, co się czyta, trzeba temu poświęcić trochę czasu. Ja sama? Kilka stron dziennie, by się nie przesycić, by nie odkryć jakiejś skrywanej tajemnicy zbyt szybko, ale przede wszystkim dlatego, by nie pogubić się w natłoku wydarzeń.

Przyznałam wyżej, że się obawiałam, dosyć poważnie. Nie rozczarowałam się jednak, a zakochałam. Małe życie to wybitna książka, taka, jakiej nie było mi dane nigdy dotąd przeczytać. Kompendium losów człowieka. Przekrój całego życia. Od ideałów kłębiących się w głowie, po ich realizację. Od nadziei, miłości, poprzez cierpienie, smutek i niedowierzanie. Dużo się można z Małego życia dowiedzieć i dużo się można nauczyć. Przede wszystkim tego, że prawdziwi przyjaciele to ci, którzy pomogą niezależnie od sytuacji. Nie będą oceniać, dogadywać, zadawać niewygodnych pytań. Po prostu będą.

Zapewne tego, co chcę teraz powiedzieć nie zrozumiesz, jednak pewnego dnia zdasz sobie z tego sprawę, że sposobem na przyjaźń, jak uważam, jest znalezienie ludzi, którzy są lepsi niż ty sam. Nie mądrzejszych, nie fajniejszych, lecz bardziej szczodrych, hojniejszych oraz takich, którzy potrafią wybaczać. Gdy już ich znajdziesz, doceniaj ich za to czego mogą cię nauczyć i staraj się ich słuchać, kiedy będą mowić coś o tobie, nie ważne jak złe lub dobre by to było. Przede wszystkim jednak ufaj im, co okaże się być najtrudniejszą rzeczą, jednak najlepszą z możliwych.


A Wy po prostu przeczytajcie, bo jestem ciekawa, czy tylko ja się tak zachwycam! :)

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Lampiony // Katarzyna Bonda

Lampiony // Katarzyna Bonda


Mam ostatnio jakąś zawieszkę na pisanie, czytanie i wszystko wokół. Najchętniej scrolluję Facebooka, przypominając sobie raz po razie co i na kiedy muszę zrobić. Myśli te jak szybko przychodzą do głowy, tak szybko z niej wychodzą. Działam w myśl, że jak masz na coś miesiąc czasu, najlepiej rób to dwa dni przed terminem. Miej miesiąc na napisanie eseju, pisz go dzień przed oddaniem, wydrukuj notatki z wyprzedzeniem, ale czytaj je na ostatnią chwilę. Denerwuj się, ale też nie jakoś panicznie, no bo po co.

Tym samym przypomniałam sobie, chyba robiąc porządki w galerii telefonu, że nie napisałam słowa o Lampionach, choć przeczytałam je dość dawno temu. Nadrabiam (nie tylko seriale) więc.

Po wydarzeniach w Hajnówce, Sasza Załuska dostaje pracę w gdańskim oddziale policji. Nie zdąża się tam zadomowić, bo szybko zostaje oddelegowana do nowego zadania w Łodzi. Miasto to staje się terenem groźnych wydarzeń, w których główne skrzypce gra ogień. Mianowicie w Łodzi dochodzi do ogromnej ilości pożarów. Mnożą się napady na bezdomnych, cudzoziemców. Dochodzi do jawnych aktów homofonii i antysemityzmu. Jednym słowem, dzieje się dużo. Czy Sasza rozwiąże te wszystkie zagadki? Żeby się dowiedzieć, sami musicie sobie przeczytać, ha!

Głównym bohaterem Lampionów jest Łódź, która nie tylko staje się tłem wszystkich zdarzeń, wypadków i ludzkich historii, ale sama w sobie jest bohaterem, czymś, bez czego to wszystko by się nie działo. Ogniwem zapalnym, wywołującym u ludzi bardzo różne uczucia – jedni uwielbiają to miasto, nie wyobrażają sobie mieszkania w innym, sławią go ponad wszystko, inni zaś wydaje się że żyją tam z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, może przymusu.  A dzieje się w tej Łodzi źle, i kiedy wybucha kolejny budynek, kiedy zostają ranni kolejni ludzie, wreszcie trzeba coś z tym zrobić. Ale jak, skoro nikt nic nie mówi, wszyscy kłamią, a w zasadzie to Sasza jest tu nowa i tak naprawdę nie wie wszystkiego? 

Jednym z najmocniejszych zarzutów kierowanych do pani Bondy jest taki, że jej powieści mają zbyt wiele wątków, i czasami jest się trudno połapać kto, z kim, gdzie i dlaczego. Po części się z tym zgadzam, co powiedziałam już przy okazji Pochłaniacza, jednak nie uznaję tego za wadę, lecz za urozmaicenie. Co prawda zdarza i zdarzało mi się momentami zapomnieć czyjegoś imienia, czy źle dopasować go do osoby, wystarczyło wtedy cofnąć się o stronę – dwie i zobaczyć, co w trawie piszczy. Moim jedynym zarzutem odnośnie Lampionów może być objętość. No naprawdę, liczyłam na jakieś opasłe tomisko pokroju na przykład Okularnika, a jak wzięłam kopertę do ręki to miałam takie trochę mieszane uczucia.


Te jednak rozmywały się z każdą kolejną stroną czytania. Jeżeli podczas lektury poprzednich części twierdziłam, że jestem nimi oczarowana, to teraz mogę czuć się oczarowana sto razy mocniej. Ciekawy zarys społeczeństwa, Łodzi, miasta którego tak naprawdę nikt nie rozumie jak rdzenni jego mieszkańcy, szaleństwa, które czasem może doprowadzać do tragedii, ale przede wszystkim tego, że z niektórymi nie warto zadzierać, bo może się to różnie skończyć.  Choć smutno mi w tym momencie, że sama postać Saszy trochę została zepchnięta na boczny tor (ale to da się wybaczyć, sami powiecie, jak przeczytacie), jestem niezwykle Lampionami zadowolona, i nie mogę doczekać się kolejnej części (bo końcówka jest trochę niepokojąca). 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu MUZA



Obserwatorzy