wtorek, 20 czerwca 2017

Szóste okno // Rachel Abbott

Szóste okno // Rachel Abbott

Do czytania najchętniej zachęcają promocje. Ot, weszłam sobie kiedyś na Amazon, a to  był moment kiedy inni dostawali przedpremierowe egzemplarze Szóstego okna, patrzę, a ta sama książka, w oryginale, kosztuje zawrotnego dolara. Pomyślałam: interes życia! I wtem, niewiele się zastanawiając, kupiłam.

Natalie Grey traci męża. Zostaje z córką sama i ku rozpaczy odkrywa, że czas nie stanął w miejscu a życie, o dziwo toczy się dalej.  Po jakimś czasie kobieta wiąże się z przyjacielem swojego zmarłego męża i powoli odnajduje szczęście w życiu na nowo. Chce cieszyć się każdym dniem, czerpać z niego jak najwięcej. Jest marzycielką, dlatego też wszyscy, których zna, chcą ją chronić przed złem świata. To właśnie tu, w Szóstym oknie przysłowie, jakoby ciekawość była pierwszym stopniem do piekła mają sens, bo rzeczywiście tak jest. Natalie coś widzi, nie jest pewna co, i tak w zasadzie się zaczyna. W międzyczasie Tom Douglas prowadzi śledztwo w sprawie rzekomego samobójstwa nastolatki. Im dalej w śledztwo, tym okazuje się, że komisarz znajduje powiązania między tą sprawą a Natalie i Scarlett, jej córką. O co chodzi?

Mam z tą książką pewien problem. Choć oczywiście rozumiem zamysł, historię, zgadzam się z tym, że wszystko z siebie wynika, do siebie prowadzi, no po prostu utrzymuje jakiś logiczny ciąg, to jestem w stu procentach pewna, że większości problemów, których bohaterowie sobie naważyli, mogliby uniknąć gdyby tylko zaczęli ze sobą rozmawiać. Wszystkie tragedie, które się wydarzały, wszelkie straty zaufania, o których mówili, tego wszystkiego mogłoby nie być, gdyby na litość boską mówili sobie o tym, co ich niepokoi, gnębi, a czego nie są pewni. Rozumiem oczywiście – znów – pobudki czy Eda, który chciał bronić Natalie, która jest raczej romantyczną duszą; rozumiem także Scarlett, która też z matką nie była szczera z tego samego powodu. Jednak wciąż sądzę, że możnaby te straty i problemy zminimalizować, gdyby bohaterowie wykazali choć krztę zainteresowania i ponad interes tej jednej osoby zaczęli przekładać dobro wszystkich.

W Szóstym oknie mamy tory akcji; z jednej strony przyglądamy się Natalie i Scarlett, które w wyniku – znów! – nieporozumienia wyprowadzają się ze swojego „nowego” domu i w tym całym chaosie próbują jakoś się odnaleźć, ale też mamy z drugiej strony śledztwo prowadzone przez Douglasa, które dotyczy śmierci nastolatki, i w którym to śledztwie jest raczej więcej niewiadomych, niż rzeczy pewnych. Przeskakiwania między rozdziałami, między punktami widzenia, ten czas, który niby mknie przed siebie a jednak niekoniecznie – to wszystko ma sens. Nawet to zakończenie, które chyba trochę mnie rozczarowało jest okej, jeśli się na nie spod dobrego kąta popatrzy, ale…


Denerwowała mnie niesamowicie bierność bohaterów, którzy przyjmowali na klatę wszystko to, co zrzucał im los, zbytnio na to nie narzekając. Oczywiście wiedzieli, że coś jest nie tak, coś im się tam nie zgadzało, w większości jednak trzymali wszystko dla siebie, nie wiem, myśląc, że śledztwo samo się rozwiąże, albo że jak czegoś się nie powie, to to nie istnieje.  To jest mój największy zarzut do tej książki. W tym miejscu wypada jednak dodać, że cała ta historia z samobójstwem, tajemniczą przeszłością Berniego bardzo mi się podobała i z chęcią przeczytałabym inną książkę pani Abott, bo może jest szansa, że trafię na mądrzejszych bohaterów którzy jednak używają czegoś i wiedzą o istnieniu mózgu. Meh.

piątek, 16 czerwca 2017

Koniec samotności // Benedict Wells

Koniec samotności // Benedict Wells

Uwielbiam smutne powieści… To oczywiście żart, ale też jedyne, co ciśnie mi się na usta, kiedy myślę o dopiero co przeczytanej książce. Koniec samotności przeczytałam trochę z opóźnieniem, bo okazało się, że awizo czekało na mnie tydzień, zanim w ogóle ktoś pomyślał, żeby zajrzeć do skrzynki. Nic to jednak, bo gdy tylko się do niej dorwałam, przeczytałam ją w dwa dni. No, może góra trzy. Szybko się ją pochłaniało, dlatego też trochę musiałam pilnować, by nie zjeść jej w jeden wieczór.

Odniosłam takie wrażenie, w trakcie czytania, i biorąc pod uwagę wszystko to, co przeszli bohaterowie, a w zasadzie: rodzeństwo, że w pewnym momencie dla mnie samej ta czara smutku, ten jego napływ, to wszystko wydało się za dużo. Bo to rodzeństwo w wieku dziecięcym straciło rodziców, i to, jak te ich losy się potoczyły później, to wszystko było takie do bólu realne, prawdziwe i no – smutne.  Przyznam, że często myślałam o tym, czytając książki czy oglądając seriale. Widząc zgrane rodzeństwo, co będzie z nimi za X lat? Tutaj, w Końcu samotności było idealnie ukazane to, jak każde z nich było inne, jak bardzo się od siebie różniło, i jak ta niesamowita tragedia rzuciła się cieniem na ich przyszłość.

- Powtórzę ci to raz jeszcze, ale niechętnie: nie można przywrócić przeszłości ani jej zmienić - usłyszałem od brata przez telefon.

- Nieprawda, można - powiedziałem.

Traumy, problemy większe czy mniejsze, rozłąki, nieporozumienia… to wszystko jest tu opisane. Bohaterom się kibicuje, chce się dla nich jak najlepiej, a jednocześnie myśli – gdzieś w kącie głowy, że ile się jeszcze złego może wydarzyć? Że może to już wystarczy, co? Że ten los jest jaki jest, to wszyscy wiedzą; z naszych planów sobie stroi żarty, przerabia, dorabia własne ideologie. Ale jakiś umiar to powinien być. Bo człowiek dużo zniesie, ale jakaś granica… No nie wiem.

Smutno, smutno i smutno. Ale też trochę radośnie, bo w tych tragediach, nieszczęśliwych splotach losu kryło się coś, co pokrzepiało, nowe rodziny, plany, marzenia, to jakoś wszystko idealnie się ze sobą zgrywało. Bo zostało tu pokazane, że życie idealne nie istnieje; że wszyscy mają jakieś zakamarki, do których nie zaglądają, które są mroczne. Że dbają o siebie bardziej o innych, a przede wszystkim że wierzą, że kiedyś będzie dobrze. Bo będzie. I wtedy trzeba czerpać jak najwięcej. Ot co.


Choć dużo dobrego o tej książce czytałam, nie spodziewałam się nie wiadomo czego. A miło się rozczarowałam, dlatego chyba mogę polecić. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Muza

ps. sesja to jednak wredota jest, czy ja mogę poprosić
aby był już 23 czerwca??

niedziela, 11 czerwca 2017

Mój początek wszystkiego

Mój początek wszystkiego


Do pewnego momentu uważałam, że branie udziału w konkursach nie ma sensu, bo w zasadzie wygrywają inni, lepsi. Trochę to na przekór logice, no bo skoro nie próbuję, to nie wygrywam. Niedługo później wygrałam bilet na koncert i spotkanie z zespołem Dawida Podsiadło, a potem książkę. I zadzwonili do mnie z tego radia, z odpowiedzią na tego smsa, co napisałam, ale ogólnie prawie go nie wysłałam. A na dodatek to ja rozmawiałam na antenie z ulubionym prowadzącym, więc to już w ogóle.  Okazało się wtedy, że„wygrywanie” a przynajmniej staranie się, by wygrać nie jest takie złe i czuję się z nim całkiem fajnie. Oczywiście nie zawsze muszę wygrywać, bo jestem miłym człowiekiem, i nie chcę odbierać tej możliwości wygrywania innym, ale z drugiej strony też szybko popadam w samozachwyt i obawiam się, że to ciągłe zachwycanie się swoją wyjątkowością i tym, że wygrywam, mogłoby się źle skończyć. No więc mówię, że ja nie muszę zawsze wygrywać, ale od tamtego momentu stwierdziłam, że kto próbuje to nic nie traci, a jedynie czasem zyskuje.

Dlatego pomyślałam, że wzięcie udziału w konkursie #Mójpoczątekwszystkiego to dobra okazja do spróbowania wygrania czegoś, bo dawno mi się to nie udało ;( A tak na serio to jednak bon do empiku to jest chodliwa rzecz, i ja dzisiaj na przykład narzekałam, że następna okazja na dostanie takiego to Mikołaj, a jest czerwiec, a grudzień za pół roku, więc p r ó b u j ę.  A chodzi o to, by napisać coś o wydarzeniu, które było „początkiem wszystkiego” i zaprosić do tejże zabawy trzech innych… blogerów. Którzy lubią bony do Empiku. Ktoś, coś?

Najdłużej zajęło mi wymyślanie, a w zasadzie przypominanie sobie tego szczególnego wydarzenia, bo ogólnie w ostatnich latach to dużo działo się dla mnie nowych rzeczy i tak trochę trudno zdecydować które z nich było najbardziej „wow”.

Mogłabym powiedzieć o tym, że prowadziłam kilka blogów z książkami, do pisania i prowadzenia których traciłam zapał gdzieś po dwóch dniach szukania szablonu. No bo włożyłam w to tyyyyyyyyyyle pracy i nikt nawet nie zajrzał, nie skomentował i nie powiedział, jaka to jestem wyjątkowa, a mój styl pisania rewelacyjny. No proszę was. Jak ktoś tak mógł. W końcu jednak założyłam myślizaczytanej, i chyba tylko dlatego, że na zajęcia z filmoznawstwa musiałam napisać recenzję filmu, napisałam ją, a że była na ocenę, to bardzo się postarałam, i jak już ją napisałam i porozsyłałam wszystkim w koło („patrzcie, jak fajnie napisałam, w ogóle ten film jest ekstra, polecam!!) to stwierdziłam, że to jest właśnie ta okazja, ta świetna okazja, ten wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju moment, w którym mogę założyć bloga i kiedy ktoś w końcu mnie skomentuje!

Bloga założyłam, recenzję opublikowałam (o, TU, jakby ktoś chciał zajrzeć)… A po paru dniach pojawiły się komentarze. I to nie takie, że „fajnie”, „okej” czy „nuda”. Tylko takie więcej, rozbudowane i w ogóle. Popadłam w samozachwyt (mówiłam, że szybko się sobą zachwycam), a później wzięłam się za dalsze pisanie, czytanie i odwiedzanie innych. Nadal jednak gdzieś w głowie mi mrugało, gdzieś kompletnie z tyłu, że pfff, i tak nikt mnie nie będzie czytał, i w zasadzie już by mogli przestać, bo już mi się nie chce starać. 

Minęły jednak kolejne miesiące. Rok. Drugi. Gdzieś w połowie tego drugiego zdecydowałam się na własną domenę. Trochę wiążące, no ale pomyślałam, okej, rok dam radę, ewentualnie te dziesięć złotych za pierwszy rok, no jak stracę, to nie będę płakać.

No ale jakimś sposobem w kwietniu minął mi trzeci rok i jak na razie stąd nie wybywam. To oczywiście może zmienić się w każdej chwili, jednak chwilowo mam w planach przedłużenie domeny na kolejny rok więc brace yourself czy coś w ten deseń. Zawsze lubiłam czytać książki, nie wiem czy dlatego, że nie miałam gdzie z i kim wyjść. Okazało się, że pisanie o nich jest równie fajne, a dzielenie się tym z innymi to już w ogóle.


Taki był #mójpoczątekwszystkiego. Nie wiem, kogo mogę do tej zabawy motywować, komu chce się tak produkować. Ale niech będzie. Nominuję do tej zabawy Klaudię z bloga Borenium, Marth z Bibliofilembyć i Dominikę z Bookmorning. Każda z nas miała jakiś „początek”, moment, który wszystko zmienił, który coś zaczął… Nie mogę się doczekać by przeczytać Wasze wyznania ;) 

Post napisany w ramach konkursu organizowanego przez Moondrive, w którym można wygrać bon do Empiku na 100 złotych. A chodzi o to, by opisać swój #Mójpoczątek wszystkiego, moment, który coś zapoczątkował. Podzielić się z tym na swoim blogu, oznaczyć post hasztagiem #mójpoczątekwszystkiego i nominować do zabawy kolejne 3 osoby. 

wtorek, 6 czerwca 2017

Wzgórze Psów // Jakub Żulczyk

Wzgórze Psów // Jakub Żulczyk

„Ludzie skupiają się przy sobie, bo myślą, że będą w ten sposób się bronić, dbać o swoje interesy. Ale i tak w krytycznych momentach będą się rozszarpywać, zabijać, spychać nawzajem w przepaść.”

Co to była za książka. Co prawda miałam plan na dzisiaj, że napiszę o czym innym, ale wracając do domu otworzyłam Kindla, przeczytałam końcówkę „Wzgórza psów” i zdziwienie, szok, to wszystko tak bardzo się skumulowało, że jak (prawie) tylko dorwałam do laptopa to pomyślałam: muszę to szybko zapisać, to, co myślę, póki nie uleci, póki jeszcze to zakończenie jakoś mnie dotyka, wywołuje jakieś emocje, po prostu.

Weszłam na LubimyCzytać by zobaczyć opis książki, jakiś sensowny niż to, co siedzi mi w głowie. Nie dowiedziałam się jednak zbyt wiele. Thriller, kara, zło. To tak w wielkim skrócie. Nie oddaje to bowiem nawet jednego procenta z tego, co się na kartach „powieści” wydarzyło. A wydarzyło się, jakby to powiedzieć, żeby nie zabrzmiało banalnie, tanio, w s z y s t k o.

„Ty wciąż myślisz o tej dziewczynie. To był twój koniec świata i dziwisz się, że stało się coś takiego, a domy wciąż stoją, ludzie wciąż żyją”.

Mikołaj, wraz ze swoją żoną Justyną wracają do jego domu rodzinnego, z różnych przyczyn, głównie finansowych. Nie mają co robić, wracają do Zyborka, Zyborka, z którego przed laty Mikołaj uciekał, o którym chciał zapomnieć, ale wraca, musi, nie może inaczej. Na chwilę, powtarza, na jakiś czas, mówi, próbując przekonać sam siebie. Ten ich powrót nie zwiastuje niczego dobrego, i choć mówią wszystkim wkoło, że jest okej, nie jest, nie było i już nigdy nie będzie. Główny bohater daje się wplątać, a może z drugiej strony nie wplątać, po prostu znajduje się w samym środku wydarzeń mających swoje korzenie w młodości; czas leci, nie leczy ran ani niczego nie zmienia. I o tym dosadnie przekonuje się nie tylko Mikołaj, który wciąż pamięta, ale wszyscy inni którzy pamiętają i muszą w końcu coś z tym zrobić.

Pamiętam, że po lekturze „Ślepnąc od świateł” byłam zdania, że nie przeczytam już nic równie dobrego. Że nic w takim stopniu mnie nie zaskoczy, nie wywrze takiego wrażenia, że już nie dam się tak b a r d z o zaskoczyć. Co nie. Tak myślałam, ale później sięgnęłam po Wzgórze Psów choć nie planowałam, później, miałam odwlec, ale premiera, szumna premiera, dobre opinie i podroż, w którą wyruszałam i w trakcie której chciałam  c o ś czytać. Jedynym błędem jest to, że ta książka nie nadaje się do czytania w miejscach publicznych, bo człowiek musi wsiąknąć, wejść w to, całym sobą, no chyba, że jesteście gotowi przejeżdżać przystanki.

„Zybork spływał w ciemność, ściekał w nią jak czarny klej, ciągnąca się guma z wrzuconej do ogniska opony. Nikt tego nie czuł, a jednocześnie wszyscy to czuli.”

Wzgórze Psów przepełnione jest złem. Zybork jest przepełniony złem, ciemnością, wrogością i taką niezgodą na to, co się dzieje. Jest przeszłością, która nadal we wszystkich siedzi, wydarzeniami, które nadal wywołują emocje, teraźniejszością, która mogłaby wyglądać inaczej gdyby…  Gdybanie jednak nie pomaga, i bohaterowie to wiedzą, i na swój sposób sami chcą dowieść sprawiedliwości. Bo ta ciemność ich otacza,  oni nią przesiąkają, tym złem, losem, który na nich zrzucono, tą ostatecznością, do której są wszyscy gotowi, bo nie mogą sobie z tym poradzić.

Po „Ślepnąc od świateł” byłam pewna, że niczego równie dobrego nie przeczytam. Przeczytałam. Nie mogę się otrząsnąć, zapomnieć, zdać sobie z tego sprawy. Ale to nie jest książka dla wszystkich, to zło, ciemność, brzydkie słowa, to nie nadaje się dla tych, którzy będą później narzekać na brutalność, na realizm, na wszystko. Nie czytajcie, jeśli styl pana Żulczyka Wam się nie podoba i nie czytajcie, jeśli później macie mówić, że co to było, że jak to tak, że nie.


Reszcie gorąco polecam, bo to książka jest, którą trzeba przeczytać; nawet jeśli czytana po trochu, po rozdziale, po stronie. Może i trzeba tak. Jak przeczytaliście już, to powiedzcie, że też jak ja w to nie wierzycie, a w to zakończenie to już szczególnie. Bo ja chciałabym nie wierzyć, ale…  

niedziela, 4 czerwca 2017

majowe migawki

majowe migawki


Maj za nami. Ciągle nie wierzę w to, że już połowa roku. Niemniej w końcu maj okazał się ciepłym miesiącem, i po siedmiu miesiącach ciemności, zimna i ogólnego przygnębienia na niebie w końcu pokazało się słońce. Ludzie wyszli z domów, i oto nastała radość. Taki też był maj. Trochę radosny, trochę problemowy, mieszanka do której idzie się przyzwyczaić. 



Były książki, dużo książek, tych dobrych, rewelacyjnych i takich, które dopiero zacznę czytać (The sixth window zgarnięte z Amazona za całego $1.22).



Dużo na Instagramie było tego magazynu It girl, skusiłam się i nie żałuję. Dużo do czytania, mało reklam, jestem na tak. Co lepsze, to, w co nadal nie wierzę: byłam w radio, współprowadziłam audycję i było superowo. 


Skoro radio to i Warszawa, po raz drugi w tym roku. Tym razem ciepło, wręcz upalnie. I krótko - bo wycieczka na zaledwie kilka godzin przed i po audycji. 



Filiżanki z Tigera też mi mignęły gdzieś przed oczami i nie mogłam przejść obok nich obojętnie. Tak samo jak obok arbuza czy  Mcdonaldowskiej Frappe czy drinków, które nie tylko tak fantastycznie wyglądają ale i smakują.



Jestem ostatnią osobą, którą możnaby posądzić o słuchanie Harry'ego Stylesa. A jednak stało się, i oto przez cały miesiąc słuchałam jego płyty. Riverdale - bo bardzo rozśmieszył mnie Netflixowski opis. Uwierzcie mi Wy, którzy jeszcze nie mieliście przyjemności tego obejrzeć. Archie na pewno nie jest kozakiem. Serio. 

Przyszedł czerwiec i przyszła sesja; mam nadzieję, że jakoś się to przeżyje,, bo perspektywa lipca i przerwy od uczelni jest niezwykle kusząca! A jak tam Wasze plany na czerwiec? ;) 



czwartek, 1 czerwca 2017

PRZEDPREMIEROWO Ogród małych kroków // Abbi Waxman

PRZEDPREMIEROWO Ogród małych kroków // Abbi Waxman

Lubię książki niewymagające ode mnie myślenia ani tym bardziej większego zaangażowania. Takie, które mogę wziąć ze sobą do pociągu czy autobusu, gdzie jest gwar, hałas czyli zupełnie niesprzyjające warunki do czytania. Fabuła, jakkolwiek wspaniała by nie była, jeśli jest skomplikowana, łatwo się w niej pogubić, czytać zupełnie nie rozumiejąc, o co chodzi. Takiego marnowania czasu nikt nie chce.  By jeszcze bardziej poprzeć moją decyzję co do przeczytania „Ogrodu małych kroków” tu wszyscy musimy zgodnie przyznać, że okładka jest wprost cudowna i odtrącenie takiej powieści, takiej okładki, po prostu nie przystoi.

Historia, choć na pozór wydaje się być smutna, przytłaczająca i nijak kojarząca się z tą radością bijącą z okładki, zaskakuje. Mamy oto bohaterkę, Lilian, która przed laty, w wypadku samochodowym straciła ukochanego męża. W pewnym momencie jedynym powodem, dla którego wstawała z łóżka były dwie córeczki, którymi teraz, po śmierci męża, musiała opiekować się sama. Życie ją doświadczyło, los pokazał, co robi sobie z naszymi planami, a jednak Lily udało się odbić od dna. Bycie ilustratorką, mamą, siostrą i córką sprawiło, że te kilka lat po tragedii wiodła w miarę normalne życie, a przynajmniej próbowała.

„Ogród małych kroków” zaczyna się w zasadzie od tego, że zostaje poproszona, w ramach swojej pracy, czyli ilustrowania książki z roślinami, o wzięcie udziału w kursie ogrodniczym, który to kurs ułatwiłby jej znacznie pracę nad rysunkami, wiedziałaby jak wygląda to, co ma narysować. Lily oczywiście się zgadza, a żeby było weselej do pomocy zgłaszają się nie tylko jej córeczki (które jakby nie miały wyboru) ale i jej siostra, Rachel. Oto bowiem wszystkie cztery wyruszają na przygodę pod tytułem ogród małych kroków.

Nie często zdarza się, by tytuł książki miał jakiś związek z treścią w niej zawartą. Zazwyczaj ma  być chwytliwy, a to, że zupełnie nie pokrywa się z tym, co jest tam napisane, kto by się tym przejmował. W „Ogrodzie małych kroków” wszystko ze sobą współgra, począwszy od tytułu, okładki aż w końcu treści, która niejednokrotnie doprowadziła mnie do łez czy śmiechu. Bohaterowie, wykreowani przez autorkę, czy to Lily zmagająca się z niesamowitą stratą, której nie jestem sobie w stanie wyobrazić, czy Rachel, która powoli dojrzewa mimo swojego dorosłego wieku, czy może dzieci, które są w tej swojej niewiedzy, a jednocześnie chęci niesienia pomocy, wzbudzają w nas, czytelnikach, sympatię. Kibicujemy im, chcemy ich przytulić, życzymy im dobrze, mimo tego parszywego losu który sobie robi co z kim chce.

Sama historia, opowieść, to wszystko miało bardzo wielkie szanse na to, by coś nie zagrało. By było zbyt pastiszowe, nieśmieszne a momentami żenujące. Ale tu tego nie było. Każda sytuacja wynikała jedna z drugiej. Żarty, celowe czy nie, śmieszą, wywołują emocje, tak samo jak bohaterowie i ich poczynania. Kto by pomyślał o zbudowaniu książki wokół kursu ogrodniczego? Czy grzebanie w ziemi w samym słońcu może być ciekawe? Latanie z dziabką, bawienie się owadami, czy to mogło być śmieszne? Było. Bo tacy są bohaterowie, takie są okoliczności, wszystko jest, jak ma być.

„Ogród małych kroków” to kolejna, ale tym razem bardzo wyjątkowa i magiczna w pewien sposób powieść o tym, że ból nie mija z czasem, że metodą tytułowych małych kroków można osiągnąć więcej, że rodzina w pewnym momencie okazuje się wszystkim, co mamy,  i w końcu, że mimo przeciwności losu warto walczyć o swoje życie, szczęście, o swoją przyszłość. Nic, co „dostajemy” nie trwa wiecznie, a czasem strata, jak bardzo by nie bolała,  rana, jakkolwiek nie byłaby wielka, to wszystko w końcu mija.  Problemy niestety nie, i choć te momentami naszej Lily po prostu narastają i narastają, ma rodzinę, Rachel, bratową, ma wokół siebie ludzi skłonnych do pomocy.

Mimo moich obaw, że dostanę smutną, przygnębiającą powieść dostałam coś zupełnie innego. Bardzo miło spędziłam przy niej czas, dlatego polecam ją każdemu z Was. Nie jest to może literatura wysokich lotów, ale na letni, upalny dzień wprost idealna ;)



Książka otrzymana dzięki uprzejmości  Wydawnictwa Otwartego


sobota, 27 maja 2017

Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej // Anna Broda

Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej // Anna Broda

Główną bohaterką powieści pani Brody (choć nie wiem, czy to odpowiednia odmiana nazwiska) jest Marta, która niby ma przed sobą oszałamiającą karierę, ale tak naprawdę jest pisarką wyszukanych kryminałów (których nikt nie rozumie) a szczycić się może co najwyżej byciem narzeczoną trendsettera i bywalca salonów, Andrew.  To dzięki niemu nosi najdroższe ubrania sławnych projektantów, dzięki niemu błyszczy w świetle fleszy, choć czy naprawdę jej się to podoba?

Mam z tą książką taki problem, że nawet mi się jako całość podobała, historia, problemy, które bohaterowie przeżywali, to wszystko było ze sobą spójne, z siebie wynikało,  ale bywały również momenty, w trakcie których przewijałam kartki, omijałam opisy i miałam chęć odłożyć ją na półkę i już do niej nie wrócić.  

Do historii jako takiej nie mogę się przyczepić. Marta, w splocie mniej lub bardziej nieszczęśliwych wypadków przyjeżdża, a w zasadzie „wraca na chwilę” do Krakowa by uporać się z przeszłością, która daje o sobie znać. Musi zapanować nad niezłym rozgardiaszem, pojawiającymi się co rusz nowymi członkami rodziny jednocześnie nie zapominając o tym, że jest narzeczoną Andrewa, jej życie jest w Warszawie, a z Krakowa to ona chce, ale uciec. Problemy się piętrzą, ona tylko się dołuje, nie ma pomysłu na tą książkę, co to ją niby pisze, Andrew znów zaczyna coś komplikować, a ona ma po prostu serdecznie dosyć.


Wylosuj z tłumu dowolną osobę, następnie zwierz jej się, że pochodzisz z Krakowa. Reakcja zawsze sprowadzi się do kilku odpowiedzi:
1. Musisz bardzo tęsknić
2. Tam żyje się wolniej
3. Nikt nie biega po schodach ruchomych
4. To miasto ma duszę.

Choć w Teorii zakalca Dagny Przybyszewskiej dzieje się dużo – bo nie mogę powiedzieć, że nie, to momentami czułam jakby autorka straciła pomysł, zupełnie wypadło jej z głowy czego dana akcja, dane wydarzenie miało dowieść, i dopisywała coś na szybkiego, byle tylko było. Akcja momentami się ciągnęła, sprawiając że ze zniecierpliwieniem przewijałam strony by zobaczyć co tam się w końcu stało. Nie twierdzę jednak, w tym wszystkim, że to zła książka, bo jak dla mnie to coś nowego, sam pomysł na historię, Kraków, postać Dagny Przybyszewskiej, w jakimś stopniu to wszystko trzyma się kupy, wynika jedno z drugiego, ale naprawdę chwilami czułam jakby to wszystko było ot tak powrzucane i sama autorka była ciekawa jak to tam na końcu w ogólnym rozrachunku będzie wyglądało.

Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej to nie jest, mimo wszystko, książka zła. Autorka, nomen omen, debiutująca, dała z siebie wszystko i w to wierzę. Ale czegoś mi brakło. Jakiegoś efektu „wow” na końcu, zaskoczenia, nie wiem. Książkę czyta się szybko, jeden czy dwa wieczory, czyta się przyjemnie, czasem się śmieje, a czasem wprost przeciwnie, ale czy wróciłabym do niej? Nie jestem pewna…

Egzemplarz otrzymany dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza S.A 



czwartek, 25 maja 2017

Julie&Julia

Julie&Julia

Próbuję, nieustannie, znaleźć jakąś zależność między tym, jak bardzo nie umiem gotować a tym, jak bardzo uwielbiam oglądać seriale i filmy kulinarne. Jak do tej pory na nic mądrego nie wpadłam, więc chyba po prostu się do tego przyzwyczaję. Patrzenie na jedzenie jest fajne, jedzenie go również, ale gotowanie – może kiedyś coś jeszcze ze mnie wyrośnie. Jakaś kucharka albo MasterChef. Zobaczy się.

Tymczasem z braku laku obejrzałam Julie&Julia bo dużo o nim słyszałam, bo Netflix podpowiadał, że dobre to jest, no to pomyślałam: czemu nie. Dwie godzinki  minęły szybko, ja tak w trakcie oglądania przynajmniej ze sto razy poczułam się głodna, bardzo głodna i super bardzo głodna, a koniec końców wszamałam pół paczki czipsów (bardzo dobrych). To chyba tyle, jeśli idzie o zdrowe odżywianie się.

Historia opowiedziana w Julie&Julia jest bardzo przyjemna. Oto bowiem młoda sekretarka, Julie Powell, decyduje się podjąć pewne wyzwanie – w ciągu roku zrobi przygotuje wszystkie dania z książki kucharskiej swojej idolki, Julie Child. Dodatkowo, by czuć nad sobą jakąś presję albo mobilizację (jak kto woli), swoje poczynania będzie publikowała na swoim, założonym specjalnie na tą okazję, blogu.

Żeby poczuć, jak fajny to jest film, musicie go obejrzeć sami, bo choćbym chciała, nie uda mi się wszystkiego tu przekazać bądź wszystkich myśli ubrać w słowa tak, byście mogli czuć się zachęceni. Co prawda szalonej akcji tu nie znajdziecie, tak samo jak kosmicznie niespodziewanych zwrotów akcji. Historia opowiadana jest bowiem z dwóch perspektyw – podglądamy jednocześnie samą ikonę, Julie Child, która jako jedyna kobieta uczęszcza na lekcje gotowania (jeśli tak to nazwać), bo to przecież czas kiedy mężczyźni wiodą prym w niemal każdej dziedzinie życia, a kobiety jedynie u ich boku „wyglądają”, ale przyglądamy się też poczynaniom Julie Powell, która wymyśliła sobie niemożliwe. Jak bowiem pogodzić pracę sekretarki z gotowaniem jednego, albo i nawet dwóch dań dziennie?

Historia, choć niezbyt skomplikowana, wielokrotnie doprowadza do śmiechu. Bohaterkom z całego serca się kibicuje, śledzi ich poczynania, jednocześnie jednak powinno się mieć przy sobie coś do jedzenia, by nie umrzeć z głodu. Ale coś zdrowszego od czipsów, tak mi się wydaje.

Nie wiem czemu, ale bardzo denerwowała mnie w tym filmie sama Meryl Streep. Choć może nie do końca ona jako postać albo aktorka, ale jej sposób wysławiania się… Ilekroć otwierała usta, wydawała ten dziwny jęk aka głos, myślałam, że coś mnie trafi. Domyślam się, że o to właśnie chodziło w tej postaci bo przyznaję, że to wszystko tam się trzyma kupy. Zachowania bohaterek, to, co mówią, jak się zachowują… Ale serio akcent, to manewrowanie głosem, no ja nie wiem, ale nie byłam w stanie tego znieść i zdarzyło mi się, przyznaję bez bicia, gdy pani Streep miała większą partię tekstu, zwyczajnie przesunąć czas o kilka sekund.  Znaczy wiecie, kojarzę jej głos z innych filmów, które oglądałam, i naprawdę wierzę, że ten głos to cecha charakterystyczna tej postaci.

Bo tak naprawdę znów nie mam się do czego przyczepić. I znów – mogę polecić, jeśli jeszcze jak ja, nie oglądaliście do tej pory.

Co do tego, że wszystko mi się podoba – jak czytam książkę i jest nudna, albo jak oglądam film, który mnie nuży, to po prostu go wyłączam/odkładam na półkę i o tym nie piszę. No bo po co? ;)


środa, 24 maja 2017

Nagroda Literacka Miasta Warszawy, laureaci

Nagroda Literacka Miasta Warszawy, laureaci


Jakiś czas temu pisałam o, tu, o Nagrodzie Literackiej miasta Warszawy. Podawałam wówczas laureatów nominowanych do zdobycia tej nagrody. Ale od tego czasu minęło ponad dwa miesiące, wobec czego czas trochę zaktualizować informacje ;) 

Laureatami dziesiątej edycji Nagrody Literackiej miasta Warszawy zostali Stanisław Aleksander Nowa, Jerzy Kronhold, Grzegorz Piątek, Marcin Szczygielski i Magda Wosik. Specjalne wyróżnienie – tytuł Warszawskiego Twórcy otrzymała Hanna Krall. 

Specjalne wyróżnienie otrzymała w 10. edycji Nagrody – Hanna Krall, którą uhonorowano tytułem Warszawskiego Twórcy. Znana jest przede wszystkim jako autorka niezwykłego wywiadu z Markiem Edelmanem – reportażu „Zdążyć przed Panem Bogiem”, który ukazał się po raz pierwszy w 1977 roku. Krall ma na koncie wiele tekstów, które na stałe weszły do kanonu literatury faktu, m.in.: „Tam nie ma już żadnej rzeki” (nominowana do Nagrody Literackiej Nike w 1999 roku), „Wyjątkowo długa linia” (nominowana do Nagrody Literackiej Nike w 2005 roku) i „Król Kier znów na wylocie” (nominowana do Literackiej Nagrody Środkowoeuropejskiej Angelus w 2007 roku, uznana za Książkę Roku 2006). W tym roku wydany został „Fantom bólu”, będący zbiorem wszystkich reportaży Krall, związanych z Holocaustem, dotykających problemu historii i pamięci. To pierwsza tego typu publikacja w dorobku autorki.

Książka wyróżniona Nagrodą Literacką m.st. Warszawy w kategorii proza to „Galicyanie”, debiut Stanisława Aleksandra Nowaka. Powieść o losach mieszkańców Zaborowa, galicyjskiej wioski spod Rzeszowa. Na uwagę i uznanie zasługuje wierność realiom XIX wieku, ale przede wszystkim język, który sam autor nazywa „językiem galicyjskim”. Tworząc go na podstawie źródłowych zapisów, Nowak opracował słownik składający się z 13 tysięcy haseł. Pisarz pracował nad swym dziełem osiem lat. Nominowanymi w kategorii proza były również Brygida Helbig za książkę „Inna od siebie” i Aneta Prymaka-Oniszk za „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy”.

W kategorii poezja zwycięzcą został Jerzy Kronhold za tom „Skok w dal”. Autor jest nie tylko wybitnym poetą, współtwórcą nurtu Nowej Fali, ale również dyplomatą i działaczem kultury. Debiutował tomem „Samopalenie” w 1972 roku. Nagrodzony „Skok w dal” zawiera 44 wiersze, będące retrospekcją lat studenckich. Utwory są również zapisem osobistych przeżyć poety po stracie żony. Adrian Sinkowski, autor tomu „Raptularz” oraz Dariusz Suska, autor tomu „Ściszone nagle życie” to pozostali nominowani do Nagrody twórcy.

Docenieni zostali również pisarze literatury dziecięcej. „Klątwa dziewiątych urodzin” to książka Marcina Szczygielskiego z ilustracjami Magdy Wosik. Opowiada o Mai, która musi zrzucić z siebie klątwę przed dniem swoich dziewiątych urodzin. Pomoże jej w tym odnalezienie przywiezionej ze Szczecina cegły, wykorzystanej przy odbudowie Warszawy. Przydatne okażą się także rozwiązania zagadek skrywane przez warszawskie legendy. Pozostałe nominacje w tej kategorii to: „Ala ma kota. A Ali?” Jolanty Nowaczyk i Darii Solak oraz „Bajka o tym, jak błędny rycerz nie uratował królewny, a smok przeszedł na wegetarianizm” autorstwa Łukasza Olszackiego i Joli Richter-Magnuszewskiej.

W kategorii edycja warszawska zwycięzcą został Grzegorz Piątek za książkę „Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego”. Publikacja jest precyzyjnym odtworzeniem kariery Stefana Starzyńskiego. Śledząc kolejne fakty z życia ostatniego prezydenta przedwojennej Warszawy, czytelnik odkrywa wielowymiarowy portret Starzyńskiego. Piątek to architekt z wykształcenia, z praktyki – krytyk i historyk architektury oraz kurator wystaw i projektów związanych z architekturą. W kategorii edycja warszawska nominowani byli również Łukasz Lubryczyński i Karolina Wanda Gańko za książkę „Dorożkarstwo warszawskie w XIX wieku” oraz Tomasz Mościcki za „Warszawskie sezony teatralne 1944 1949”.

Terminy nadchodzących spotkań z laureatami tegorocznej Nagrody Literackiej m.st. Warszawy:
  • 11.06 o godz. 17, barka Atalanta - klub Sen Nocy Letniej - spotkanie z Grzegorzem Piątkiem, poprowadzi Arkadiusz Gruszczyński
  • 13.06 o godz. 18, Moda na Czytanie - spotkanie z Jerzym Kronholdem, poprowadzi Janusz Drzewucki
  • 24.06 o godz. 11, Targ Śniadaniowy na Żoliborzu - spotkanie z Magdą Wosik, poprowadzi Beata Jewiarz
  • 27.06 o godz. 18, Ogród Powszechny - spotkanie ze Stanisławem Aleksandrem Nowakiem, poprowadzi Krzysztof Masłoń
  • 1.07 o godz. 12, Imieniny Jana Kochanowskiego - spotkanie z Hanną Krall, poprowadzi Anna Romaniuk.


poniedziałek, 22 maja 2017

Księżyc nad Bretanią // Nina George

Księżyc nad Bretanią // Nina George

Nie często mi się zdarza, że zapominam o książkach, które mam przeczytać. Zazwyczaj cierpię na ich niedosyt, wobec czego wszystko co mam czytam i pochłaniam.  Przyznaję się jednak do błędu, nadrabiam i voile la! 

Mówi się, że nigdy nie jest za późno na to, by zacząć od nowa. Liczy się wszak odwaga, której ludziom często brakuje, by uciec od życia, które nie jest takie jakie byśmy chcieli, żeby było. Marianne myślała, że dla niej samej nie ma już nadziei, dlatego też zdecydowała się na ten ostateczny krok – postanowiła skoczyć z paryskiego Pont Neuf.  W splocie mniej lub bardziej nieszczęśliwych wypadków trafia do szpitala, a tam, malowidło narysowane na rustykalnym kaflu sprawia, że powoli odnajduje chęci do życia, a w głowie klaruje pewien plan, który ma nadzieję spełnić.  

Czy udaje jej się go spełnić – musicie dowiedzieć się sami. Sama chciałam jednak w tym miejscu zapewnić, że choć sielsko-anielskie powieści nie są moim konikiem, a w problemy rozwiązywane za pomocą dobrego myślenia raczej mnie od siebie odrzucają, to tak samo jak w wypadku Lawendowego Pokoju czy Księgi snów czuję się najzwyczajniej w świecie oczarowana. Bo książka ani nie zmieniła mojego życia, ani tym bardziej mojego spojrzenia na świat. Życie jest tak samo beznadziejne jak było, a mi jedynie było smutno, że nie ma mnie tam z bohaterką, w tym ciepełku i wśród tych wspaniałych ludzi. 

Bo taki jest Księżyc nad Bretanią – spokojny, ciepły, trzymający w swoich objęciach. Ale nic poza tym. Przyjemna majówkowa lektura, o której zapewne zapomnę, bo takich powstają tysiące. Niemniej na pewno powieść ta znajdzie swoich prawdziwych fanów, których nie ciągnie do ciemnych i mrocznych szwedzkich kryminałów. Jak mnie ;) 

Książka otrzymana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwartego.


niedziela, 14 maja 2017

serialowe must watch

serialowe must watch



Z serialami mam taki problem, że oglądam ich za dużo. Skoro tak już jest, a ja nie zamierzam z tym walczyć, bo są rzeczy i uzależnienia o wiele gorsze, to chciałam, z okazji dwusetnego postu (!!) znów o kilku moich nowych odkryciach opowiedzieć. Część z nich obejrzałam, niektóre oglądam, a znowu kolejne planuję, co nie zmienia faktu że o wszystkich słyszałam wiele dobrego i chcę tą „dobrą nowinę” nieść dalej ;) Odpowiadając na pytanie, nie, nie czuję się źle rujnując Wam życia. Sorry not sorry.

Gilmore Girls // zwiastun



No początku dobrego tu nie było, bo obejrzałam pierwszy odcinek, nawet chyba nie do końca, i zupełnie nim nie porwana, wyłączyłam i zapomniałam. Następnie gdzieś dotarły do mnie wiadomości o „wznowieniu”, to pomyślałam, spróbuję jeszcze raz. Włączyłam odcinek numer jeden… a nim mrugnęłam, kończyłam sezon drugi. W tym serialu wszystko ze sobą współgra; bohaterowie (Michel i Sookie <3), muzyka, książki, poczucie humoru… A dodatkowo serial niezbyt skomplikowany, więc można oglądać dla czystej przyjemności ;)

Designated Survivor // zwiastun




Wyznaczony do przeżycia, bo tak mniej więcej brzmi tytuł, opowiada o Tomie Kirkmanie, tytułowym wyznaczonym, który zostaje głową Stanów Zjednoczonych zaraz po tym, jak cały Kapitol – wraz z prezydentem ii innymi politykami zostaje wysadzony w powietrze. Musi nie tylko prowadzić śledztwo w sprawie tragedii, ale jednocześnie trzymać państwo – a Ameryka jest państwem wielkim – w ryzach, by katastrofa nie zniszczyła kraju dosłownie. Ubóstwiam tego typu seriale, kwestią czasu więc było, że na niego wpadłam i się zakochałam.  Jeśli ktoś z serialami politycznymi nie jest za pan brat, nie polecam.

The Good Wife // zwiastun




Tym razem prawniczy serial, przybliżający historię Alici Florrick, która po piętnastu latach wraca do pracy w wyniku pewnych zawirowań życiowych. Dostaje od losu szansę na wybicie się, i wykorzystuje ją jak najlepiej tylko potrafi. Jednocześnie żona, prawniczka i matka nie daje sobie w kaszę dmuchać, wobec czego wszelakie komentarze, jakoby na przełomie kilku sezonów zrobiła się bardziej wyrachowana przyjmuję z uśmiechem na twarzy. Kiedy zrozumiała, o co chodzi w kancelarii, w której pracuje, sama postanowiła dbać nie tylko o czyjś, ale i o swój interes. Nie zdradzając więcej – intrygi na wysokim poziomie, Logan z „Gilmore Girls” jako jeden z prawników, MUSICIE obejrzeć ;)

Kolejne seriale, o których wspomnę, są tymi które chciałabym w przyszłości obejrzeć. Dużo się dobrego o nich nasłuchałam czy naczytałam, wobec czego jestem pewna, że mi się spodobają. Ale to najpierw uwinę się z tymi, w trakcie których oglądania jestem.

Lemony Snicket's A Series of Unfortunate Events // zwiastun




Swojego czasu było o tym serialu głośno, dlatego zapisałam go sobie na liście. Książki z tej serii czytałam, filmy widziałam, jestem ciekawa czy serial tak samo wywoła na mnie dobre wrażenie. Bohaterami tego serialu jest trójka rodzeństwa, sierot, które trafiają pod opiekę do swojego jedynego krewnego, Hrabiego Olafa. I od tego momentu wszystko zaczyna iść nie tak, jak powinno. Niestety.

The Crown // zwiastun




Wielka Brytania zawsze była gdzieś w kręgu moich zainteresowań. Kultura, piękny akcent, książki, seriale wywodzące się właśnie stamtąd zawsze zyskiwały specjalne miejsce w moim serduchu.  The Crown oparty jest na sztuce The Audience Petera Morgana, który jest również autorem scenariusza. Serial skupia się na panowaniu Elżbiety II od momentu śmierci jej ojca, do czasów obecnych, nie pomijając też samego okresu historycznego, w którym księżna rządzi, i w którym rozłożona jest akcja. Oglądałam jak dotąd jeden odcinek i jestem zafascynowana!

Girlboss // zwiastun



Serial „luźno” oparty na życiu Sophie Amuroso. Nie za wiele o  nim wiem, ale kilka osób się nim zachwycało, spodobał mi się zwiastun więc nie wykluczam, że prędzej czy później go obejrzę. Czasem lubię odpocząć od prawniczych pogadanek i obejrzeć coś luźnego.

Anne With An E // zwiastun




Tego tym bardziej tłumaczyć nie muszę. Uwielbiałam Anię, będąc dzieckiem, przeczytałam wszystkie dziewięć książek (do tej pory je mam), aczkolwiek nie oglądałam żadnego z seriali, które do tej pory wyszły. Tutaj muszę w końcu zrobić wyjątek, przełamać się, bo – powtórzę się – zwiastun mnie w sobie zauroczył, a poza tym wszyscy mówią, że trzeba obejrzeć. To obejrzę z przyjemnością!


Thirteen Reasons Why // zwiastun 



Tu z kolei ciągnie się mnóstwo kontrowersji, bo serial ma chyba więcej wrogów aniżeli fanów. Niemniej dam szansę nawet mimo to, ze akcja podobno rozkręca się gdzieś na ósmym odcinku a tak w ogóle to nie ma szału, bo powinno się rozmawiać a nie robić takie rzeczy, jakie się tam dzieją. Tyle, że teraz nikt ze sobą nie rozmawia, więc czy to taka znowu przesada….. Przekonam się sama :P



To by było na tyle. Nie wiem, czy powinnam przepraszać za to, że znów Was czymś zaraziłam, niemniej nie czuję chyba wyrzutów sumienia. Mam nadzieję, że jeśli któregoś z wymienionych przeze mnie seriali jeszcze nie oglądaliście, to miło spędzicie przy nim czas ;) Ja natomiast zrzucam winę na Netflix, bo o taką przerobową moc bym siebie nie posądziła, ale co zrobić, jak wyskakuje „za 15… sekund włączy się następny odcinek” i ja zazwyczaj w te piętnaście sekund nie jestem w stanie podjąć tak ważnej decyzji: oglądać czy nie oglądać dalej, wobec czego oglądam i tak to się jakoś dzieje dziwnie i non stop zapętla… 

zdjęcia wykorzystane w poście nie są mojego autorstwa, są znalezione na różnych stronach, poświęconych serialom i nie tylko.

PS. Zapomniałam dodać, że jeszcze Big Little Lies oglądałam, i to jest po prostu majstersztyk nad majstersztyki! Kto oglądał, ten pewnie mnie poprze. Sam finał - to już drodzy państwo, szapo ba.   

niedziela, 7 maja 2017

PRZEDPREMIEROWO Całe życie // Robert Seethaler

PRZEDPREMIEROWO  Całe życie // Robert Seethaler

Powiedzieć, że „Całe życie” to książka specyficzna, to jakby nie powiedzieć słowa. Choć tych już przeczytałam w swoim życiu dużo, po raz pierwszy trafiłam na taką drobinkę (bo ledwie ponad dwieście stron), która wywołała na mnie takie wrażenie. Opowiadana przez autora historia nie porywa, akcja nie biegnie na łeb na szyję, a bohaterowie raczej nas w sobie nie rozkochują. A jednak jakimś dziwnym sposobem, jak człowiek zacznie czytać, tak nie może przestać.

Duszę i kości, i ducha, i wszystko, w co wierzył i czego przez całe życie się trzymał. Wszystko przeżre w człowieku ten wieczny ziąb.

Bohaterem „Całego życia” jest zwykły, szary człowiek wiodący tak samo – odważę się – nudne życie jak większość z nas. Jest pracownikiem fizycznym, mieszka w sercu austriackich Alp a od życia wymaga jedynie tyle, ile może dostać. Może dlatego, że jego życie od maleńkości nie było usłane różami. Trudne dzieciństwo, ciężka młodość, nieszczęśliwe sploty wydarzeń, mniejsze i większe wypadki – nic, co się wydarzyło w jego życiu nie sprawiło jednak,  że chciał się poddać. Chciał żyć dobrze z naturą, dobrze z innymi ludźmi, nie chciał nikomu wadzić. Mimo wielu strat, tragedii, doszedł do miejsca w którym nie mógł powiedzieć, że czegoś żałuje. Takim był człowiekiem. I właśnie taką historię – z jednej strony trochę pogodną, trzymającą w nadziei, z drugiej zaś smutną i tak, jak w zacytowanym fragmencie, wiecznie zziębniętą przytacza nam autor. Na niespełna dwustu stronach, co, jak wzięłam swój egzemplarz do ręki, to trochę mnie przeraziło.

Nic to jednak grubość książki czy brak wątłej i pędzącej akcji. Historia, jaka by nie była, broni się sama bo w końcu opowiada o człowieku równemu nam. Z takimi samymi potrzebami, rozterkami, tęsknotami i problemami. Choć nic nie wnosi do naszych żyć, choć niczego nie zmienia, choć pod koniec brak efektu WOW, który to zazwyczaj w tych momentach występuje, „Całe życie” to wciąż dobra książka, przy której można mile spędzić czas. Potrzymać kciuki za Andreasa, dopingować go w jego wyborach, a kiedy przyjdzie – wspierać w trudzie życia. Piękna, smutna, zziębnięta ale i do bólu prawdziwa. Historia zwykłego człowieka, Andreasa Eggera.


Przedpremierowy egzemplarz recenzencki otrzymany dzięki uprzejmości

piątek, 5 maja 2017

Coraz mniej olśnień // Ałbena Grabowska

Coraz mniej olśnień // Ałbena Grabowska

Zastanawiam się, jak ta książka znalazła się na moim czytniku. Naładowałam go niedawno, włączyłam, a tam proszę państwa takie oto cudo. Mam nadzieję, że kiedyś mnie olśni, gdzie je kupiłam, skąd ściągnęłam – NIE WIEM.

Nazwisko autorki wielokrotnie obiło mi się o uszy, nie odważyłam się jednak sięgnąć po żadną z jej powieści wiedziona tym, że na pewno jej powieści nie są dla mnie. Skoro jednak znalazła się na moim Kundelku poczułam, że to znak od niebios i muszę ją przeczytać.

Coraz mniej olśnień to historia trzech kobiet, których życia los splątał jakimś dziwnym trafem. Ela jest niewidoma, a Lena jest jej „towarzyszką”, a Maria na samym początku całkiem obcą kobietą, o której tak naprawdę mało co wiemy. Wraz z biegiem historii, wraz z powolnym otwieraniem się na ludzi Ewy, zmianą podejścia do życia Leny dowiadujemy się, o co tu tak naprawdę chodzi.  Każda z bohaterek stoi bowiem na życiowym zakręcie, żadna z nich nie wie, co ma dalej ze sobą zrobić, żadna jednak nie chce się poddać. Dlatego podejmują walki, każdego dnia, te mniejsze i większe, i właśnie o tym opowiada Ałbena Grabowska w swojej książce.

Niestety jestem prawie pewna, że gdybym miała tę książkę kupić, zapewne bym tego nie zrobiła bo opis zupełnie mnie odrzuca. Nie lubię takich książek. Ale Coraz mniej olśnień jest po prostu dobra. Czyta się ją szybko, zżywa z bohaterkami, kibicuje się im i ma się nadzieję, że się ułoży. Bo tego życzy się przyjaciołom, bliskim sobie osobom. Chce się dla nich dobrze. I to właśnie robiłam, „przerzucając” kolejne strony. Kibicowałam Eli w tym, by w końcu odnalazła radość życia, Lenie, by w końcu wybiła się z tego impasu złych wydarzeń i Marii, która chyba trochę się w tym wszystkim pogubiła. Zaskakująca końcówka, którą przeczuwałam przez kilka ostatnich stron tylko dopełniła uczucia miłego zaskoczenia, i tak będę tę książkę pamiętać.

Jeśli nie znacie jeszcze tej autorki, to najwyższa pora by to zmienić ;)

środa, 3 maja 2017

Finding Dory

Finding Dory
Źródło

Mam słabość, wielką słabość do bajek, nawet jeśli nie mają zbyt chlubnej opinii, nawet jeśli nie przypominają swoich poprzedników i w końcu, nawet jeśli są znacznie gorsze, niż mogłabym przypuszczać.

Finding Dory jest niejako kontynuacją Gdzie jest Nemo, choć od premiery minęło już dużo czasu i tak naprawdę jestem pod wrażeniem, że tyle im to zajęło, zrobienie tego kolejnego filmu. Przecież to była dobra bajka, którą się oglądało, i mówiło potem o tym jak te rybki są fajne. Ja jeszcze zawsze dodawałam, że śmieszne, że mogą pływać pod wodą i mieć otwarte oczy i mówić. To mnie fascynowało.

Minęło jednak dużo lat, nowa bajka pojawiła się  w kinach, a ja jak zwykle nie miałam z kim do niego iść (to znak, że potrzebuję w swoim życiu osób, które oglądają bajki pomimo swojego wieku). Później ktoś doniósł, że niezbyt ta bajka, no i tak odpuściłam, do czasu, kiedy HBO GO nie dodało jej do swojego katalogu. No wtedy to raczej już nie musiałam nikogo o towarzystwo prosić, co nie. Sama sobie obejrzałam.

I tak za bardzo nie wiem, o co ludziom się rozchodzi. Historia jest słodka w swojej prostocie, bo opowiada o tej słodkiej Dory, cierpiącej na zanik pamięci krótkotrwałej, która w końcu sobie coś przypomina, mianowicie, swoich rodziców, i wbrew wszystkiemu i wszystkim (wciąż jest przecież sobą) wyrusza w podróż poszukiwawczą. Następnie wszystko idzie nie tak, ale to już inna sprawa.

Może rzeczywiście dupy nie urywa. Może rzeczywiście nie dostarcza takich samych emocji, jak Nemo dostarczał przed czternastoma laty. Ale to my się postarzaliśmy, i to nasz odbiór rzeczywistości się zmienił. A bajka? Wszystko trzyma się kupy, wydarzenia z siebie wynikają, przekazuje wartości, które warto wpajać młodym ludziom, o rodzinie, przyjaźni, nie poddawaniu się. Mi się bardzo podobała, ale jedyne, do czego mogę mieć – i mam wątpliwość – to fakt, czy spodoba się młodym widzom, którzy Gdzie jest Nemo oglądali, a może i nie? Oto jest pytanie ;)
 

poniedziałek, 1 maja 2017

kwietniowe migawki

kwietniowe migawki

Kwiecień, jak każdy miesiąc tego roku, minął niepostrzeżenie; dopiero prima aprilis, a tu majówka, niezbyt ciepła, trochę słoneczna, a jednak niekoniecznie zachęcająca, by opuścić ciepłe cztery ściany. 

Pod względem książkowym był to słaby okres, bo przeczytałam chyba dwie, a może trzy książki. Liczy się jednak jakość, bo chęci jakoś sobie gdzieś zaginęły po drodze, i większą uwagę w tym miesiącu poświęciłam filmom i serialom (czego zaś zupełnie nie żałuję). 

Spotify premium to niebo, a to jest proszę państwa dowód. Tyle dobrej muzyki w tym miesiącu, nowa Lana del Rey, Paramore... a w głowie i tak   „Be mineOfenbach.

Nie miałam czego czytać, więc wróciłam do Harry'ego // jedzonko musi sie zgadzać// tak samo jak książki! // kojarzycie Willa Darbyshire? Wraz ze swoją dziewczyną, Arden, nagrywają podcast  „Crush on my couch”, który serio polecam!

Jak mówiłam, nie przeczytałam w tym miesiącu za wiele // Płynna inwigilacja do pracy (aka pilna studentka), a Mitologia Nordycka ot tak, przy okazji.

Aaaaaaaa! Harry Potter z muzyką na żywo! Było rewelacyjnie!! Chyba przejdę się jednak na kolejną część w październiku...... 

Rozpoczęłam nowy serial  „The Good Wifei jestem w nim oficjalnie zakochana. Sądzę, że po jego obejrzeniu na bank mogę iść na prawnika! // Co śmieszne, znajduję w tym serialu wielu znajomych aktorów, i przeżywam dziwne deja vu //  A tu oglądane w doborowym towarzystwie  „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”

Wotum nieufności // Podróże małe i duże // odkrywanie Harry'ego

To by ten czas, w którym myślałam, że  „lato” zadomawia się na dobre, a tu jednak nie... 

Te pilne studenty, to zamiast się uczyć, to tylko chodzą i zdjęcia robią. Ops.

Tragedia opisana jednym zdjęciem? Brak internetu w święta. Rozumiecie powagę sytuacji?

Tradycyjnie nie robię planów na maj. Mam nadzieję, że zrobi się ciepło, że przeczytam dużo fajnych książek i uporam się ze sprawami uczelnianymi, które na razie od siebie odsuwam. Don't worry be happy czy jakoś tak ;) 

sobota, 29 kwietnia 2017

Wotum nieufności // Remigiusz Mróz

Wotum nieufności // Remigiusz Mróz



Do niektórych autorów ma się takie zaufanie, że sięga ono daleko poza granice przyzwoitości. No bo wiecie, ja pana Mroza lubię i szanuję, ale jedynie za Chyłkę, bo nie czuję się związana z innymi bohaterami. Mimo to sięgnęłam po Wotum nieufności mimo tego porównania na okładce do House of cards, bo ja z całego serca nie lubię takich porównań, bo mimo wszystko drodzy państwo, House of cards to house of cards, ale dobrze, dałam szansę, choć sceptyczna byłam………

No a później zaczęłam czytać, przeczytałam szybko i zdanie zmieniłam (diametralnie).  Trochę wprawdzie gubiłam się w tych politycznych zawijankach, kto co i z jakiej partii mimo „słowniczka” na początku, ale jakby na to nie patrzeć, to było bardzo dobrze. Jak zwykle, zresztą.

Główną bohaterkę poznajemy w dość kulminacyjnym momencie jej życia, oto bowiem budzi się w jakimś hotelu, w którym nie wie, jak się znalazła, ani co działo się przez ostatnie dziesięć godzin. Dziura w pamięci sprawia, że Daria Seyda, marszałek sejmu, czuje jakiś niepokój. Nie ma jednak zbytnio czasu by się nad swoją sytuacją rozżalać, bo zaczyna się dziać tyle, że po prostu są rzeczy ważne i ważniejsze. W tym samym czasie Patryk Hauer, wschodząca gwiazda prawicy, chcąc wybić się ponad wszystkich odkrywa polityczny spisek i ponad wszystko stawia sobie za punkt honoru to, by ten spisek rozwikłać.  Można powiedzieć, że Hauera i Seydę dzieli wszystko, a łączy, no cóż…. Musicie przeczytać!

Tak naprawdę „fanką” polityki nie jestem, denerwuje mnie to, jak oddziałuje na nasze życia, i jakie nastroje wprowadza; nie jest to jednak przeszkodą, by w Wotum nieufności się zakochać i przerzucać kolejne kartki zniecierpliwionym. Jest tu bowiem wszystko to czego można chcieć, i czego można oczekiwać od pana Mroza. Dialogi, które wielokrotnie albo mrożą krew w żyłach, albo na odwrót  - doprowadzają do panicznego śmiechu. Tym samym bohaterowie, którym niby się kibicuje, żeby dobrze im szło, ale gdzieś też ma się ochotę podłożyć im nogę, aby jednak nie wszystko szło zgodnie z planem. Sama zaś fabuła nie jest może oryginalna dla kogoś, kto pochłania tyle seriali amerykańskich, gdzie chodzi o głowę państwa, że mało co jest go w stanie zaskoczyć (to ja), niemniej bardzo mile spędziłam czas przy lekturze, a sama końcówka sprawiła, że wyczekuję kolejnej części, choć nie planowałam aż tak zżywać się z bohaterami.


Inną sprawą jest fakt, że jak widać, nie umiem pisać o książkach które mi się podobają; co najśmieszniejsze o tych, które jakoś mi podpadają nie piszę, bo ich… nie doczytuję! Chociaż wydaje mi się, że dzięki temu, że piszę o książkach i zaglądam na inne blogi temu poświęcone, kupuję bardziej świadomie książki i jestem z nich przeważnie zadowolona. To chyba dobrze! Przynajmniej nie wyrzucam (teoretycznie) kasy w błoto. :D

Jak tam Wasze plany majówkowe? Może podobne do moich, tj. serial, serial, książka i znów serial? Pogoda nie nastraja do wychodzenia spod ciepłej pościeli więc jak coś, to czujmy się wytłumaczeni :P

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie


Mój problem z filmami jest taki, że po prostu nie chce mi się ich oglądać. Coś na zasadzie,  że nie wytrzymam dwóch godzin przed ekranem, po czym przecież włączam sobie serial i nie jeden odcinek, a kilka, więc wychodzi na jedno. Logika w tym wszystkim już dawno się zgubiła, a szczerze powiem, że już nawet nie mam ochoty jej szukać. Niemniej o „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” nasłuchałam się  tyle dobrego, że musiałam dać szansę.

W tym miejscu chciałam zaznaczyć, że to, co napiszę, to jedynie moja subiektywna opinia, która niekoniecznie musi pokrywać się z Waszą opinią na temat tego filmu. Poza tym jestem dość słaba w pisaniu o rzeczach, które mi się podobają, więc bądźcie wyrozumiali ;)

Film sam w sobie nie jest jakoś wyjątkowo skomplikowany, bo mamy grupę przyjaciół, która postanawia zjeść ze sobą kolację, a że w jej trakcie sprawy przybierają taki a nie inny obrót… Miało być niewinnie i śmiesznie; dzielenie się ze wszystkimi otrzymaną wiadomością, SMSem, e-mailem czy rozmową telefoniczną miało jedynie rozładować może ciut napiętą atmosferę.

Włączając „play” w zasadzie nie wiedziałam, czego się spodziewać więc to, co zobaczyłam, nie rozczarowało mnie w żadnym stopniu. Bohaterowie, włosi z krwi i kości, temperamentni, zdobyli moje serce tak naprawdę nie ruszając się od stołu. Jeśli spodziewasz się wybuchów, akcji i tym podobnych, ten film z pewnością nie jest dla ciebie. Bo akcja nie biegnie, bohaterowie nie walczą, a jedynie… choć może to niezbyt fortunne określenie, ścierają swoje wyobrażenia o wielu sprawach z rzeczywistością, która nie jest kolorowa nawet, jeśli mieszka się we Włoszech, ma dobrą pracę i wielki dom z ogrodem.

Nie udało mi się ponownie znaleźć tego fragmentu filmu, by zacytować dokładnie, ale w pewnym momencie jeden z bohaterów stwierdza, biorąc telefon do ręki, że to śmieszne, że w tak małym urządzeniu jakim jest telefon komórkowy, mamy całe swoje życia. Wiadomości, SMS-y, e-maile czy nieodebrane połączenia. Nasza własna, prywatna, czarna skrzynka w której znajduje się cały nasz świat. To, moim zdaniem, jest idealnym podsumowaniem tego, w jakich czasach przyszło nam żyć.  I tego, o czym ten film w zasadzie opowiada.




„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” to emocjonalny rollercoaster; raz jesteś na górze wsłuchując się w to, co mówi bohater, a mówi dobrze, z sercem i całą życiową mądrością, by po chwili na dźwięk kolejnej otrzymanej wiadomości niemal stanęło ci serce – bo nie wiesz, co się stanie ale wiesz, że może być już tylko gorzej. Koniec końców, dzięki temu, że każdy z bohaterów jest w innym momencie swojego życia, dzięki temu, że wszystko rozgrywa się niejako na naszych oczach, mamy taką samą możliwość uczenia się na czyichś błędach, jak mają bohaterowie tam, siedząc przy tym właśnie stole.

Choć bardzo miło spędziłam czas, film, oprócz tego, że miał rozładować atmosferę i zapełnić wolny czas, zmusił mnie do wielu refleksji na temat tego, jak bardzo wielką rolę ma w naszych życiach telefon, internet i idące z tym w parze poczucie, że tak naprawdę nie możemy się czuć bezpieczni u boku osoby, z którą żyjemy nawet kilka lat.  Tu dochodzę do kolejnej frapującej mnie sprawy: lepiej wiedzieć, czy żyć w słodkiej nieświadomości? Ułuda, czy prawda, nawet, jeśli tak bardzo bolesna?

Na to pytanie mam nadzieję, że nie będę nigdy musiała odpowiedzieć, choć w głowie kłębi mi się na ten temat dużo pomysłów. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie z całego serca poleca, ba, sądzę, że powinien to obejrzeć każdy, chociażby po to, by zobaczyć, jak szczęście, rzekome bezpieczeństwo u czyjegoś boku jest kruche. I jak wyglądają współczesne związki, w których często zapomina się o szczerości, a o bolących sprawach się nie dyskutuje tylko zamiata pod dywan. I jak wszystko, jak całe nasze życie może zmienić niewinna kolacja, zabawa, która miała jedynie doprowadzić do śmiechu a przyniosła wiele szkód. Przede wszystkim jednak powtórzę puentę bohatera dodając, że tak samo jak dbamy o to, by nikt nam nie zajrzał do telefonu, dbajmy o tych, u boku których żyjemy. Oni są najważniejsi. No i najważniejsze – kłamstwo ma krótkie nogi.

 *Pomijam fakt, że sama w takim momencie dostałabym wszystkie najgorsze wiadomości świata. Ot, złośliwość losu.



środa, 19 kwietnia 2017

Ile kosztuje uśmiech? // Urlich Schnabel

Ile kosztuje uśmiech? // Urlich Schnabel

„Wprawdzie uważamy się za istoty samodzielne i indywidualne, ale w rzeczywistości nasze zachowanie w znacznym stopniu determinują emocje, którymi  jesteśmy otoczeni.”

Żyjemy w społeczeństwie informacyjnym. Z każdej możliwej strony docierają do nas złe informacje. Tu wybuch bomby, zamach, wypadek samochodowy, katastrofa samolotu, tylu zabitych, tylu rannych… Nie ma jak od tego uciec. Oczywiście możemy przestać wchodzić na portale informacyjne, tak naprawdę jednak wystarczy zalogować się  na Facebooka czy Twittera (choćby po to, żeby komuś odpisać) by całe zło świata natychmiast spoczęło na naszych barkach. Zaczniemy się przekonywać, że oczywiście jest nam z tego powodu smutno, że współczujemy tym ludziom, że nam się nie podoba obecna sytuacja polityczna, możemy nawet próbować się przekonać, że za chwile o tym zapomnimy, ale…

Urlich Schnabel w swojej książce „Ile kosztuje uśmiech” pokazuje,  na dość łatwych przykładach, jak bardzo świat, w którym żyjemy, sytuacje, w których bierzemy udział, oddziałują na to, co czujemy i jak się zachowujemy.  Autor jednocześnie próbuje rozstrzygnąć, czym są emocje, czy mamy jakiś wpływ na ich odczuwanie, czy po prostu one sterują nami, choć nam się zdaje, że jest na odwrót.

Czytając, momentami miałam wrażenie jakbym czytała tekst na zajęcia, co nie jest wcale wadą, a jedynie przyczyną tego, jaki kierunek studiuję. Motyw emocji, tego, jak Internet i natłok informacji na nas oddziałuje, nie jest mi zbyt obcy, dlatego czułam się w tym temacie całkiem swojo.


Co jednak nie zmienia faktu, że Urlich Schnebel bardzo dobrze przedstawił problemy, z jakimi przychodzi się nam zmagać. Oto bowiem okazuje się, że nie tylko my sami jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy; zdarzenia,  których jesteśmy tylko obserwatorami, o których czytamy bądź oglądamy oddziałują na nas, na to, co czujemy i jak się później zachowujemy.


„… my, ludzie, mamy niezwykle szeroką paletę uczuć oraz ekstremalnie duże spektrum różnorodnych stanów emocjonalnych; […] od nagłego strachu na widok rozsierdzonego byka albo pająka w toalecie […] do wzruszeń, zawierających sporą dozę interpretacji myślowych: […] duma z powodu poczucia wyższości moralnej nad konkurentem mimo, że on odnosi większe od nas sukcesy”.

Koniec końców „Ile kosztuje uśmiech” to książka nie tylko o tym, jak bardzo dajemy sobą rządzić emocjom, ale też o tym, jak nauczyć się dobrze z nich korzystać – jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi. Okazuje się bowiem, co może nie powinno nikogo tak bardzo dziwić, że stany emocjonalne są jak wzorce, których uczymy się będąc małymi dziećmi. Autor dosadnie daje do zrozumienia, że jeśli nakarmi się płaczące z głodu dziecko, będzie ono wiedziało, że akcja budzi reakcję, że „samo może coś zdziałać”.  I choć może niekoniecznie wierząc w to, że takie małe dziecko jest w stanie rozumieć, muszę przyznać, że czuje się tym przykładem zaszokowana.


Dlatego też książkę polecam, bo jeśli nawet nie dowiecie się z niej niczego odkrywczego, to może otworzy Wam oczy na sprawy, o których coś już tam wiemy, ale ta nasza wiedza jest niekompletna. Chyba warto dać szansę na to, by otworzyć sobie oczy na nowe sprawy. Chyba ;) 


Egzemplarz książki otrzymany dzięki uprzejmości 

Obserwatorzy