czwartek, 26 stycznia 2017

La la land

La la land


Nie powiem, co w tym momencie powinnam robić a czego nie robię. Przyszłam kilka chwil temu z kina i po prostu muszę wyrzucić z siebie to wszystko, co we mnie siedzi. Podejrzewam, że soundtrack przed chwilą przeze mnie włączony nie pomaga, no ale…

La la land. Siedem złotych globów, czternaście (!!) nominacji do Oscarów. Szczerze wydawało mi się, że to chyba jedna trochę na wyrost, no bo jeju, czy może być coś tak genialnego? SIEDEM złotych globów? CZTERNAŚCIE nominacji? Powariowali, myślałam. Później poszłam do kina i w zasadzie wyszłam….. i do tej pory nie potrafię tego, co czuję, ubrać w słowa.

La la land przybliża nam historię Sebastiana, jazzmana, który zakochuje się w początkującej aktorce. Z niego z kolei taki jazzman jak z koziej dupy… trąba, bo niby jakieś tam swoje marzenia ma odnośnie przyszłości, no ale żeby je spełnić musiałby się ugiąć a to za bardzo mu się nie wydaje. Aktorka, Mia, też jakoś z tą swoją pasją nie po drodze ma, no ale przecież się stara usilnie. By akcja się rozkręciła, kilkukrotnie, oczywiście zupełnie przypadkowo, na siebie wpadają… I w sumie tak się zaczyna nasza wspaniała przygoda, która długo w Was będzie siedzieć po obejrzeniu.



Do tej pory wydawało mi się, że musicale zupełnie nie dla mnie są. No bo śpiewają, bo latają, bo wszystko przecież jest zaplanowane a wygląda jak coś niespodziewanego i to jest głupie. Zdania ogólnie pewnie nie zmieniłam, aczkolwiek odnośnie La la landu wszystko tak ze sobą współgrało, piosenki, choreografie, te uśmieszki, ta spodziewana niespodzianka… Wszystko zaplanowane tak, by zaskakiwać – zaskakuje. Zauroczona jestem scenografią, bo choć akcja filmu dzieje się we współczesności, stroje bohaterów, cały świat owiany pastelowymi, delikatnymi barwami, nie wygląda tak współcześnie. Jednocześnie wszystko ze sobą współgra, tworzy całość w którą z pozycji widza jestem w stanie uwierzyć.

Jeśli już w końcu uda nam się oderwać wzrok od tego wspaniałego świata (okej, od Ryana Goslinga, ale to przecież wszystkie panie wiedzą, więc nie czuję potrzeby się powtarzać) La la land okazuje się nie tylko wspaniałym musicalem pod względem wyglądu, ale przede wszystkim… motywu przewodniego. Bo o marzeniach jest, o tym, że trzeba je spełniać i pod żadnym pozorem nie odkładać na później. O tym, że czasem te marzenia w głowie i w rzeczywistości wyglądają zgoła inaczej. Że nie można mieć wszystkiego, jednak trzeba dążyć do celu. Chodzi też o miłość w marzeniach, i marzenia w miłości. O to czy te dwie „rzeczy” mogą ze sobą współgrać, czy jednak  z góry można mówić o niepowodzeniu.



Piękni aktorzy, scenografia chwytająca za serce, piosenki które nie mogą wyjść z głowy, aż przede wszystkim historia dzięki której każdy może chociaż przez chwilę poczuć łomot serca. O zakończeniu nie będę nic wspominała, ci, co oglądali to wiedzą, ale moje serce pękło na milion małych kawałków. Składam reklamację.

Jeśli nie byliście jeszcze w kinie przytoczeni tym „hypem”, to mogę Wam z czystym sercem polecić. Idźcie, i oderwijcie się od tego szaroburego zimnego świata bo naprawdę warto ;) 


*Post pisałam wczoraj, dodaję go dopiero dzisiaj, dlatego taki początek. Co do zdjęć, pochodzą one z Imdb.com . 
Wcale nie jestem psychofanką Goslinga i to nieprawda, że uwielbiam ten film już za to, że on tu gra. Pfff.
Wracając jeszcze do scenografii: wystarczy popatrzeć na te zdjęcia by się zakochać. Serio serio.
A soundtrack jest już do posłuchania na Spotify, jakby ktoś chciał (albo musiał). 

piątek, 20 stycznia 2017

Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym // Maciej Czarnecki

Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym // Maciej Czarnecki

Przysięgam, że książki związane z Norwegią same, zupełnie znikąd, pojawiają się na mojej półce, a że ja mam do nich dobre serce, po prostu czytam, skoro już są. To nie jest żadna obsesja, w ogóle. No dobra no, wydało się. Ale na swoją obronę mam to, iż to bardzo dobry reportaż jest, więc jeśli lubicie taką tematykę, jeśli lubicie kraje skandynawskie, kulturę i tamtejsze obyczaje, jak najbardziej Wam się „Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym” spodoba.

O czym to w ogóle jest? O Barnevernecie, norweskiej instytucji, chroniącej prawa dzieci. Dość szybko dowiadujemy się, że w Norwegii dzieci ceni się ponad wszystko, tak samo też stawia się ich prawa. Nie liczy się – nie pamiętam dokładnie jak to brzmiało – to, że dziecko ma szansę wychować się w pełnej, kochającej rodzinie tylko to, jak ta rodzina rzutuje na ewentualną przyszłość dziecka, i jeśli coś wydaje się niepewne, Barnevernet uznaje wtedy że musi wkroczyć i cos z tym zrobić.

Autor, Maciej Czarnecki przedstawia nam punkt widzenia polskich rodzin, które chcąc nie chcąc miały z Barnevernetem przygody, w większości wypadków były one powodowane nie tym, że rzeczywiście się coś w ich domach działo a tym, że oto doszło do zderzenia dwóch kultur, tej polskiej, w której dzieci, cytując:

„nasze, z polski, z byłego bloku wschodniego, są traktowane zupełnie inaczej. Są obdarzone ciepłem, przyjaźnią, miłością, pocałunkami, co w Norwegii bardzo się nie podoba”.

 … z tą norweską, w której nei wolno się przytulać, frywolnie zachowywać, a za lanie to już w ogóle można iść do więzienia. Dość szybko okazuje się, że ta ziemia obiecana, bo przecież tak wszyscy myślą o Norwegii, wyjeżdżając do niej, jest przyjazna jedynie dla tych, którzy dostosowują się do wytyczonych norm, bo przecież odchylanie się, inne zachowanie w stosunku do własnych dzieci, jest podejrzane.


Autor nie ocenia, przytoczone historie zaś i ich bohaterowie nie oskarżają, rozumieją,  jednocześnie przez cały czas wyrażają swoją dezaprobatę, strach i pewne przekonanie, że kraj, w którym mieszkali jakiś czas zupełnie się na nich, i ich kulturę, wypiął.

Muszę przyznać, że temat reportażu wydał mi się ciekawy, bo ile można czytać o fiordach, mroźnej zimie, zaspach, zorzy polarnej i tym podobnych? Inne spojrzenie na kraje skandynawskie rzeczywiście otwiera oczy, pokazuje, że nie wszystko jest czarno-białe, a pod fasadą troski niekoniecznie muszą się dobre chęci chować. Niestety.

W nawiązaniu do książki, którą bardzo Wam polecam, bo to jest trochę zimny prysznic dla każdego, kto przez chwilę myślał o Norwegii jako państwie, w którym możnaby żyć, nasuwają mi się dwie rzeczy. Jedna – to film Obce niebo, ukazujący historię polskiego małżeństwa, któremu dziecko zostaje „przez przypadek” odebrane. Oglądałam, mogę polecić. Drugie – u licha, jakim sposobem tułanie się dzieci po rodzinach zastępczych tylko dlatego, że urząd źle odebrał jakieś zachowanie jest lepsze od wychowywania się wśród kochających osób? Nie mogę pojąć.


niedziela, 8 stycznia 2017

Trzy po 33 // Bralczyk, Markowski, Miodek

Trzy po 33 // Bralczyk, Markowski, Miodek

Na początku było słowo.A potem Bóg stworzył wyraz.Wyrazy znam brzydkie, słowa mam dla ludzi.

O tym tercecie pisałam ponad rok temu przy okazji Wszystko zależy od przyimka, która to książka była raczej wywiadem rzeką z trzema wybitnymi polonistami, którzy po prostu chcieli się nawzajem zagadać. Bardzo przyjemnie mi się ją czytało, biorąc pod uwagę ilość niesamowicie śmiesznych anegdotek przytaczanych zgodnie z tematem przez każdego z panów.

Dlatego też gdy usłyszałam o premierze książki 3 po 33, nie mogłam obok niej przejść obojętnie. Tym razem wybitny tercet dokładniej przygląda się słowom, wyrazom a dokładniej ich znaczeniom i kontekstom: tym, w których się ich teraz używa i tych, które nam, młodemu pokoleniu mogą nie być zbytnio znane. Nie stanowi to jednak żadnego problemu, by zrozumieć o czym opowiadają. Tłumaczą, dziwią się i śmiejąc, na każdym kroku niemal uraczając nas, czytelników śmiesznymi anegdotkami, które im się gdzieś kiedyś przydarzyły.



Miodek: Wrzuciłem na bloga swoją focię ze słynną szafiarką i gimbaza miała polewkę.
Markowski: Zupełnie nie ogarniasz bazy. Ale obciach!
Bralczyk: Profesorze, polewka z kolegi? To hejt.


Nie wiem, co mogę jeszcze napisać. Jeśli jesteście zapaleńcami lubiącymi język polski, ta książka jest dla Was bo można się z niej wiele dowiedzieć. 3 po 33 składa się z kilkunastu felietonów dotyczących wybranych przez autorów słowom. Niektóre znaczenia słów wydają się być oczywiste, inne szokujące, a i nawet dziwne i w naszych czasach raczej niespotykane. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że to mała słownicza encyklopedia, napisana z takim poczuciem humoru, że mimo iż dotyczy niby sztywnych znaczeń, wywołuje uśmiech na twarzy. Mimowolnie ;) 

środa, 4 stycznia 2017

Księga snów // Nina George PRZEDPREMIEROWO

Księga snów // Nina George PRZEDPREMIEROWO
Często zadajemy sobie pytania, na które my ani nikt inny nie jest w stanie odpowiedzieć. Czy  po śmierci rzeczywiście coś jest? Czy umierając rzeczywiście idzie się ciemnym tunelem w stronę światła? Czy ludzie od wielu lat pogrążeni w śpiączce słyszą, co wokół nich się dzieje, śnią, czy może są zawieszeni pomiędzy dwoma światami i za bardzo nie wiedzą, jak zrobić krok do przodu? Na żadne z powyższych nie jestem w stanie odpowiedzieć. Tak samo nie potrafi, wydaje mi się, Nina George, autorka książki „Księga Snów”, o której chciałabym dzisiaj Wam opowiedzieć.

Wszystko zaczyna się od tego, że Henri, główny bohater książki, dziennikarz wojenny który nie poukładał sobie życia z lęku przed założeniem rodziny, ratując tonącą dziewczynkę, sam zapada w śpiączkę. W tym oto właśnie momencie przeszłość zaczyna przeplatać się z teraźniejszością, to, co się wydarzyło z tym, co dzieje się teraz, a dawne niby skrywane uczucia z tymi, które w tej właśnie chwili przeżywają trudne momenty. Czy mowa o Eddie, która nie wiedziała, że po rozstaniu mężczyzna nadal żywił do niej jakieś uczucia (inaczej chyba nie powierzyłby w jej ręce swoich losów), czy może nigdy niewidziany syn, Samuel, którego zaniedbał – wciąż,  bojąc się wszelakiego rodzaju przyrzeczeń. Bohaterowie, choć naprawdę nie mieli z Henrim zbyt dobrych relacji, w tych trudnych chwilach wspięli się na wyżyny. 

Tak naprawdę, by powiedzieć, o czym Księga snów tak naprawdę jest, nie trzeba mówić zbyt dużo. O marzeniach, tych, które udało się nam spełnić i tych, nad którymi wciąż pracujemy. O emocjach, głęboko skrywanych, czy tych które powoli wychodzą na światło dzienne, przybierając tym samym jakieś poważniejsze odcienie. O przeszłości, która wpływa na teraźniejszość, aż w końcu o strachu o tym, co będzie, czy będzie i jeśli w ogóle będzie. Księga snów to podróż w odchłanie umysłu, o istnieniu których czasem możemy nawet nie mieć pojęcia. O śmierci, że ta nigdy nie jest łatwa nawet jeśli się jest na nią przygotowanym,  i o nadziei która naprawdę umiera ostatnia.


Jeśli idzie o panią George, którą znam dzięki „Lawendowemu pokojowi”, wokół którego dużo było sprzeczności, bo jedni uwielbiali (ja), drudzy mówili że dziwne jakieś, a trzeci że w ogóle nie dało się tego czytać. Niezależnie od tego, co sądziliście o poprzednich książkach pani George (bo „Księżyca nad Bretanią” nie było mi dane przeczytać), wydaje mi się, że po Księgę snów sięgnąć nie zaszkodzi. Nie ma patosu, jest ciekawie, czasem fajnie, czasem smutno, ale przede wszystkim prawdziwie i realnie. Historia zaś wciąga, nie nudzi ale przede wszystkim zmusza do myślenia nad tym, by korzystać z każdej chwili pełną piersią, bo nigdy nie wiadomo kiedy to będzie nasz ostatni dzień. Niestety. 

Egzemplarz książki otrzymany dzięki uprzejmości 
Premiera książki: 02.02.2017

niedziela, 1 stycznia 2017

Najlepsze i najgorsze 2016 roku

Najlepsze i najgorsze 2016 roku
Kolejny rok za nami, a mi znowu nie udało się przeczytać 52 książek! Rok temu było pięćdziesiąt pozycji, w tym pięćdziesiąt jeden… Może za rok mi się uda? Ja wiem, że czytanie to nie jest żaden wyścig szczurów, ale w tym wypadku lubię sobie dać jakąś poprzeczkę, by mieć motywację do czytania nawet wtedy, kiedy jakoś mi z książkami nie po drodze.

Choć pod wieloma względami był to dziwny rok, tak na pewno nie pod względem czytelniczym. Udało mi się bowiem przeczytać dużo książek, w tym kilka takich, które zawładnęły moim sercem i zadomowiły się w nim na dobre. Były też powieści, które niekoniecznie mi podpasowały, co nie sprawia, że nazywam je złymi – po prostu troszkę przy ich wyborze pomyliłam się z tym, co jednak lubię a co zbytnio do mnie nie trafia.

W mojej mini czołówce ulubionych książek uplasowały się:



„Jeden z nas. Opowieść o Norwegii”  Åsne Seierstad – jakby to kogoś jeszcze dziwiło. Opowieść o tragicznych wydarzeniach z 2011 roku, kiedy Anders Breivik dokonuje zamachu na wyspie Utøya, gdzie organizacja młodzieżowa Norweskiej Partii Pracy organizowała obóz dla młodzieży. To nie tylko opis samego wydarzenia, ale też drogi, jaką pokonał sam Breivik, by osiągnąć swój cel. Jedną z wielu rzeczy, która mnie zaszokowała to to, że on to sobie dokładnie planował. Bo chciałoby się chyba powiedzieć, działał pod wpływem impulsu, może jest resztka człowieczeństwa. Ale chyba nie… Wstrząsająca, ale trzymająca w napięciu książka.



„Hen. Na północy Norwegii” i „Białe. Zimna wyspaSpistbergen” Ilony Wiśniewskiej -  wspaniałe reportaże o Skandynawii, klimacie, jakim tam panuje, ludziach którzy tam żyją, o atmosferze, potężnych i mroźnych zimach, ludzkiej życzliwości, aż w końcu i o codzienności, bo tam przecież też toczy się normalne życie. Warsztat pani Ilony sprawia, że nie czyta się, a wręcz pochłania każdą informację, ciekawostkę, aż w pewnym momencie widać już tylko tylnią okładkę i nic więcej.



„Kuba. Autobiografia” o wspaniałym człowieku, jakim jest Kuba Błaszczykowski, piłkarz polskiej reprezentacji piłki nożnej. Wywiad rzeka, przeprowadzony przez panią Domagalik wzbija się na wyżyny dziennikarstwa. Szczegółowe pytania, szczere odpowiedzi, skromność, tragedie, wzloty i upadki, aż w końcu sam Kuba – skromny bo bólu, uczciwy, który przeżył ogromną tragedię a jednak się nie poddał tylko walczył. Bo miał dla kogo.


„Harry Potter and The Cursed Child” tej książki nie mogłoby tu nie być, biorąc pod uwagę fakt, że Harry’ego Pottera kocham niezależnie od wszystkiego i wszystkich. Mimo upływu lat pani Rowling nadal nas zaskakuje, czasem mniej lub bardziej pozytywnie. Różne opinie o tej książce można znaleźć w internecie, mi podoba się niesłychanie ale to pewnie dlatego, że wszystko co jest podpisane przez panią Rowling biorę z zamkniętymi oczami. Serio.

To były książki dobre, które uwielbiam i które pewnie nie raz jeszcze przeczytam. Niestety jednak przydarzyły mi się książki, w których pokładałam nadzieję, a jednak nic się nie stało – nie było efektu wow, nie było fajerwerków, świstu szampana… ani tym bardziej ciekawej akcji czy mojego zainteresowania które by sprawiło, że doczytam do końca. 


„Wersje nas samych” Laura Barnett  jaki był hype na tą powieść w internecie to nie da się opisać. Zewsząd huczało: genialne, wspaniałe, cudowne i porywające. W dodatku była ładna okładka, więc kwestią czasu było to, że ją przeczytam. Choć historia w pewnym sensie może była i ciekawa, takie latanie między kilkoma światami, bohaterami i sytuacjami przyprawiło mnie tylko o ból głowy i o nic więcej.


„Miłość i kłamstwa” Cecelia Ahern mniej podobny schemat, bo o niej nigdzie wcześniej nie czytałam, dałam się skusić licząc na jakąś wspaniałą opowieść o tej miłości i kłamstwach, a to co przeczytałam to raczej powieść jedna na milion, taki sam motyw śmiertelnie chorej osoby, która miała przed rodziną sekrety, które wychodzą na światło dzienne wraz z jej śmiercią. Żeby te sekrety były chociaż ciekawe, a akcja wartka… No, nic takiego nie znalazłam.


W tym wszystkim „Zginę bez ciebie” nie był wcale taki zły, aczkolwiek treść niezgodna z obietnicami na okładce, dlatego też tu ten kryminał ląduje. Mam nadzieję że doczekam się kiedyś czasów, kiedy opisy na okładkach będą mówiły prawdę a nie ją podkolorowywały, do tego czasu jednak trzeba mieć oczy na baczności. Kryminał zaś przyjemny, ale w związku z zawiedzionymi oczekiwaniami, czegoś mi tu brakowało – czegoś porywającego i sprawiającego, że strony się połyka, a nie znudzenie przewraca.


Na nowy rok nie robię sobie żadnych postanowień. Chciałabym za rok pochwalić się równie dobrymi przeczytanymi książkami. To znaczy, chciałabym być tu za rok i mam nadzieję, że spotkamy się tu w tym samym gronie.
Tymczasem pytanie do Was - najlepsze i najgorsze książki tego roku, jakie przeczytaliście, pochwalcie się ;)

Obserwatorzy