Diabelski owoc // Tom Hillenbrand

czwartek, lutego 09, 2017



Na samym początku przestroga: nie pijcie przy laptopie. Albo przynajmniej stawiajcie kubek w bezpiecznej odległości od tegoż, bo to źle się może skończyć. To tak jakby ktoś pytał o powód mojej nieobecności.

Niemniej przychodzę dzisiaj z „Diabelskim Owocem” Toma Hillendranda, kulinarnym kryminale, o którym chyba jakoś głośno nie było, albo ja przeoczyłam. O co się tu rozchodzi? Xavier Kieffer pracował kiedyś w wyśmienitych restauracjach. Wyrzekł się jednak haute cusine i zaczął prowadzić własną małą restaurację w Luksemburgu, w której serwuje swoim gościom potrawkę z zająca, zupę luksemburską czy paszteciki podlewane rieslingiem. Sprawy przyjmują dziwny obrót w momencie, w którym krytyk kulinarny umiera w jego knajpie. Zaraz potem bez śladu znika mistrz kuchni, u którego Xavier się kiedyś uczył, i już nie ma szans by policja nie pomyślała o nim jako o winnym. Kucharz postanawia przeprowadzić własne śledztwo.

Nie wiem czy miałam odnośnie „Diabelskiego owocu” jakieś oczekiwania, ale czuję się jakoś oszukana. Co prawda sam pomysł tego, by bohaterami zrobić cenionych kucharzy jest jak najbardziej okej, znowu jednak robienie głównego bohatera śledczym, który nie lubi policji, który raczej zawsze wie sam, co jest lepsze, jak dla mnie jest przereklamowane. Mamy już Ojca Mateusza, księdza który zawsze znajdzie się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, Belfra, nauczyciela który tak samo jak poprzednicy jest śledczym z powołania… a teraz kucharz?

Do reszty jako tako przyczepić się nie mam o co, bo choć historia i cała intryga nie jest zbyt skomplikowana, to bardzo przyjemnie się ją czyta. Jest idealna na spokojne wieczory, kiedy człowiek na chwile chce zapomnieć o całym świecie, jednocześnie nie nadwyrężając przy tym umysłu. A, no i nie wypada czytać tego, nie jedząc, bo w pewnym momencie tak czy siak zrobicie się głodni: serio, nie wiedziałam, że aż tak opisy jedzenia i tych dziwnych potraw, nazw, których nie potrafiłam nawet przeczytać, działają.


Jeśli więc szukacie jakiejś lekkiej lektury, „Diabelski owoc” mogę Wam polecić, aczkolwiek nie nastawiajcie się na szalone i zaskakujące zwroty akcji, ani tym podobne. Ot, miła i przyjemna lektura na – wciąż – zimowe wieczory ;) 

*Zdjęcie pochodzi z empik.com

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram