sobota, 29 kwietnia 2017

Wotum nieufności // Remigiusz Mróz

Wotum nieufności // Remigiusz Mróz



Do niektórych autorów ma się takie zaufanie, że sięga ono daleko poza granice przyzwoitości. No bo wiecie, ja pana Mroza lubię i szanuję, ale jedynie za Chyłkę, bo nie czuję się związana z innymi bohaterami. Mimo to sięgnęłam po Wotum nieufności mimo tego porównania na okładce do House of cards, bo ja z całego serca nie lubię takich porównań, bo mimo wszystko drodzy państwo, House of cards to house of cards, ale dobrze, dałam szansę, choć sceptyczna byłam………

No a później zaczęłam czytać, przeczytałam szybko i zdanie zmieniłam (diametralnie).  Trochę wprawdzie gubiłam się w tych politycznych zawijankach, kto co i z jakiej partii mimo „słowniczka” na początku, ale jakby na to nie patrzeć, to było bardzo dobrze. Jak zwykle, zresztą.

Główną bohaterkę poznajemy w dość kulminacyjnym momencie jej życia, oto bowiem budzi się w jakimś hotelu, w którym nie wie, jak się znalazła, ani co działo się przez ostatnie dziesięć godzin. Dziura w pamięci sprawia, że Daria Seyda, marszałek sejmu, czuje jakiś niepokój. Nie ma jednak zbytnio czasu by się nad swoją sytuacją rozżalać, bo zaczyna się dziać tyle, że po prostu są rzeczy ważne i ważniejsze. W tym samym czasie Patryk Hauer, wschodząca gwiazda prawicy, chcąc wybić się ponad wszystkich odkrywa polityczny spisek i ponad wszystko stawia sobie za punkt honoru to, by ten spisek rozwikłać.  Można powiedzieć, że Hauera i Seydę dzieli wszystko, a łączy, no cóż…. Musicie przeczytać!

Tak naprawdę „fanką” polityki nie jestem, denerwuje mnie to, jak oddziałuje na nasze życia, i jakie nastroje wprowadza; nie jest to jednak przeszkodą, by w Wotum nieufności się zakochać i przerzucać kolejne kartki zniecierpliwionym. Jest tu bowiem wszystko to czego można chcieć, i czego można oczekiwać od pana Mroza. Dialogi, które wielokrotnie albo mrożą krew w żyłach, albo na odwrót  - doprowadzają do panicznego śmiechu. Tym samym bohaterowie, którym niby się kibicuje, żeby dobrze im szło, ale gdzieś też ma się ochotę podłożyć im nogę, aby jednak nie wszystko szło zgodnie z planem. Sama zaś fabuła nie jest może oryginalna dla kogoś, kto pochłania tyle seriali amerykańskich, gdzie chodzi o głowę państwa, że mało co jest go w stanie zaskoczyć (to ja), niemniej bardzo mile spędziłam czas przy lekturze, a sama końcówka sprawiła, że wyczekuję kolejnej części, choć nie planowałam aż tak zżywać się z bohaterami.


Inną sprawą jest fakt, że jak widać, nie umiem pisać o książkach które mi się podobają; co najśmieszniejsze o tych, które jakoś mi podpadają nie piszę, bo ich… nie doczytuję! Chociaż wydaje mi się, że dzięki temu, że piszę o książkach i zaglądam na inne blogi temu poświęcone, kupuję bardziej świadomie książki i jestem z nich przeważnie zadowolona. To chyba dobrze! Przynajmniej nie wyrzucam (teoretycznie) kasy w błoto. :D

Jak tam Wasze plany majówkowe? Może podobne do moich, tj. serial, serial, książka i znów serial? Pogoda nie nastraja do wychodzenia spod ciepłej pościeli więc jak coś, to czujmy się wytłumaczeni :P

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie


Mój problem z filmami jest taki, że po prostu nie chce mi się ich oglądać. Coś na zasadzie,  że nie wytrzymam dwóch godzin przed ekranem, po czym przecież włączam sobie serial i nie jeden odcinek, a kilka, więc wychodzi na jedno. Logika w tym wszystkim już dawno się zgubiła, a szczerze powiem, że już nawet nie mam ochoty jej szukać. Niemniej o „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” nasłuchałam się  tyle dobrego, że musiałam dać szansę.

W tym miejscu chciałam zaznaczyć, że to, co napiszę, to jedynie moja subiektywna opinia, która niekoniecznie musi pokrywać się z Waszą opinią na temat tego filmu. Poza tym jestem dość słaba w pisaniu o rzeczach, które mi się podobają, więc bądźcie wyrozumiali ;)

Film sam w sobie nie jest jakoś wyjątkowo skomplikowany, bo mamy grupę przyjaciół, która postanawia zjeść ze sobą kolację, a że w jej trakcie sprawy przybierają taki a nie inny obrót… Miało być niewinnie i śmiesznie; dzielenie się ze wszystkimi otrzymaną wiadomością, SMSem, e-mailem czy rozmową telefoniczną miało jedynie rozładować może ciut napiętą atmosferę.

Włączając „play” w zasadzie nie wiedziałam, czego się spodziewać więc to, co zobaczyłam, nie rozczarowało mnie w żadnym stopniu. Bohaterowie, włosi z krwi i kości, temperamentni, zdobyli moje serce tak naprawdę nie ruszając się od stołu. Jeśli spodziewasz się wybuchów, akcji i tym podobnych, ten film z pewnością nie jest dla ciebie. Bo akcja nie biegnie, bohaterowie nie walczą, a jedynie… choć może to niezbyt fortunne określenie, ścierają swoje wyobrażenia o wielu sprawach z rzeczywistością, która nie jest kolorowa nawet, jeśli mieszka się we Włoszech, ma dobrą pracę i wielki dom z ogrodem.

Nie udało mi się ponownie znaleźć tego fragmentu filmu, by zacytować dokładnie, ale w pewnym momencie jeden z bohaterów stwierdza, biorąc telefon do ręki, że to śmieszne, że w tak małym urządzeniu jakim jest telefon komórkowy, mamy całe swoje życia. Wiadomości, SMS-y, e-maile czy nieodebrane połączenia. Nasza własna, prywatna, czarna skrzynka w której znajduje się cały nasz świat. To, moim zdaniem, jest idealnym podsumowaniem tego, w jakich czasach przyszło nam żyć.  I tego, o czym ten film w zasadzie opowiada.




„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” to emocjonalny rollercoaster; raz jesteś na górze wsłuchując się w to, co mówi bohater, a mówi dobrze, z sercem i całą życiową mądrością, by po chwili na dźwięk kolejnej otrzymanej wiadomości niemal stanęło ci serce – bo nie wiesz, co się stanie ale wiesz, że może być już tylko gorzej. Koniec końców, dzięki temu, że każdy z bohaterów jest w innym momencie swojego życia, dzięki temu, że wszystko rozgrywa się niejako na naszych oczach, mamy taką samą możliwość uczenia się na czyichś błędach, jak mają bohaterowie tam, siedząc przy tym właśnie stole.

Choć bardzo miło spędziłam czas, film, oprócz tego, że miał rozładować atmosferę i zapełnić wolny czas, zmusił mnie do wielu refleksji na temat tego, jak bardzo wielką rolę ma w naszych życiach telefon, internet i idące z tym w parze poczucie, że tak naprawdę nie możemy się czuć bezpieczni u boku osoby, z którą żyjemy nawet kilka lat.  Tu dochodzę do kolejnej frapującej mnie sprawy: lepiej wiedzieć, czy żyć w słodkiej nieświadomości? Ułuda, czy prawda, nawet, jeśli tak bardzo bolesna?

Na to pytanie mam nadzieję, że nie będę nigdy musiała odpowiedzieć, choć w głowie kłębi mi się na ten temat dużo pomysłów. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie z całego serca poleca, ba, sądzę, że powinien to obejrzeć każdy, chociażby po to, by zobaczyć, jak szczęście, rzekome bezpieczeństwo u czyjegoś boku jest kruche. I jak wyglądają współczesne związki, w których często zapomina się o szczerości, a o bolących sprawach się nie dyskutuje tylko zamiata pod dywan. I jak wszystko, jak całe nasze życie może zmienić niewinna kolacja, zabawa, która miała jedynie doprowadzić do śmiechu a przyniosła wiele szkód. Przede wszystkim jednak powtórzę puentę bohatera dodając, że tak samo jak dbamy o to, by nikt nam nie zajrzał do telefonu, dbajmy o tych, u boku których żyjemy. Oni są najważniejsi. No i najważniejsze – kłamstwo ma krótkie nogi.

 *Pomijam fakt, że sama w takim momencie dostałabym wszystkie najgorsze wiadomości świata. Ot, złośliwość losu.



środa, 19 kwietnia 2017

Ile kosztuje uśmiech? // Urlich Schnabel

Ile kosztuje uśmiech? // Urlich Schnabel

„Wprawdzie uważamy się za istoty samodzielne i indywidualne, ale w rzeczywistości nasze zachowanie w znacznym stopniu determinują emocje, którymi  jesteśmy otoczeni.”

Żyjemy w społeczeństwie informacyjnym. Z każdej możliwej strony docierają do nas złe informacje. Tu wybuch bomby, zamach, wypadek samochodowy, katastrofa samolotu, tylu zabitych, tylu rannych… Nie ma jak od tego uciec. Oczywiście możemy przestać wchodzić na portale informacyjne, tak naprawdę jednak wystarczy zalogować się  na Facebooka czy Twittera (choćby po to, żeby komuś odpisać) by całe zło świata natychmiast spoczęło na naszych barkach. Zaczniemy się przekonywać, że oczywiście jest nam z tego powodu smutno, że współczujemy tym ludziom, że nam się nie podoba obecna sytuacja polityczna, możemy nawet próbować się przekonać, że za chwile o tym zapomnimy, ale…

Urlich Schnabel w swojej książce „Ile kosztuje uśmiech” pokazuje,  na dość łatwych przykładach, jak bardzo świat, w którym żyjemy, sytuacje, w których bierzemy udział, oddziałują na to, co czujemy i jak się zachowujemy.  Autor jednocześnie próbuje rozstrzygnąć, czym są emocje, czy mamy jakiś wpływ na ich odczuwanie, czy po prostu one sterują nami, choć nam się zdaje, że jest na odwrót.

Czytając, momentami miałam wrażenie jakbym czytała tekst na zajęcia, co nie jest wcale wadą, a jedynie przyczyną tego, jaki kierunek studiuję. Motyw emocji, tego, jak Internet i natłok informacji na nas oddziałuje, nie jest mi zbyt obcy, dlatego czułam się w tym temacie całkiem swojo.


Co jednak nie zmienia faktu, że Urlich Schnebel bardzo dobrze przedstawił problemy, z jakimi przychodzi się nam zmagać. Oto bowiem okazuje się, że nie tylko my sami jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy; zdarzenia,  których jesteśmy tylko obserwatorami, o których czytamy bądź oglądamy oddziałują na nas, na to, co czujemy i jak się później zachowujemy.


„… my, ludzie, mamy niezwykle szeroką paletę uczuć oraz ekstremalnie duże spektrum różnorodnych stanów emocjonalnych; […] od nagłego strachu na widok rozsierdzonego byka albo pająka w toalecie […] do wzruszeń, zawierających sporą dozę interpretacji myślowych: […] duma z powodu poczucia wyższości moralnej nad konkurentem mimo, że on odnosi większe od nas sukcesy”.

Koniec końców „Ile kosztuje uśmiech” to książka nie tylko o tym, jak bardzo dajemy sobą rządzić emocjom, ale też o tym, jak nauczyć się dobrze z nich korzystać – jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi. Okazuje się bowiem, co może nie powinno nikogo tak bardzo dziwić, że stany emocjonalne są jak wzorce, których uczymy się będąc małymi dziećmi. Autor dosadnie daje do zrozumienia, że jeśli nakarmi się płaczące z głodu dziecko, będzie ono wiedziało, że akcja budzi reakcję, że „samo może coś zdziałać”.  I choć może niekoniecznie wierząc w to, że takie małe dziecko jest w stanie rozumieć, muszę przyznać, że czuje się tym przykładem zaszokowana.


Dlatego też książkę polecam, bo jeśli nawet nie dowiecie się z niej niczego odkrywczego, to może otworzy Wam oczy na sprawy, o których coś już tam wiemy, ale ta nasza wiedza jest niekompletna. Chyba warto dać szansę na to, by otworzyć sobie oczy na nowe sprawy. Chyba ;) 


Egzemplarz książki otrzymany dzięki uprzejmości 

piątek, 14 kwietnia 2017

marcowe migawki

marcowe migawki
Marzec minął mi gdzieś między palcami, pewnie za sprawą tego, że dużo się działo. Już od pierwszego dnia miałam zaplanowane kolejne tygodnie, nie pod względem czytania książek czy nawet nie pod względem uczelni (shame on me), ale koncertów, w których brałam udział, i które sprawiły, że ten nie do końca ciepły, nie do końca zdrowy (w moim wypadku) miesiąc mogę zaliczyć do jednego z bardziej udanych.

Pomyślałam, z racji, że aktualnie jestem w trakcie czytania kilku książek na raz, że podzielę się zdjęciami – urywkami z tego miesiąca, którymi przypieczętuję wszystko to, co robiłam, a o dziwo robiłam dużo i nawet byłam w kilku miejscach. Wiecie. Wyszłam do ludzi, to teraz będę to wypominała wszystkim i cały czas. He-he.

wraz z nadejściem słonecznej pogody budzi się moja miłość do tulipanów // choć te żółte udało mi się dostać dopiero pod koniec marca, różowe też są niczego sobie

pierwsza wizyta w dunkin donuts za mną, było pysznie! // pi(e)suar - takie rzeczy tylko w Wawie. // podobnie jak Pałac Kultury i Nauki // 

podróże polskim busem nie są takie złe, jak myślałam // metro! udało się nam nie zgubić // Tom Odell daje czadu, widać, że czuje muzykę całym sobą // Inwigilacja umilała mi podróż

starówka bardzo mi się spodobała, dlatego też narobiłam mnóstwa zdjęć i spamowałam wszystkim w koło cały czas


happysad  i ich 999 koncert w karierze - oj działo się! // pana jakuba dosłownie poniósł tłum


 Gilmore Girls, rewatch House of Cards // teraz mam plany na Serię niefortunnych zdarzeń czy Sherlocka 

choć zbyt wielu książek w tym miesiącu nie przeczytałam, to jednak wszystkie te, które przeczytałam, bardzo mi się podobały // te z Harry'ego Pottera jeszcze nietknięte, ale to muszę mieć nastrój. 

Koniec końców miesiąc jak zwykle minął mi w okamgnieniu. Mam nadzieję że i kwiecień będzie obfity w dobre filmy, seriale i książki. Tego wszystkim życzę, ale także i dobrego jajka, ciepłego dyngusa (co by można się polać) i świąt spędzonych w dobrej, miłej, rodzinnej i zdrowej atmosferze ;)



niedziela, 9 kwietnia 2017

Księga morza // Morten A. Strøksnes

Księga morza // Morten A. Strøksnes

Kto by się spodziewał, że książka o połowie rekina, ale takiego dużego, bo ważącego prawię tonę mi się spodoba. Dobra, sama chciałam tej książki, bo jeżeli coś jest o Skandynawii to ja muszę to mieć, no ale wiecie. Ja i przyroda (a później biologia) nie tworzyliśmy dobrego związku. Niemniej.

W „Księdze morza” jest mowa o śmiałej wyprawie, jakiej podejmuje się dwójka przyjaciół – Morten i Hugo. Pakują sprzęt, wsiadają do małego pontonu i wyruszają w misję, która ciągnąć się będzie przez cały rok, w tempie zmieniających się pór roku. Cały ten zachód tylko po to, by złapać rekina polarnego, mierzącego niemal osiem metrów, ważącego ponad tonę, dożywającego pięciuset lat. Morten i Hogo chcą go upolować. Po lekturze tej książki mam jeszcze większą ochotę na sięgnięcie po mitologię nordycką.

Choć połów rekina wydaje się być głównym tematem „Księgi morza”, już sam tytuł można interpretować na wiele sposobów. Dla mnie to kompendium wiedzy nie tylko o życiu podwodnym, gdzie jak się okazuje, żyje niemal tyle różnych istot ile nas, ludzi, jest na ziemi, ale też  o historii, literaturze, sztuce, ekologii a nawet mitologii (tym bardziej  muszę przeczytać mitologię nordycką) – a to wszystko w odniesieniach do tego, co dzieje się na morzu. I tuż pod jego taflą.

Fale biją o skały i głazy z głuchym grzmotem i ostrym sykiem. Wiatr rozwiewa chmury, lecz słońce jest niewidoczne. Horyzont się nim nasycił, a światło wydaje się płynąć z szarozielonego morza, które uderza o brzeg. Nagle chwyta mnie strach, że fale sięgną miejsca, w którym stoję. Nie, dopada mnie irracjonalny lęk, że morze s p r ó b u j e  to zrobić. Choć sam śmieję się z tej głupiej myśli, wspinam się na wyższy głaz. Nawet mewy pofrunęły w głąb lądu, by się skryć.


Dlatego nawet, jeśli wydaje się Wam, że to nie Wasza tematyka zaręczam, że dobrze spędzicie czas przy tej książce. Ja dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, więc wydaje mi się, że wszyscy znajdą tu coś dla siebie.

Egzemplarz książki otrzymałam dzięki uprzejmości 

piątek, 7 kwietnia 2017

Inwigilacja // Remigiusz Mróz

Inwigilacja // Remigiusz Mróz


Zajrzałam właśnie do recenzji poprzednich książek pana Mroza, i doszłam do dwóch wniosków: albo to ja jestem przewidywalna, albo po prostu pan Remigiusz tak bardzo przyzwyczaił nas do wysokiego poziomu, że jesteśmy gotowi na wszystko, biorąc jego książki do ręki. Lojalnie ostrzegam przed spoilerami, jeśli nie czytaliście "Immunitetu".

W Inwigilacji Chyłka i Zordon podejmują się bronienia chłopaka, który zginął kilkanaście lat temu w Egipcie, a odnajduje się on na jednym z warszawskich osiedli. Co prawda posługuje się innym imieniem i nazwiskiem, i mimo, że rodzice rozpoznają w nim syna, on sam utrzymuje, że z zaginionym nie ma nic wspólnego. Cóż, sprawy jednocześnie nie ułatwia fakt, że mężczyzna przeszedł na islam, wobec czego w Polsce jest na celowniku służb. Rola Chyłki rozpoczyna się wraz z pojawieniem się zarzutów odnośnie tego, iż mężczyzna przygotowuje zamach terrorystyczny.

Jak zwykle u Chyłki najmniej istotny jest fakt, czy broniona przez nią osoba jest faktycznie niewinna, czy może jednak coś przeskrobała, ale nie chce się do tego przyznać. Śledztwo, które z każdą kolejną częścią ich przygód jest coraz trudniejsze, niejednokrotnie wyrywa im się spod kontroli, ale nie ma się też czemu dziwić – Chyłka jest w końcu w ciąży, i choć nie zmniejsza obrotów (skądżeby śmiała) to jednak nie nad wszystkim trzyma równo puls.  Plus Zordon za chwilę ma egzaminy, więc teoretycznie powinien się uczyć, praktycznie jednak wiadomo, że są rzeczy ważniejsze od nauki. Na przykład Chyłka. Albo sprawa.

Choć każda z poprzednich części podobała mi się równie dobrze, Inwigilacja zaskarbiła sobie moją sympatię z wielu innych powodów. Jednym, by nie powiedzieć – najważniejszym, jest skupienie się na relacji Chyłki z Zordonem. Powiedzieć, że dużo ze sobą przeszli to jakby nie powiedzieć nawet zdania.  W poprzednich częściach co prawda coś tam się między nimi działo, coś przecież doprowadziło do miejsca, w którym oboje się znaleźli.  W Inwigilacji podejmują się kolejnej ciężkiej sprawy, i jakby nie patrzeć, to ich do siebie zbliża. I niebezpieczeństwo, i to, że w zasadzie pełzają w błotku i wszystko idzie nie tak, jakby sobie tego życzyli.

Sama sprawa może być jedną z tych bardziej skomplikowanych, bo w końcu chodzi o inwigilację i o to, jak daleko jest się w stanie posunąć rząd by chronić swoich obywateli. Wszystko to, czyli: idealnie trudna sprawa, piętrzące się problemy, stan Chyłki i „nauka” Zordona sprawiają, że Inwigilację się pochłania na jednym wdechu. Na samej końcówce przyda się respirator, więc nie  mówcie później, że nie ostrzegałam.


Z wytęsknieniem czekam na kolejną część (jak zwykle).

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Dziewczyna, którą kochałeś // Jojo Moyes

Dziewczyna, którą kochałeś // Jojo Moyes

Choć do samej Jojo Moyes raczej nic nie mam, okropnie bałam się tej książki. Głównie przez wielką sympatię do „Zanim się pojawiłeś”, bo wiecie – nie chciałam się sparzyć (jest to jeden z powodów, przez który nie sięgnęłam po „Kiedy odszedłeś”). Czułam jednak, że okładka – ilekroć nie spotkałam jej gdzieś na Instagramie – do mnie mówiła, wobec tego natchniona przecenami na niePrzeczytane pomyślałam... 

W życiu Liv nic nie poszło zgodnie z planem. Zamiast cieszyć się miłością męża i myśleć o przyszłości, została sama. Jedyne, na co ma ochotę, to wejść pod kołdrę i już nigdy nie wyściubiać spod niej nosa. Wypić o jeden kieliszek wina za dużo i zapomnieć o mailach od komornika i mężczyźnie, który miał być spełnieniem marzeń, a zniknął bez słowa. Jedyne, co pomaga jej przetrwać, to portret dziewczyny, zaręczynowy prezent. Najcenniejsza rzecz, jaką ma. 

A która będzie jej niemal odebrana. Niemniej, patrząc na ten opis wydaje się, że to znów jeden z tych ckliwych romansów, których zakończenie zna się już po przeczytaniu pierwszej strony.  Dlatego też chciałam powiedzieć wszem i wobec:  nie jest ani ckliwie, ani przewidywalnie. Znaczy… No dobra, trochę jest, ale jednak do tej granicy, kiedy da się to jeszcze z przyjemnością i bez spoilerowania nazbytniego czytać.

Wszystko zaczyna się od tego, że Liv traci męża i za bardzo się po tej stracie nie może pozbierać. Od tego momentu wszystko zaczyna się sypać: telefony od komorników się urywają, a ona naprawdę ma ochotę zakopać się pod tą kołdrą i spod niej nie wychodzić. W splocie mniej lub bardziej nieszczęśliwych wypadków wpada na Paula, i kiedy historia w końcu mogłaby spokojnie płynąć, komplikuje się jeszcze bardziej. Oto okazuje się, że obraz, który dostała od zmarłego męża z okazji zaręczyn został ukradziony w czasie wojny i teraz rodzina malarza domaga się jego zwrotu.  Jeśli grunt pod nogami może człowiekowi załamać się po raz drugi, tak się właśnie dzieje. Liv nie wierzy w to, co się dzieje. 

Tak naprawdę nawet, jeśli bym chciała, to nie mam się do czego doczepić. Historia opowiadana przez panią Moyes jest spójna, nawet te wstawki z okresu wojny, odnoszące się do obrazu, które to [wstawki] w większości książek mnie denerwują, tu pasują idealnie. Wszystko trzyma się kupy,  historia, bohaterowie – wszystko opisane tak lekkim językiem, że człowiek nie wie, jak szybko idzie mu czytanie, dopóty dopóki nie zobaczy tych ostatnich linijek i okładki. Wtedy jest szansa, że poczuje zawód – z powodu oczywiście, że to już koniec. Bo chciałoby się czytać dalej. 

Nie jest to oczywiście literatura górnych lotów, ale takiej nikt się chyba nie spodziewa sięgając po powieści pani Jojo Moyes. Jest intryga, są bohaterowie do których pała się sympatią, są problemy, mniejsze i większe… Jest wszystko, czego trzeba by dobrze spędzić czas przy książce. I jeszcze na dodatek okładka jest tak przepiękna, że nie mogę od niej oderwać wzroku. 

Jeśli nie czytaliście jeszcze książek pani Moyes, najwyższa pora to zmienić. Chyba nie pożałujecie.


Obserwatorzy