sobota, 27 maja 2017

Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej // Anna Broda

Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej // Anna Broda

Główną bohaterką powieści pani Brody (choć nie wiem, czy to odpowiednia odmiana nazwiska) jest Marta, która niby ma przed sobą oszałamiającą karierę, ale tak naprawdę jest pisarką wyszukanych kryminałów (których nikt nie rozumie) a szczycić się może co najwyżej byciem narzeczoną trendsettera i bywalca salonów, Andrew.  To dzięki niemu nosi najdroższe ubrania sławnych projektantów, dzięki niemu błyszczy w świetle fleszy, choć czy naprawdę jej się to podoba?

Mam z tą książką taki problem, że nawet mi się jako całość podobała, historia, problemy, które bohaterowie przeżywali, to wszystko było ze sobą spójne, z siebie wynikało,  ale bywały również momenty, w trakcie których przewijałam kartki, omijałam opisy i miałam chęć odłożyć ją na półkę i już do niej nie wrócić.  

Do historii jako takiej nie mogę się przyczepić. Marta, w splocie mniej lub bardziej nieszczęśliwych wypadków przyjeżdża, a w zasadzie „wraca na chwilę” do Krakowa by uporać się z przeszłością, która daje o sobie znać. Musi zapanować nad niezłym rozgardiaszem, pojawiającymi się co rusz nowymi członkami rodziny jednocześnie nie zapominając o tym, że jest narzeczoną Andrewa, jej życie jest w Warszawie, a z Krakowa to ona chce, ale uciec. Problemy się piętrzą, ona tylko się dołuje, nie ma pomysłu na tą książkę, co to ją niby pisze, Andrew znów zaczyna coś komplikować, a ona ma po prostu serdecznie dosyć.


Wylosuj z tłumu dowolną osobę, następnie zwierz jej się, że pochodzisz z Krakowa. Reakcja zawsze sprowadzi się do kilku odpowiedzi:
1. Musisz bardzo tęsknić
2. Tam żyje się wolniej
3. Nikt nie biega po schodach ruchomych
4. To miasto ma duszę.

Choć w Teorii zakalca Dagny Przybyszewskiej dzieje się dużo – bo nie mogę powiedzieć, że nie, to momentami czułam jakby autorka straciła pomysł, zupełnie wypadło jej z głowy czego dana akcja, dane wydarzenie miało dowieść, i dopisywała coś na szybkiego, byle tylko było. Akcja momentami się ciągnęła, sprawiając że ze zniecierpliwieniem przewijałam strony by zobaczyć co tam się w końcu stało. Nie twierdzę jednak, w tym wszystkim, że to zła książka, bo jak dla mnie to coś nowego, sam pomysł na historię, Kraków, postać Dagny Przybyszewskiej, w jakimś stopniu to wszystko trzyma się kupy, wynika jedno z drugiego, ale naprawdę chwilami czułam jakby to wszystko było ot tak powrzucane i sama autorka była ciekawa jak to tam na końcu w ogólnym rozrachunku będzie wyglądało.

Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej to nie jest, mimo wszystko, książka zła. Autorka, nomen omen, debiutująca, dała z siebie wszystko i w to wierzę. Ale czegoś mi brakło. Jakiegoś efektu „wow” na końcu, zaskoczenia, nie wiem. Książkę czyta się szybko, jeden czy dwa wieczory, czyta się przyjemnie, czasem się śmieje, a czasem wprost przeciwnie, ale czy wróciłabym do niej? Nie jestem pewna…

Egzemplarz otrzymany dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza S.A 



czwartek, 25 maja 2017

Julie&Julia

Julie&Julia

Próbuję, nieustannie, znaleźć jakąś zależność między tym, jak bardzo nie umiem gotować a tym, jak bardzo uwielbiam oglądać seriale i filmy kulinarne. Jak do tej pory na nic mądrego nie wpadłam, więc chyba po prostu się do tego przyzwyczaję. Patrzenie na jedzenie jest fajne, jedzenie go również, ale gotowanie – może kiedyś coś jeszcze ze mnie wyrośnie. Jakaś kucharka albo MasterChef. Zobaczy się.

Tymczasem z braku laku obejrzałam Julie&Julia bo dużo o nim słyszałam, bo Netflix podpowiadał, że dobre to jest, no to pomyślałam: czemu nie. Dwie godzinki  minęły szybko, ja tak w trakcie oglądania przynajmniej ze sto razy poczułam się głodna, bardzo głodna i super bardzo głodna, a koniec końców wszamałam pół paczki czipsów (bardzo dobrych). To chyba tyle, jeśli idzie o zdrowe odżywianie się.

Historia opowiedziana w Julie&Julia jest bardzo przyjemna. Oto bowiem młoda sekretarka, Julie Powell, decyduje się podjąć pewne wyzwanie – w ciągu roku zrobi przygotuje wszystkie dania z książki kucharskiej swojej idolki, Julie Child. Dodatkowo, by czuć nad sobą jakąś presję albo mobilizację (jak kto woli), swoje poczynania będzie publikowała na swoim, założonym specjalnie na tą okazję, blogu.

Żeby poczuć, jak fajny to jest film, musicie go obejrzeć sami, bo choćbym chciała, nie uda mi się wszystkiego tu przekazać bądź wszystkich myśli ubrać w słowa tak, byście mogli czuć się zachęceni. Co prawda szalonej akcji tu nie znajdziecie, tak samo jak kosmicznie niespodziewanych zwrotów akcji. Historia opowiadana jest bowiem z dwóch perspektyw – podglądamy jednocześnie samą ikonę, Julie Child, która jako jedyna kobieta uczęszcza na lekcje gotowania (jeśli tak to nazwać), bo to przecież czas kiedy mężczyźni wiodą prym w niemal każdej dziedzinie życia, a kobiety jedynie u ich boku „wyglądają”, ale przyglądamy się też poczynaniom Julie Powell, która wymyśliła sobie niemożliwe. Jak bowiem pogodzić pracę sekretarki z gotowaniem jednego, albo i nawet dwóch dań dziennie?

Historia, choć niezbyt skomplikowana, wielokrotnie doprowadza do śmiechu. Bohaterkom z całego serca się kibicuje, śledzi ich poczynania, jednocześnie jednak powinno się mieć przy sobie coś do jedzenia, by nie umrzeć z głodu. Ale coś zdrowszego od czipsów, tak mi się wydaje.

Nie wiem czemu, ale bardzo denerwowała mnie w tym filmie sama Meryl Streep. Choć może nie do końca ona jako postać albo aktorka, ale jej sposób wysławiania się… Ilekroć otwierała usta, wydawała ten dziwny jęk aka głos, myślałam, że coś mnie trafi. Domyślam się, że o to właśnie chodziło w tej postaci bo przyznaję, że to wszystko tam się trzyma kupy. Zachowania bohaterek, to, co mówią, jak się zachowują… Ale serio akcent, to manewrowanie głosem, no ja nie wiem, ale nie byłam w stanie tego znieść i zdarzyło mi się, przyznaję bez bicia, gdy pani Streep miała większą partię tekstu, zwyczajnie przesunąć czas o kilka sekund.  Znaczy wiecie, kojarzę jej głos z innych filmów, które oglądałam, i naprawdę wierzę, że ten głos to cecha charakterystyczna tej postaci.

Bo tak naprawdę znów nie mam się do czego przyczepić. I znów – mogę polecić, jeśli jeszcze jak ja, nie oglądaliście do tej pory.

Co do tego, że wszystko mi się podoba – jak czytam książkę i jest nudna, albo jak oglądam film, który mnie nuży, to po prostu go wyłączam/odkładam na półkę i o tym nie piszę. No bo po co? ;)


środa, 24 maja 2017

Nagroda Literacka Miasta Warszawy, laureaci

Nagroda Literacka Miasta Warszawy, laureaci


Jakiś czas temu pisałam o, tu, o Nagrodzie Literackiej miasta Warszawy. Podawałam wówczas laureatów nominowanych do zdobycia tej nagrody. Ale od tego czasu minęło ponad dwa miesiące, wobec czego czas trochę zaktualizować informacje ;) 

Laureatami dziesiątej edycji Nagrody Literackiej miasta Warszawy zostali Stanisław Aleksander Nowa, Jerzy Kronhold, Grzegorz Piątek, Marcin Szczygielski i Magda Wosik. Specjalne wyróżnienie – tytuł Warszawskiego Twórcy otrzymała Hanna Krall. 

Specjalne wyróżnienie otrzymała w 10. edycji Nagrody – Hanna Krall, którą uhonorowano tytułem Warszawskiego Twórcy. Znana jest przede wszystkim jako autorka niezwykłego wywiadu z Markiem Edelmanem – reportażu „Zdążyć przed Panem Bogiem”, który ukazał się po raz pierwszy w 1977 roku. Krall ma na koncie wiele tekstów, które na stałe weszły do kanonu literatury faktu, m.in.: „Tam nie ma już żadnej rzeki” (nominowana do Nagrody Literackiej Nike w 1999 roku), „Wyjątkowo długa linia” (nominowana do Nagrody Literackiej Nike w 2005 roku) i „Król Kier znów na wylocie” (nominowana do Literackiej Nagrody Środkowoeuropejskiej Angelus w 2007 roku, uznana za Książkę Roku 2006). W tym roku wydany został „Fantom bólu”, będący zbiorem wszystkich reportaży Krall, związanych z Holocaustem, dotykających problemu historii i pamięci. To pierwsza tego typu publikacja w dorobku autorki.

Książka wyróżniona Nagrodą Literacką m.st. Warszawy w kategorii proza to „Galicyanie”, debiut Stanisława Aleksandra Nowaka. Powieść o losach mieszkańców Zaborowa, galicyjskiej wioski spod Rzeszowa. Na uwagę i uznanie zasługuje wierność realiom XIX wieku, ale przede wszystkim język, który sam autor nazywa „językiem galicyjskim”. Tworząc go na podstawie źródłowych zapisów, Nowak opracował słownik składający się z 13 tysięcy haseł. Pisarz pracował nad swym dziełem osiem lat. Nominowanymi w kategorii proza były również Brygida Helbig za książkę „Inna od siebie” i Aneta Prymaka-Oniszk za „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy”.

W kategorii poezja zwycięzcą został Jerzy Kronhold za tom „Skok w dal”. Autor jest nie tylko wybitnym poetą, współtwórcą nurtu Nowej Fali, ale również dyplomatą i działaczem kultury. Debiutował tomem „Samopalenie” w 1972 roku. Nagrodzony „Skok w dal” zawiera 44 wiersze, będące retrospekcją lat studenckich. Utwory są również zapisem osobistych przeżyć poety po stracie żony. Adrian Sinkowski, autor tomu „Raptularz” oraz Dariusz Suska, autor tomu „Ściszone nagle życie” to pozostali nominowani do Nagrody twórcy.

Docenieni zostali również pisarze literatury dziecięcej. „Klątwa dziewiątych urodzin” to książka Marcina Szczygielskiego z ilustracjami Magdy Wosik. Opowiada o Mai, która musi zrzucić z siebie klątwę przed dniem swoich dziewiątych urodzin. Pomoże jej w tym odnalezienie przywiezionej ze Szczecina cegły, wykorzystanej przy odbudowie Warszawy. Przydatne okażą się także rozwiązania zagadek skrywane przez warszawskie legendy. Pozostałe nominacje w tej kategorii to: „Ala ma kota. A Ali?” Jolanty Nowaczyk i Darii Solak oraz „Bajka o tym, jak błędny rycerz nie uratował królewny, a smok przeszedł na wegetarianizm” autorstwa Łukasza Olszackiego i Joli Richter-Magnuszewskiej.

W kategorii edycja warszawska zwycięzcą został Grzegorz Piątek za książkę „Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego”. Publikacja jest precyzyjnym odtworzeniem kariery Stefana Starzyńskiego. Śledząc kolejne fakty z życia ostatniego prezydenta przedwojennej Warszawy, czytelnik odkrywa wielowymiarowy portret Starzyńskiego. Piątek to architekt z wykształcenia, z praktyki – krytyk i historyk architektury oraz kurator wystaw i projektów związanych z architekturą. W kategorii edycja warszawska nominowani byli również Łukasz Lubryczyński i Karolina Wanda Gańko za książkę „Dorożkarstwo warszawskie w XIX wieku” oraz Tomasz Mościcki za „Warszawskie sezony teatralne 1944 1949”.

Terminy nadchodzących spotkań z laureatami tegorocznej Nagrody Literackiej m.st. Warszawy:
  • 11.06 o godz. 17, barka Atalanta - klub Sen Nocy Letniej - spotkanie z Grzegorzem Piątkiem, poprowadzi Arkadiusz Gruszczyński
  • 13.06 o godz. 18, Moda na Czytanie - spotkanie z Jerzym Kronholdem, poprowadzi Janusz Drzewucki
  • 24.06 o godz. 11, Targ Śniadaniowy na Żoliborzu - spotkanie z Magdą Wosik, poprowadzi Beata Jewiarz
  • 27.06 o godz. 18, Ogród Powszechny - spotkanie ze Stanisławem Aleksandrem Nowakiem, poprowadzi Krzysztof Masłoń
  • 1.07 o godz. 12, Imieniny Jana Kochanowskiego - spotkanie z Hanną Krall, poprowadzi Anna Romaniuk.


poniedziałek, 22 maja 2017

Księżyc nad Bretanią // Nina George

Księżyc nad Bretanią // Nina George

Nie często mi się zdarza, że zapominam o książkach, które mam przeczytać. Zazwyczaj cierpię na ich niedosyt, wobec czego wszystko co mam czytam i pochłaniam.  Przyznaję się jednak do błędu, nadrabiam i voile la! 

Mówi się, że nigdy nie jest za późno na to, by zacząć od nowa. Liczy się wszak odwaga, której ludziom często brakuje, by uciec od życia, które nie jest takie jakie byśmy chcieli, żeby było. Marianne myślała, że dla niej samej nie ma już nadziei, dlatego też zdecydowała się na ten ostateczny krok – postanowiła skoczyć z paryskiego Pont Neuf.  W splocie mniej lub bardziej nieszczęśliwych wypadków trafia do szpitala, a tam, malowidło narysowane na rustykalnym kaflu sprawia, że powoli odnajduje chęci do życia, a w głowie klaruje pewien plan, który ma nadzieję spełnić.  

Czy udaje jej się go spełnić – musicie dowiedzieć się sami. Sama chciałam jednak w tym miejscu zapewnić, że choć sielsko-anielskie powieści nie są moim konikiem, a w problemy rozwiązywane za pomocą dobrego myślenia raczej mnie od siebie odrzucają, to tak samo jak w wypadku Lawendowego Pokoju czy Księgi snów czuję się najzwyczajniej w świecie oczarowana. Bo książka ani nie zmieniła mojego życia, ani tym bardziej mojego spojrzenia na świat. Życie jest tak samo beznadziejne jak było, a mi jedynie było smutno, że nie ma mnie tam z bohaterką, w tym ciepełku i wśród tych wspaniałych ludzi. 

Bo taki jest Księżyc nad Bretanią – spokojny, ciepły, trzymający w swoich objęciach. Ale nic poza tym. Przyjemna majówkowa lektura, o której zapewne zapomnę, bo takich powstają tysiące. Niemniej na pewno powieść ta znajdzie swoich prawdziwych fanów, których nie ciągnie do ciemnych i mrocznych szwedzkich kryminałów. Jak mnie ;) 

Książka otrzymana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwartego.


niedziela, 14 maja 2017

serialowe must watch

serialowe must watch



Z serialami mam taki problem, że oglądam ich za dużo. Skoro tak już jest, a ja nie zamierzam z tym walczyć, bo są rzeczy i uzależnienia o wiele gorsze, to chciałam, z okazji dwusetnego postu (!!) znów o kilku moich nowych odkryciach opowiedzieć. Część z nich obejrzałam, niektóre oglądam, a znowu kolejne planuję, co nie zmienia faktu że o wszystkich słyszałam wiele dobrego i chcę tą „dobrą nowinę” nieść dalej ;) Odpowiadając na pytanie, nie, nie czuję się źle rujnując Wam życia. Sorry not sorry.

Gilmore Girls // zwiastun



No początku dobrego tu nie było, bo obejrzałam pierwszy odcinek, nawet chyba nie do końca, i zupełnie nim nie porwana, wyłączyłam i zapomniałam. Następnie gdzieś dotarły do mnie wiadomości o „wznowieniu”, to pomyślałam, spróbuję jeszcze raz. Włączyłam odcinek numer jeden… a nim mrugnęłam, kończyłam sezon drugi. W tym serialu wszystko ze sobą współgra; bohaterowie (Michel i Sookie <3), muzyka, książki, poczucie humoru… A dodatkowo serial niezbyt skomplikowany, więc można oglądać dla czystej przyjemności ;)

Designated Survivor // zwiastun




Wyznaczony do przeżycia, bo tak mniej więcej brzmi tytuł, opowiada o Tomie Kirkmanie, tytułowym wyznaczonym, który zostaje głową Stanów Zjednoczonych zaraz po tym, jak cały Kapitol – wraz z prezydentem ii innymi politykami zostaje wysadzony w powietrze. Musi nie tylko prowadzić śledztwo w sprawie tragedii, ale jednocześnie trzymać państwo – a Ameryka jest państwem wielkim – w ryzach, by katastrofa nie zniszczyła kraju dosłownie. Ubóstwiam tego typu seriale, kwestią czasu więc było, że na niego wpadłam i się zakochałam.  Jeśli ktoś z serialami politycznymi nie jest za pan brat, nie polecam.

The Good Wife // zwiastun




Tym razem prawniczy serial, przybliżający historię Alici Florrick, która po piętnastu latach wraca do pracy w wyniku pewnych zawirowań życiowych. Dostaje od losu szansę na wybicie się, i wykorzystuje ją jak najlepiej tylko potrafi. Jednocześnie żona, prawniczka i matka nie daje sobie w kaszę dmuchać, wobec czego wszelakie komentarze, jakoby na przełomie kilku sezonów zrobiła się bardziej wyrachowana przyjmuję z uśmiechem na twarzy. Kiedy zrozumiała, o co chodzi w kancelarii, w której pracuje, sama postanowiła dbać nie tylko o czyjś, ale i o swój interes. Nie zdradzając więcej – intrygi na wysokim poziomie, Logan z „Gilmore Girls” jako jeden z prawników, MUSICIE obejrzeć ;)

Kolejne seriale, o których wspomnę, są tymi które chciałabym w przyszłości obejrzeć. Dużo się dobrego o nich nasłuchałam czy naczytałam, wobec czego jestem pewna, że mi się spodobają. Ale to najpierw uwinę się z tymi, w trakcie których oglądania jestem.

Lemony Snicket's A Series of Unfortunate Events // zwiastun




Swojego czasu było o tym serialu głośno, dlatego zapisałam go sobie na liście. Książki z tej serii czytałam, filmy widziałam, jestem ciekawa czy serial tak samo wywoła na mnie dobre wrażenie. Bohaterami tego serialu jest trójka rodzeństwa, sierot, które trafiają pod opiekę do swojego jedynego krewnego, Hrabiego Olafa. I od tego momentu wszystko zaczyna iść nie tak, jak powinno. Niestety.

The Crown // zwiastun




Wielka Brytania zawsze była gdzieś w kręgu moich zainteresowań. Kultura, piękny akcent, książki, seriale wywodzące się właśnie stamtąd zawsze zyskiwały specjalne miejsce w moim serduchu.  The Crown oparty jest na sztuce The Audience Petera Morgana, który jest również autorem scenariusza. Serial skupia się na panowaniu Elżbiety II od momentu śmierci jej ojca, do czasów obecnych, nie pomijając też samego okresu historycznego, w którym księżna rządzi, i w którym rozłożona jest akcja. Oglądałam jak dotąd jeden odcinek i jestem zafascynowana!

Girlboss // zwiastun



Serial „luźno” oparty na życiu Sophie Amuroso. Nie za wiele o  nim wiem, ale kilka osób się nim zachwycało, spodobał mi się zwiastun więc nie wykluczam, że prędzej czy później go obejrzę. Czasem lubię odpocząć od prawniczych pogadanek i obejrzeć coś luźnego.

Anne With An E // zwiastun




Tego tym bardziej tłumaczyć nie muszę. Uwielbiałam Anię, będąc dzieckiem, przeczytałam wszystkie dziewięć książek (do tej pory je mam), aczkolwiek nie oglądałam żadnego z seriali, które do tej pory wyszły. Tutaj muszę w końcu zrobić wyjątek, przełamać się, bo – powtórzę się – zwiastun mnie w sobie zauroczył, a poza tym wszyscy mówią, że trzeba obejrzeć. To obejrzę z przyjemnością!


Thirteen Reasons Why // zwiastun 



Tu z kolei ciągnie się mnóstwo kontrowersji, bo serial ma chyba więcej wrogów aniżeli fanów. Niemniej dam szansę nawet mimo to, ze akcja podobno rozkręca się gdzieś na ósmym odcinku a tak w ogóle to nie ma szału, bo powinno się rozmawiać a nie robić takie rzeczy, jakie się tam dzieją. Tyle, że teraz nikt ze sobą nie rozmawia, więc czy to taka znowu przesada….. Przekonam się sama :P



To by było na tyle. Nie wiem, czy powinnam przepraszać za to, że znów Was czymś zaraziłam, niemniej nie czuję chyba wyrzutów sumienia. Mam nadzieję, że jeśli któregoś z wymienionych przeze mnie seriali jeszcze nie oglądaliście, to miło spędzicie przy nim czas ;) Ja natomiast zrzucam winę na Netflix, bo o taką przerobową moc bym siebie nie posądziła, ale co zrobić, jak wyskakuje „za 15… sekund włączy się następny odcinek” i ja zazwyczaj w te piętnaście sekund nie jestem w stanie podjąć tak ważnej decyzji: oglądać czy nie oglądać dalej, wobec czego oglądam i tak to się jakoś dzieje dziwnie i non stop zapętla… 

zdjęcia wykorzystane w poście nie są mojego autorstwa, są znalezione na różnych stronach, poświęconych serialom i nie tylko.

PS. Zapomniałam dodać, że jeszcze Big Little Lies oglądałam, i to jest po prostu majstersztyk nad majstersztyki! Kto oglądał, ten pewnie mnie poprze. Sam finał - to już drodzy państwo, szapo ba.   

niedziela, 7 maja 2017

PRZEDPREMIEROWO Całe życie // Robert Seethaler

PRZEDPREMIEROWO  Całe życie // Robert Seethaler

Powiedzieć, że „Całe życie” to książka specyficzna, to jakby nie powiedzieć słowa. Choć tych już przeczytałam w swoim życiu dużo, po raz pierwszy trafiłam na taką drobinkę (bo ledwie ponad dwieście stron), która wywołała na mnie takie wrażenie. Opowiadana przez autora historia nie porywa, akcja nie biegnie na łeb na szyję, a bohaterowie raczej nas w sobie nie rozkochują. A jednak jakimś dziwnym sposobem, jak człowiek zacznie czytać, tak nie może przestać.

Duszę i kości, i ducha, i wszystko, w co wierzył i czego przez całe życie się trzymał. Wszystko przeżre w człowieku ten wieczny ziąb.

Bohaterem „Całego życia” jest zwykły, szary człowiek wiodący tak samo – odważę się – nudne życie jak większość z nas. Jest pracownikiem fizycznym, mieszka w sercu austriackich Alp a od życia wymaga jedynie tyle, ile może dostać. Może dlatego, że jego życie od maleńkości nie było usłane różami. Trudne dzieciństwo, ciężka młodość, nieszczęśliwe sploty wydarzeń, mniejsze i większe wypadki – nic, co się wydarzyło w jego życiu nie sprawiło jednak,  że chciał się poddać. Chciał żyć dobrze z naturą, dobrze z innymi ludźmi, nie chciał nikomu wadzić. Mimo wielu strat, tragedii, doszedł do miejsca w którym nie mógł powiedzieć, że czegoś żałuje. Takim był człowiekiem. I właśnie taką historię – z jednej strony trochę pogodną, trzymającą w nadziei, z drugiej zaś smutną i tak, jak w zacytowanym fragmencie, wiecznie zziębniętą przytacza nam autor. Na niespełna dwustu stronach, co, jak wzięłam swój egzemplarz do ręki, to trochę mnie przeraziło.

Nic to jednak grubość książki czy brak wątłej i pędzącej akcji. Historia, jaka by nie była, broni się sama bo w końcu opowiada o człowieku równemu nam. Z takimi samymi potrzebami, rozterkami, tęsknotami i problemami. Choć nic nie wnosi do naszych żyć, choć niczego nie zmienia, choć pod koniec brak efektu WOW, który to zazwyczaj w tych momentach występuje, „Całe życie” to wciąż dobra książka, przy której można mile spędzić czas. Potrzymać kciuki za Andreasa, dopingować go w jego wyborach, a kiedy przyjdzie – wspierać w trudzie życia. Piękna, smutna, zziębnięta ale i do bólu prawdziwa. Historia zwykłego człowieka, Andreasa Eggera.


Przedpremierowy egzemplarz recenzencki otrzymany dzięki uprzejmości

piątek, 5 maja 2017

Coraz mniej olśnień // Ałbena Grabowska

Coraz mniej olśnień // Ałbena Grabowska

Zastanawiam się, jak ta książka znalazła się na moim czytniku. Naładowałam go niedawno, włączyłam, a tam proszę państwa takie oto cudo. Mam nadzieję, że kiedyś mnie olśni, gdzie je kupiłam, skąd ściągnęłam – NIE WIEM.

Nazwisko autorki wielokrotnie obiło mi się o uszy, nie odważyłam się jednak sięgnąć po żadną z jej powieści wiedziona tym, że na pewno jej powieści nie są dla mnie. Skoro jednak znalazła się na moim Kundelku poczułam, że to znak od niebios i muszę ją przeczytać.

Coraz mniej olśnień to historia trzech kobiet, których życia los splątał jakimś dziwnym trafem. Ela jest niewidoma, a Lena jest jej „towarzyszką”, a Maria na samym początku całkiem obcą kobietą, o której tak naprawdę mało co wiemy. Wraz z biegiem historii, wraz z powolnym otwieraniem się na ludzi Ewy, zmianą podejścia do życia Leny dowiadujemy się, o co tu tak naprawdę chodzi.  Każda z bohaterek stoi bowiem na życiowym zakręcie, żadna z nich nie wie, co ma dalej ze sobą zrobić, żadna jednak nie chce się poddać. Dlatego podejmują walki, każdego dnia, te mniejsze i większe, i właśnie o tym opowiada Ałbena Grabowska w swojej książce.

Niestety jestem prawie pewna, że gdybym miała tę książkę kupić, zapewne bym tego nie zrobiła bo opis zupełnie mnie odrzuca. Nie lubię takich książek. Ale Coraz mniej olśnień jest po prostu dobra. Czyta się ją szybko, zżywa z bohaterkami, kibicuje się im i ma się nadzieję, że się ułoży. Bo tego życzy się przyjaciołom, bliskim sobie osobom. Chce się dla nich dobrze. I to właśnie robiłam, „przerzucając” kolejne strony. Kibicowałam Eli w tym, by w końcu odnalazła radość życia, Lenie, by w końcu wybiła się z tego impasu złych wydarzeń i Marii, która chyba trochę się w tym wszystkim pogubiła. Zaskakująca końcówka, którą przeczuwałam przez kilka ostatnich stron tylko dopełniła uczucia miłego zaskoczenia, i tak będę tę książkę pamiętać.

Jeśli nie znacie jeszcze tej autorki, to najwyższa pora by to zmienić ;)

środa, 3 maja 2017

Finding Dory

Finding Dory
Źródło

Mam słabość, wielką słabość do bajek, nawet jeśli nie mają zbyt chlubnej opinii, nawet jeśli nie przypominają swoich poprzedników i w końcu, nawet jeśli są znacznie gorsze, niż mogłabym przypuszczać.

Finding Dory jest niejako kontynuacją Gdzie jest Nemo, choć od premiery minęło już dużo czasu i tak naprawdę jestem pod wrażeniem, że tyle im to zajęło, zrobienie tego kolejnego filmu. Przecież to była dobra bajka, którą się oglądało, i mówiło potem o tym jak te rybki są fajne. Ja jeszcze zawsze dodawałam, że śmieszne, że mogą pływać pod wodą i mieć otwarte oczy i mówić. To mnie fascynowało.

Minęło jednak dużo lat, nowa bajka pojawiła się  w kinach, a ja jak zwykle nie miałam z kim do niego iść (to znak, że potrzebuję w swoim życiu osób, które oglądają bajki pomimo swojego wieku). Później ktoś doniósł, że niezbyt ta bajka, no i tak odpuściłam, do czasu, kiedy HBO GO nie dodało jej do swojego katalogu. No wtedy to raczej już nie musiałam nikogo o towarzystwo prosić, co nie. Sama sobie obejrzałam.

I tak za bardzo nie wiem, o co ludziom się rozchodzi. Historia jest słodka w swojej prostocie, bo opowiada o tej słodkiej Dory, cierpiącej na zanik pamięci krótkotrwałej, która w końcu sobie coś przypomina, mianowicie, swoich rodziców, i wbrew wszystkiemu i wszystkim (wciąż jest przecież sobą) wyrusza w podróż poszukiwawczą. Następnie wszystko idzie nie tak, ale to już inna sprawa.

Może rzeczywiście dupy nie urywa. Może rzeczywiście nie dostarcza takich samych emocji, jak Nemo dostarczał przed czternastoma laty. Ale to my się postarzaliśmy, i to nasz odbiór rzeczywistości się zmienił. A bajka? Wszystko trzyma się kupy, wydarzenia z siebie wynikają, przekazuje wartości, które warto wpajać młodym ludziom, o rodzinie, przyjaźni, nie poddawaniu się. Mi się bardzo podobała, ale jedyne, do czego mogę mieć – i mam wątpliwość – to fakt, czy spodoba się młodym widzom, którzy Gdzie jest Nemo oglądali, a może i nie? Oto jest pytanie ;)
 

poniedziałek, 1 maja 2017

kwietniowe migawki

kwietniowe migawki

Kwiecień, jak każdy miesiąc tego roku, minął niepostrzeżenie; dopiero prima aprilis, a tu majówka, niezbyt ciepła, trochę słoneczna, a jednak niekoniecznie zachęcająca, by opuścić ciepłe cztery ściany. 

Pod względem książkowym był to słaby okres, bo przeczytałam chyba dwie, a może trzy książki. Liczy się jednak jakość, bo chęci jakoś sobie gdzieś zaginęły po drodze, i większą uwagę w tym miesiącu poświęciłam filmom i serialom (czego zaś zupełnie nie żałuję). 

Spotify premium to niebo, a to jest proszę państwa dowód. Tyle dobrej muzyki w tym miesiącu, nowa Lana del Rey, Paramore... a w głowie i tak   „Be mineOfenbach.

Nie miałam czego czytać, więc wróciłam do Harry'ego // jedzonko musi sie zgadzać// tak samo jak książki! // kojarzycie Willa Darbyshire? Wraz ze swoją dziewczyną, Arden, nagrywają podcast  „Crush on my couch”, który serio polecam!

Jak mówiłam, nie przeczytałam w tym miesiącu za wiele // Płynna inwigilacja do pracy (aka pilna studentka), a Mitologia Nordycka ot tak, przy okazji.

Aaaaaaaa! Harry Potter z muzyką na żywo! Było rewelacyjnie!! Chyba przejdę się jednak na kolejną część w październiku...... 

Rozpoczęłam nowy serial  „The Good Wifei jestem w nim oficjalnie zakochana. Sądzę, że po jego obejrzeniu na bank mogę iść na prawnika! // Co śmieszne, znajduję w tym serialu wielu znajomych aktorów, i przeżywam dziwne deja vu //  A tu oglądane w doborowym towarzystwie  „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”

Wotum nieufności // Podróże małe i duże // odkrywanie Harry'ego

To by ten czas, w którym myślałam, że  „lato” zadomawia się na dobre, a tu jednak nie... 

Te pilne studenty, to zamiast się uczyć, to tylko chodzą i zdjęcia robią. Ops.

Tragedia opisana jednym zdjęciem? Brak internetu w święta. Rozumiecie powagę sytuacji?

Tradycyjnie nie robię planów na maj. Mam nadzieję, że zrobi się ciepło, że przeczytam dużo fajnych książek i uporam się ze sprawami uczelnianymi, które na razie od siebie odsuwam. Don't worry be happy czy jakoś tak ;) 

Obserwatorzy