wtorek, 20 czerwca 2017

Szóste okno // Rachel Abbott

Szóste okno // Rachel Abbott

Do czytania najchętniej zachęcają promocje. Ot, weszłam sobie kiedyś na Amazon, a to  był moment kiedy inni dostawali przedpremierowe egzemplarze Szóstego okna, patrzę, a ta sama książka, w oryginale, kosztuje zawrotnego dolara. Pomyślałam: interes życia! I wtem, niewiele się zastanawiając, kupiłam.

Natalie Grey traci męża. Zostaje z córką sama i ku rozpaczy odkrywa, że czas nie stanął w miejscu a życie, o dziwo toczy się dalej.  Po jakimś czasie kobieta wiąże się z przyjacielem swojego zmarłego męża i powoli odnajduje szczęście w życiu na nowo. Chce cieszyć się każdym dniem, czerpać z niego jak najwięcej. Jest marzycielką, dlatego też wszyscy, których zna, chcą ją chronić przed złem świata. To właśnie tu, w Szóstym oknie przysłowie, jakoby ciekawość była pierwszym stopniem do piekła mają sens, bo rzeczywiście tak jest. Natalie coś widzi, nie jest pewna co, i tak w zasadzie się zaczyna. W międzyczasie Tom Douglas prowadzi śledztwo w sprawie rzekomego samobójstwa nastolatki. Im dalej w śledztwo, tym okazuje się, że komisarz znajduje powiązania między tą sprawą a Natalie i Scarlett, jej córką. O co chodzi?

Mam z tą książką pewien problem. Choć oczywiście rozumiem zamysł, historię, zgadzam się z tym, że wszystko z siebie wynika, do siebie prowadzi, no po prostu utrzymuje jakiś logiczny ciąg, to jestem w stu procentach pewna, że większości problemów, których bohaterowie sobie naważyli, mogliby uniknąć gdyby tylko zaczęli ze sobą rozmawiać. Wszystkie tragedie, które się wydarzały, wszelkie straty zaufania, o których mówili, tego wszystkiego mogłoby nie być, gdyby na litość boską mówili sobie o tym, co ich niepokoi, gnębi, a czego nie są pewni. Rozumiem oczywiście – znów – pobudki czy Eda, który chciał bronić Natalie, która jest raczej romantyczną duszą; rozumiem także Scarlett, która też z matką nie była szczera z tego samego powodu. Jednak wciąż sądzę, że możnaby te straty i problemy zminimalizować, gdyby bohaterowie wykazali choć krztę zainteresowania i ponad interes tej jednej osoby zaczęli przekładać dobro wszystkich.

W Szóstym oknie mamy tory akcji; z jednej strony przyglądamy się Natalie i Scarlett, które w wyniku – znów! – nieporozumienia wyprowadzają się ze swojego „nowego” domu i w tym całym chaosie próbują jakoś się odnaleźć, ale też mamy z drugiej strony śledztwo prowadzone przez Douglasa, które dotyczy śmierci nastolatki, i w którym to śledztwie jest raczej więcej niewiadomych, niż rzeczy pewnych. Przeskakiwania między rozdziałami, między punktami widzenia, ten czas, który niby mknie przed siebie a jednak niekoniecznie – to wszystko ma sens. Nawet to zakończenie, które chyba trochę mnie rozczarowało jest okej, jeśli się na nie spod dobrego kąta popatrzy, ale…


Denerwowała mnie niesamowicie bierność bohaterów, którzy przyjmowali na klatę wszystko to, co zrzucał im los, zbytnio na to nie narzekając. Oczywiście wiedzieli, że coś jest nie tak, coś im się tam nie zgadzało, w większości jednak trzymali wszystko dla siebie, nie wiem, myśląc, że śledztwo samo się rozwiąże, albo że jak czegoś się nie powie, to to nie istnieje.  To jest mój największy zarzut do tej książki. W tym miejscu wypada jednak dodać, że cała ta historia z samobójstwem, tajemniczą przeszłością Berniego bardzo mi się podobała i z chęcią przeczytałabym inną książkę pani Abott, bo może jest szansa, że trafię na mądrzejszych bohaterów którzy jednak używają czegoś i wiedzą o istnieniu mózgu. Meh.

piątek, 16 czerwca 2017

Koniec samotności // Benedict Wells

Koniec samotności // Benedict Wells

Uwielbiam smutne powieści… To oczywiście żart, ale też jedyne, co ciśnie mi się na usta, kiedy myślę o dopiero co przeczytanej książce. Koniec samotności przeczytałam trochę z opóźnieniem, bo okazało się, że awizo czekało na mnie tydzień, zanim w ogóle ktoś pomyślał, żeby zajrzeć do skrzynki. Nic to jednak, bo gdy tylko się do niej dorwałam, przeczytałam ją w dwa dni. No, może góra trzy. Szybko się ją pochłaniało, dlatego też trochę musiałam pilnować, by nie zjeść jej w jeden wieczór.

Odniosłam takie wrażenie, w trakcie czytania, i biorąc pod uwagę wszystko to, co przeszli bohaterowie, a w zasadzie: rodzeństwo, że w pewnym momencie dla mnie samej ta czara smutku, ten jego napływ, to wszystko wydało się za dużo. Bo to rodzeństwo w wieku dziecięcym straciło rodziców, i to, jak te ich losy się potoczyły później, to wszystko było takie do bólu realne, prawdziwe i no – smutne.  Przyznam, że często myślałam o tym, czytając książki czy oglądając seriale. Widząc zgrane rodzeństwo, co będzie z nimi za X lat? Tutaj, w Końcu samotności było idealnie ukazane to, jak każde z nich było inne, jak bardzo się od siebie różniło, i jak ta niesamowita tragedia rzuciła się cieniem na ich przyszłość.

- Powtórzę ci to raz jeszcze, ale niechętnie: nie można przywrócić przeszłości ani jej zmienić - usłyszałem od brata przez telefon.

- Nieprawda, można - powiedziałem.

Traumy, problemy większe czy mniejsze, rozłąki, nieporozumienia… to wszystko jest tu opisane. Bohaterom się kibicuje, chce się dla nich jak najlepiej, a jednocześnie myśli – gdzieś w kącie głowy, że ile się jeszcze złego może wydarzyć? Że może to już wystarczy, co? Że ten los jest jaki jest, to wszyscy wiedzą; z naszych planów sobie stroi żarty, przerabia, dorabia własne ideologie. Ale jakiś umiar to powinien być. Bo człowiek dużo zniesie, ale jakaś granica… No nie wiem.

Smutno, smutno i smutno. Ale też trochę radośnie, bo w tych tragediach, nieszczęśliwych splotach losu kryło się coś, co pokrzepiało, nowe rodziny, plany, marzenia, to jakoś wszystko idealnie się ze sobą zgrywało. Bo zostało tu pokazane, że życie idealne nie istnieje; że wszyscy mają jakieś zakamarki, do których nie zaglądają, które są mroczne. Że dbają o siebie bardziej o innych, a przede wszystkim że wierzą, że kiedyś będzie dobrze. Bo będzie. I wtedy trzeba czerpać jak najwięcej. Ot co.


Choć dużo dobrego o tej książce czytałam, nie spodziewałam się nie wiadomo czego. A miło się rozczarowałam, dlatego chyba mogę polecić. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Muza

ps. sesja to jednak wredota jest, czy ja mogę poprosić
aby był już 23 czerwca??

niedziela, 11 czerwca 2017

Mój początek wszystkiego

Mój początek wszystkiego


Do pewnego momentu uważałam, że branie udziału w konkursach nie ma sensu, bo w zasadzie wygrywają inni, lepsi. Trochę to na przekór logice, no bo skoro nie próbuję, to nie wygrywam. Niedługo później wygrałam bilet na koncert i spotkanie z zespołem Dawida Podsiadło, a potem książkę. I zadzwonili do mnie z tego radia, z odpowiedzią na tego smsa, co napisałam, ale ogólnie prawie go nie wysłałam. A na dodatek to ja rozmawiałam na antenie z ulubionym prowadzącym, więc to już w ogóle.  Okazało się wtedy, że„wygrywanie” a przynajmniej staranie się, by wygrać nie jest takie złe i czuję się z nim całkiem fajnie. Oczywiście nie zawsze muszę wygrywać, bo jestem miłym człowiekiem, i nie chcę odbierać tej możliwości wygrywania innym, ale z drugiej strony też szybko popadam w samozachwyt i obawiam się, że to ciągłe zachwycanie się swoją wyjątkowością i tym, że wygrywam, mogłoby się źle skończyć. No więc mówię, że ja nie muszę zawsze wygrywać, ale od tamtego momentu stwierdziłam, że kto próbuje to nic nie traci, a jedynie czasem zyskuje.

Dlatego pomyślałam, że wzięcie udziału w konkursie #Mójpoczątekwszystkiego to dobra okazja do spróbowania wygrania czegoś, bo dawno mi się to nie udało ;( A tak na serio to jednak bon do empiku to jest chodliwa rzecz, i ja dzisiaj na przykład narzekałam, że następna okazja na dostanie takiego to Mikołaj, a jest czerwiec, a grudzień za pół roku, więc p r ó b u j ę.  A chodzi o to, by napisać coś o wydarzeniu, które było „początkiem wszystkiego” i zaprosić do tejże zabawy trzech innych… blogerów. Którzy lubią bony do Empiku. Ktoś, coś?

Najdłużej zajęło mi wymyślanie, a w zasadzie przypominanie sobie tego szczególnego wydarzenia, bo ogólnie w ostatnich latach to dużo działo się dla mnie nowych rzeczy i tak trochę trudno zdecydować które z nich było najbardziej „wow”.

Mogłabym powiedzieć o tym, że prowadziłam kilka blogów z książkami, do pisania i prowadzenia których traciłam zapał gdzieś po dwóch dniach szukania szablonu. No bo włożyłam w to tyyyyyyyyyyle pracy i nikt nawet nie zajrzał, nie skomentował i nie powiedział, jaka to jestem wyjątkowa, a mój styl pisania rewelacyjny. No proszę was. Jak ktoś tak mógł. W końcu jednak założyłam myślizaczytanej, i chyba tylko dlatego, że na zajęcia z filmoznawstwa musiałam napisać recenzję filmu, napisałam ją, a że była na ocenę, to bardzo się postarałam, i jak już ją napisałam i porozsyłałam wszystkim w koło („patrzcie, jak fajnie napisałam, w ogóle ten film jest ekstra, polecam!!) to stwierdziłam, że to jest właśnie ta okazja, ta świetna okazja, ten wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju moment, w którym mogę założyć bloga i kiedy ktoś w końcu mnie skomentuje!

Bloga założyłam, recenzję opublikowałam (o, TU, jakby ktoś chciał zajrzeć)… A po paru dniach pojawiły się komentarze. I to nie takie, że „fajnie”, „okej” czy „nuda”. Tylko takie więcej, rozbudowane i w ogóle. Popadłam w samozachwyt (mówiłam, że szybko się sobą zachwycam), a później wzięłam się za dalsze pisanie, czytanie i odwiedzanie innych. Nadal jednak gdzieś w głowie mi mrugało, gdzieś kompletnie z tyłu, że pfff, i tak nikt mnie nie będzie czytał, i w zasadzie już by mogli przestać, bo już mi się nie chce starać. 

Minęły jednak kolejne miesiące. Rok. Drugi. Gdzieś w połowie tego drugiego zdecydowałam się na własną domenę. Trochę wiążące, no ale pomyślałam, okej, rok dam radę, ewentualnie te dziesięć złotych za pierwszy rok, no jak stracę, to nie będę płakać.

No ale jakimś sposobem w kwietniu minął mi trzeci rok i jak na razie stąd nie wybywam. To oczywiście może zmienić się w każdej chwili, jednak chwilowo mam w planach przedłużenie domeny na kolejny rok więc brace yourself czy coś w ten deseń. Zawsze lubiłam czytać książki, nie wiem czy dlatego, że nie miałam gdzie z i kim wyjść. Okazało się, że pisanie o nich jest równie fajne, a dzielenie się tym z innymi to już w ogóle.


Taki był #mójpoczątekwszystkiego. Nie wiem, kogo mogę do tej zabawy motywować, komu chce się tak produkować. Ale niech będzie. Nominuję do tej zabawy Klaudię z bloga Borenium, Marth z Bibliofilembyć i Dominikę z Bookmorning. Każda z nas miała jakiś „początek”, moment, który wszystko zmienił, który coś zaczął… Nie mogę się doczekać by przeczytać Wasze wyznania ;) 

Post napisany w ramach konkursu organizowanego przez Moondrive, w którym można wygrać bon do Empiku na 100 złotych. A chodzi o to, by opisać swój #Mójpoczątek wszystkiego, moment, który coś zapoczątkował. Podzielić się z tym na swoim blogu, oznaczyć post hasztagiem #mójpoczątekwszystkiego i nominować do zabawy kolejne 3 osoby. 

wtorek, 6 czerwca 2017

Wzgórze Psów // Jakub Żulczyk

Wzgórze Psów // Jakub Żulczyk

„Ludzie skupiają się przy sobie, bo myślą, że będą w ten sposób się bronić, dbać o swoje interesy. Ale i tak w krytycznych momentach będą się rozszarpywać, zabijać, spychać nawzajem w przepaść.”

Co to była za książka. Co prawda miałam plan na dzisiaj, że napiszę o czym innym, ale wracając do domu otworzyłam Kindla, przeczytałam końcówkę „Wzgórza psów” i zdziwienie, szok, to wszystko tak bardzo się skumulowało, że jak (prawie) tylko dorwałam do laptopa to pomyślałam: muszę to szybko zapisać, to, co myślę, póki nie uleci, póki jeszcze to zakończenie jakoś mnie dotyka, wywołuje jakieś emocje, po prostu.

Weszłam na LubimyCzytać by zobaczyć opis książki, jakiś sensowny niż to, co siedzi mi w głowie. Nie dowiedziałam się jednak zbyt wiele. Thriller, kara, zło. To tak w wielkim skrócie. Nie oddaje to bowiem nawet jednego procenta z tego, co się na kartach „powieści” wydarzyło. A wydarzyło się, jakby to powiedzieć, żeby nie zabrzmiało banalnie, tanio, w s z y s t k o.

„Ty wciąż myślisz o tej dziewczynie. To był twój koniec świata i dziwisz się, że stało się coś takiego, a domy wciąż stoją, ludzie wciąż żyją”.

Mikołaj, wraz ze swoją żoną Justyną wracają do jego domu rodzinnego, z różnych przyczyn, głównie finansowych. Nie mają co robić, wracają do Zyborka, Zyborka, z którego przed laty Mikołaj uciekał, o którym chciał zapomnieć, ale wraca, musi, nie może inaczej. Na chwilę, powtarza, na jakiś czas, mówi, próbując przekonać sam siebie. Ten ich powrót nie zwiastuje niczego dobrego, i choć mówią wszystkim wkoło, że jest okej, nie jest, nie było i już nigdy nie będzie. Główny bohater daje się wplątać, a może z drugiej strony nie wplątać, po prostu znajduje się w samym środku wydarzeń mających swoje korzenie w młodości; czas leci, nie leczy ran ani niczego nie zmienia. I o tym dosadnie przekonuje się nie tylko Mikołaj, który wciąż pamięta, ale wszyscy inni którzy pamiętają i muszą w końcu coś z tym zrobić.

Pamiętam, że po lekturze „Ślepnąc od świateł” byłam zdania, że nie przeczytam już nic równie dobrego. Że nic w takim stopniu mnie nie zaskoczy, nie wywrze takiego wrażenia, że już nie dam się tak b a r d z o zaskoczyć. Co nie. Tak myślałam, ale później sięgnęłam po Wzgórze Psów choć nie planowałam, później, miałam odwlec, ale premiera, szumna premiera, dobre opinie i podroż, w którą wyruszałam i w trakcie której chciałam  c o ś czytać. Jedynym błędem jest to, że ta książka nie nadaje się do czytania w miejscach publicznych, bo człowiek musi wsiąknąć, wejść w to, całym sobą, no chyba, że jesteście gotowi przejeżdżać przystanki.

„Zybork spływał w ciemność, ściekał w nią jak czarny klej, ciągnąca się guma z wrzuconej do ogniska opony. Nikt tego nie czuł, a jednocześnie wszyscy to czuli.”

Wzgórze Psów przepełnione jest złem. Zybork jest przepełniony złem, ciemnością, wrogością i taką niezgodą na to, co się dzieje. Jest przeszłością, która nadal we wszystkich siedzi, wydarzeniami, które nadal wywołują emocje, teraźniejszością, która mogłaby wyglądać inaczej gdyby…  Gdybanie jednak nie pomaga, i bohaterowie to wiedzą, i na swój sposób sami chcą dowieść sprawiedliwości. Bo ta ciemność ich otacza,  oni nią przesiąkają, tym złem, losem, który na nich zrzucono, tą ostatecznością, do której są wszyscy gotowi, bo nie mogą sobie z tym poradzić.

Po „Ślepnąc od świateł” byłam pewna, że niczego równie dobrego nie przeczytam. Przeczytałam. Nie mogę się otrząsnąć, zapomnieć, zdać sobie z tego sprawy. Ale to nie jest książka dla wszystkich, to zło, ciemność, brzydkie słowa, to nie nadaje się dla tych, którzy będą później narzekać na brutalność, na realizm, na wszystko. Nie czytajcie, jeśli styl pana Żulczyka Wam się nie podoba i nie czytajcie, jeśli później macie mówić, że co to było, że jak to tak, że nie.


Reszcie gorąco polecam, bo to książka jest, którą trzeba przeczytać; nawet jeśli czytana po trochu, po rozdziale, po stronie. Może i trzeba tak. Jak przeczytaliście już, to powiedzcie, że też jak ja w to nie wierzycie, a w to zakończenie to już szczególnie. Bo ja chciałabym nie wierzyć, ale…  

niedziela, 4 czerwca 2017

majowe migawki

majowe migawki


Maj za nami. Ciągle nie wierzę w to, że już połowa roku. Niemniej w końcu maj okazał się ciepłym miesiącem, i po siedmiu miesiącach ciemności, zimna i ogólnego przygnębienia na niebie w końcu pokazało się słońce. Ludzie wyszli z domów, i oto nastała radość. Taki też był maj. Trochę radosny, trochę problemowy, mieszanka do której idzie się przyzwyczaić. 



Były książki, dużo książek, tych dobrych, rewelacyjnych i takich, które dopiero zacznę czytać (The sixth window zgarnięte z Amazona za całego $1.22).



Dużo na Instagramie było tego magazynu It girl, skusiłam się i nie żałuję. Dużo do czytania, mało reklam, jestem na tak. Co lepsze, to, w co nadal nie wierzę: byłam w radio, współprowadziłam audycję i było superowo. 


Skoro radio to i Warszawa, po raz drugi w tym roku. Tym razem ciepło, wręcz upalnie. I krótko - bo wycieczka na zaledwie kilka godzin przed i po audycji. 



Filiżanki z Tigera też mi mignęły gdzieś przed oczami i nie mogłam przejść obok nich obojętnie. Tak samo jak obok arbuza czy  Mcdonaldowskiej Frappe czy drinków, które nie tylko tak fantastycznie wyglądają ale i smakują.



Jestem ostatnią osobą, którą możnaby posądzić o słuchanie Harry'ego Stylesa. A jednak stało się, i oto przez cały miesiąc słuchałam jego płyty. Riverdale - bo bardzo rozśmieszył mnie Netflixowski opis. Uwierzcie mi Wy, którzy jeszcze nie mieliście przyjemności tego obejrzeć. Archie na pewno nie jest kozakiem. Serio. 

Przyszedł czerwiec i przyszła sesja; mam nadzieję, że jakoś się to przeżyje,, bo perspektywa lipca i przerwy od uczelni jest niezwykle kusząca! A jak tam Wasze plany na czerwiec? ;) 



czwartek, 1 czerwca 2017

PRZEDPREMIEROWO Ogród małych kroków // Abbi Waxman

PRZEDPREMIEROWO Ogród małych kroków // Abbi Waxman

Lubię książki niewymagające ode mnie myślenia ani tym bardziej większego zaangażowania. Takie, które mogę wziąć ze sobą do pociągu czy autobusu, gdzie jest gwar, hałas czyli zupełnie niesprzyjające warunki do czytania. Fabuła, jakkolwiek wspaniała by nie była, jeśli jest skomplikowana, łatwo się w niej pogubić, czytać zupełnie nie rozumiejąc, o co chodzi. Takiego marnowania czasu nikt nie chce.  By jeszcze bardziej poprzeć moją decyzję co do przeczytania „Ogrodu małych kroków” tu wszyscy musimy zgodnie przyznać, że okładka jest wprost cudowna i odtrącenie takiej powieści, takiej okładki, po prostu nie przystoi.

Historia, choć na pozór wydaje się być smutna, przytłaczająca i nijak kojarząca się z tą radością bijącą z okładki, zaskakuje. Mamy oto bohaterkę, Lilian, która przed laty, w wypadku samochodowym straciła ukochanego męża. W pewnym momencie jedynym powodem, dla którego wstawała z łóżka były dwie córeczki, którymi teraz, po śmierci męża, musiała opiekować się sama. Życie ją doświadczyło, los pokazał, co robi sobie z naszymi planami, a jednak Lily udało się odbić od dna. Bycie ilustratorką, mamą, siostrą i córką sprawiło, że te kilka lat po tragedii wiodła w miarę normalne życie, a przynajmniej próbowała.

„Ogród małych kroków” zaczyna się w zasadzie od tego, że zostaje poproszona, w ramach swojej pracy, czyli ilustrowania książki z roślinami, o wzięcie udziału w kursie ogrodniczym, który to kurs ułatwiłby jej znacznie pracę nad rysunkami, wiedziałaby jak wygląda to, co ma narysować. Lily oczywiście się zgadza, a żeby było weselej do pomocy zgłaszają się nie tylko jej córeczki (które jakby nie miały wyboru) ale i jej siostra, Rachel. Oto bowiem wszystkie cztery wyruszają na przygodę pod tytułem ogród małych kroków.

Nie często zdarza się, by tytuł książki miał jakiś związek z treścią w niej zawartą. Zazwyczaj ma  być chwytliwy, a to, że zupełnie nie pokrywa się z tym, co jest tam napisane, kto by się tym przejmował. W „Ogrodzie małych kroków” wszystko ze sobą współgra, począwszy od tytułu, okładki aż w końcu treści, która niejednokrotnie doprowadziła mnie do łez czy śmiechu. Bohaterowie, wykreowani przez autorkę, czy to Lily zmagająca się z niesamowitą stratą, której nie jestem sobie w stanie wyobrazić, czy Rachel, która powoli dojrzewa mimo swojego dorosłego wieku, czy może dzieci, które są w tej swojej niewiedzy, a jednocześnie chęci niesienia pomocy, wzbudzają w nas, czytelnikach, sympatię. Kibicujemy im, chcemy ich przytulić, życzymy im dobrze, mimo tego parszywego losu który sobie robi co z kim chce.

Sama historia, opowieść, to wszystko miało bardzo wielkie szanse na to, by coś nie zagrało. By było zbyt pastiszowe, nieśmieszne a momentami żenujące. Ale tu tego nie było. Każda sytuacja wynikała jedna z drugiej. Żarty, celowe czy nie, śmieszą, wywołują emocje, tak samo jak bohaterowie i ich poczynania. Kto by pomyślał o zbudowaniu książki wokół kursu ogrodniczego? Czy grzebanie w ziemi w samym słońcu może być ciekawe? Latanie z dziabką, bawienie się owadami, czy to mogło być śmieszne? Było. Bo tacy są bohaterowie, takie są okoliczności, wszystko jest, jak ma być.

„Ogród małych kroków” to kolejna, ale tym razem bardzo wyjątkowa i magiczna w pewien sposób powieść o tym, że ból nie mija z czasem, że metodą tytułowych małych kroków można osiągnąć więcej, że rodzina w pewnym momencie okazuje się wszystkim, co mamy,  i w końcu, że mimo przeciwności losu warto walczyć o swoje życie, szczęście, o swoją przyszłość. Nic, co „dostajemy” nie trwa wiecznie, a czasem strata, jak bardzo by nie bolała,  rana, jakkolwiek nie byłaby wielka, to wszystko w końcu mija.  Problemy niestety nie, i choć te momentami naszej Lily po prostu narastają i narastają, ma rodzinę, Rachel, bratową, ma wokół siebie ludzi skłonnych do pomocy.

Mimo moich obaw, że dostanę smutną, przygnębiającą powieść dostałam coś zupełnie innego. Bardzo miło spędziłam przy niej czas, dlatego polecam ją każdemu z Was. Nie jest to może literatura wysokich lotów, ale na letni, upalny dzień wprost idealna ;)



Książka otrzymana dzięki uprzejmości  Wydawnictwa Otwartego


Obserwatorzy